Moje wewnętrzne dziecko ekscytuje się praktycznie wszystkimi świętami, ale sylwestra wykreśliłoby z kalendarza. I to nie tyle z satysfakcją, co z wewnętrzną ulgą, że udało się mu tego całego rozgardiaszu uniknąć.

Niestety, nie znam drugiej osoby, która równie mocno co ja trzydziestego pierwszego grudnia marzy o zakopaniu się pod kołdrą z książką i zatyczkami do uszu. Moja zadziorna postawa rok w rok spotyka się nie tyle z brakiem zrozumienia, co nieprzychylnością, no bo kto to widział, żeby młoda dziewczyna, zamiast na imprezę, przebierała się w piżamę i z szampanem w ręce oddawała się lekturze nowości wydawniczych?

Sądzę, że nas, takich sylwestrowych wynaturzeń jest więcej, jednak cała reszta społeczeństwa nie pozwala nam na swobodne ujawnienie się i realizację sylwestrowych zachcianek, gdyż kłócą się one z ich wizją całonocnej zabawy, pełnej brokatu, cekinów, wódki i, o zgrozo!, dobrego humoru. Niech zdradzą mi sekret wszyscy ci, którzy potrafią się w ten wieczór cieszyć, pomimo że mijający rok rozjechał ich walcem i kopnął na odchodne, a nadchodzący to wielka zagadka! Wiadomo, że nadzieja matką głupich, ale gdy przypomnę sobie pierwszostyczniowy entuzjazm, który okazał się bardzo nieadekwatny do całej reszty roku, to mam wrażenie, że jednak bliżej mi do frajera niż do głupka.

Do puli narzekań dochodzą też fajerwerki. Kocham efekty świetlne, ale huku nienawidzę i boję się go bardziej niż niejeden pies. Od dziecka wychodzę na dwór o północy z drżącym sercem, czując na ramieniu oddech śmierci, zatykając uszy palcami (zawsze zapomnę kupić zatyczki, a o te w sklepie monopolowym ciężko). Przez naście lat swojego życia poczyniłam jednak duże postępy i bez większej paniki w oczach byłam zdolna wyjść przed mój blok na pokaz sztucznych ogni (bliskość miejsca ewakuacji jest zupełnie przypadkowa), ale potem… Potem zaczęły się wielkie miasta! Cudem przeżyłam zeszłoroczną północ na ulicy Wrocławskiej w Poznaniu, która zamieniła się w poligon pełen pijanych żołnierzy na przepustce, walących gdzie popadnie, bo dla nich góra i dół stały się jednym kierunkiem kilka godzin wcześniej. I co ja za to mogę, że przez nich znów stałam się przepłoszoną owieczką?

Jak mam przeżyć tegorocznego sylwestra, gdy wiem, że tu, we Wrocławiu, może być podobnie? Iść na Rynek pod scenę, bawić się na koncercie – nigdy, to jak wystawienie się na pierwszy ogień! Skryć w kącie pokoju na domówce z butelką bąbelków i czekać, aż wszyscy wprowadzą się w stan lotny i nie zauważą braku mojej osoby, gdy zejdą na dwór na fajerwerki? Tak, tylko to mi pozostaje. W końcu jaki sylwester, taki cały Nowy Rok. A ja w nadchodzącym roku pragnę przede wszystkim spokoju. I Wam też go życzę.

 


Autor: Nina Paśniewska
Zdjęcie: Julia Kuśmierczyk / Julia Kuśmierczyk Fotografia