Marvel przyzwyczaił nas do widowiskowych produkcji. Wartkiej fabuły, dopracowanych efektów specjalnych, świetnie dobranej muzyki i z niecierpliwością wyczekiwanych scen po napisach. Czy najnowszy film z uniwersum X-menów, czyli Mroczna Phoenix sprostał oczekiwaniom?

X-men: Mroczna Phoenix to film z drugiej linii chronologicznej Marvela opowiadającej o superbohaterach, których nadprzyrodzone moce ujawniły się na skutek mutacji genetycznej. Po serii X-men (2000), X-men 2 (2003), X-men: Ostatni bastion (2006), których jednym z kluczowych bohaterów był Wolverine, byliśmy świadkami twistu i pewnego rodzaju powrotu do przyszłości.

X-men: Pierwsza klasa (2011) zawiódł nas do początków szkoły dla młodych mutantów oraz młodości jej założyciela. Po – będącej kolejnym czasowym twistem – X-men: Przeszłość, która nadejdzie (2014) oraz zakończeniu pierwszej serii filmów wysuniętym w daleką przyszłość Loganem (2017), to właśnie przygody Charlesa Xaviera i jego pierwszych uczniów są rozwijane przez twórców Marvel Cinematic Universe.

X-men, Mroczna Phoenix, plakat, recenzja, film, Marvel

Z popiołów w feniksa

X-men: Mroczna Phoenix, w największym skrócie, pokazuje, jak doktor Jean Grey, obiekt uczuć Wolverine’a i dziewczyna Cyklopa, stała się Phoenix, a nawet Mroczną Phoenix. Odpowiedź na to pytanie w większości stanowi sam zwiastun filmu. Na szczęście w samej fabule znajdziemy też kilka konfliktów, które zagrają nam na emocjach i w połączeniu z wartką akcją sprawią, że nie będziemy się nudzić.

Na ekranie ponownie zobaczymy dobrze znane nam z poprzednich części twarze – Sophie Turner (Jean/Phoenix), Jamesa McAvoya (Charles Xavier), Michaela Fassbendear (Magneto), Jennifer Lawrence (Mystique), Nicholasa Houlta (Bestia) czy Evana Petersa (Quicksilver).

X-men, Mroczna Phoenix, plakat, recenzja, film, Marvel

Czy rzeczywiście Phoenix jest taka mroczna?

Trudno oprzeć się wrażeniu, że najnowszy z filmów o mutantach wydaje się być nakierowany na nieco młodszą niż zazwyczaj publiczność. Młodzieżowe jest w nim nie tylko świętowanie udanej misji, ale także zasygnalizowane (i dość płytko zarysowane) problemy pierwszych miłości, przyjaźni, dorastania i lojalności. Dobrze zbudowany i poprowadzony główny wątek – konflikt głównej bohaterki z mentorem – skutecznie odsuwa je na dalszy plan.

Sama główna bohaterka jest mocną i dobrze zbudowaną w fabule postacią. Potencjał ten można by oczywiście wykorzystać jeszcze pełniej, pogłębiając rys psychologiczny i idąc tropem konfliktu z pozostałymi X-menami i uczynić z niej mocno niejednoznaczny charakter już od samego początku. Wyrwało by ją to z szeregu i zmniejszyło podobieństwo do poprzedzających ją superbohaterek – Kapitan Marvel i Wonder Woman.

X-men, Mroczna Phoenix, plakat, recenzja, film, Marvel

Kosmiczna oprawa

Niezaprzeczalnymi atutami filmu są przepiękne efekty specjalne i dopełniająca je muzyka Hansa Zimmera. W fabule znajdziemy również kilka nawiązań do początków serii o X-menach. Dopracowana strona wizualna nie zakryje jednak mniejszych i większych mankamentów Mrocznej Phoenix.

Największym rozczarowaniem dla fanów serii może okazać się poważna niezgodność w stosunku do wspomnianych pierwszych części X-menów. (Bez obaw, nie zdradzę Wam jaka. Idźcie i przeżyjcie to sami.) Nie należy również czekać na sceny po napisach, które mogłyby te niekonsekwencje przekreślić lub wyjaśnić.

Trudno powiedzieć, czy to zamierzony zabieg reżysera, Simona Kinberga (być może jakaś inspiracja Avengers: Wojną bez granic?), trudno jednak uznać to za zwykłe niedopatrzenie. W porównaniu z nim, otwarta kwestia pt. kim właściwie są pojawiający się w filmie przeciwnicy X-menów staje się jednak ledwie zauważalnym potknięciem.

X-men, Mroczna Phoenix, plakat, recenzja, film, Marvel

Podsumowując, na Mroczną Phoenix warto wybrać się do kina. Nie tylko ze względu na muzykę i efekty specjalne, ale i kreację postaci głównej bohaterki. Być może właśnie jesteśmy świadkami, jak śladem superbohaterek w komiksie, kobiecy nurt przenosi się na srebrny ekran i wkrótce stworzy nowy typ filmowego (super)bohatera?

Szkoda tylko, że gdy na sali kinowej zapalą się światła, po napisach pozostają żal i niedowierzanie. „Pamięci Stana Lee”, bez jego cameo i sceny po napisach. Po niepasującym do poprzednich X-menów zakończeniu fabuły oraz braku fajerwerków.


Autor: Karolina Stachera
Zdjęcia: imdb.com