Jeżeli jeszcze jakimś cudem nie słyszeliście, za nami premiera ostatniego sezonu Gry o Tron. To najczęściej oglądany i najdroższy serial w historii telewizji, nie ma się więc co dziwić, że było o tym tak głośno. Jak wyglądał pierwszy odcinek? Spoileruje Mateusz Miter.

Tak naprawdę to przyszło nam poczekać trochę dłużej niż stricte do godziny 3:00, żeby się o tym przekonać. To wszystko dzięki niesprawności serwerów HBO. Premierowy odcinek ósmego sezonu, na ich platformie HBO GO, dało się odpalić dopiero przed godziną czwartą. A można by pomyśleć, że przygotują się lepiej na największą premierę stacji. Przejdźmy jednak do samego odcinka, co jest jednoznaczne z tym, że naturalnie dalej w tekście znajdują się spojlery.

Nowy sezon, nowe intro, stare ulubione postacie i stary średni dialog

Pierwsze, co rzuca się w oczy, to zmieniony opening serialu. Mamy tutaj większe skupienie na szczegółach danych zamków, mur jest zniszczony, a w głównym pierścieniu wyryta została nowa historia.

Większość akcji zgodnie z zapowiedzią, pod koniec poprzedniego sezonu, ma miejsce w siedzibie rodu StarkówWinterfell. Po zawarciu tymczasowego przymierza z Cersei Lannister (pozornego oczywiście), niemalże wszyscy pozostali przy życiu bohaterowie spotykają się na północy Westeros. To daje twórcom serialu wiele możliwości i opcji jak poprowadzić pierwszy odcinek. Po zawiłej, liczącej siedem pełnych sezonów akcji, każdy z bohaterów ma sporo za sobą. Dlatego też pierwszy odcinek jest pełen spotkań. Niektóre są rozczulające i długo wyczekiwane przez fanów, tak jak m. in. Aryi i Jona, Jona i Sama, Aryi i Gendry’ego czy też Jona i Brana. Dialogi nie są najlepsze, więc mimo rozczulenia i emocji, łapie nas lekka frustracja, kiedy Bran mimo kompleksowości swojej postaci, cały czas cytuje parę tych samych prostych sentencji. Postać Eurona to już kompletnie inny poziom dna. Niestety, ale brak interwencji Martina daje się we znaki, już od paru sezonów.

Chcieli mu tylko podziękować za wyleczenie Joraha, a wyszła drama, jak zwykle.

Inne interakcje są bardziej zimne, może nie niespodziewane, ale wciąż ściskające nam żołądek. Są też na o wiele wyższym poziomie, zaledwie pod względem scenariusza i gry aktorskiej. Mowa tutaj na przykład o sytuacjach, kiedy Samwell dowiaduje się od Daenerys, że ta praktycznie spaliła mu rodzinę żywcem. John Bradley, aktor grający spadkobiercę Horn Hill, zasługuje tutaj na owacje na stojąco. Szokuje również m. in. końcowa scena, podczas której Jaime przyjeżdża do Winterfell i pierwszą osobą, która go zauważa, jest Bran. Ciężkie flashbacki z pierwszego sezonu najwyraźniej wracają.

My tu sobie żartujemy, a Nocny Król nadciąga

Główny wątek również jest posunięty do przodu. Co prawda ostatni sezon liczy tylko sześć odcinków, gdzie niektóre są odrobinę dłuższe, lecz nie mamy już takiej wielowątkowości. Interesują nas jedynie (na razie) wydarzenia w Winterfell i Królewskiej Przystani.

Kilka rodów z Północy (np. Gloverowie), odmawiają posłuszeństwa Daenerys. Ich głównym argumentem jest to, że przysięgę składali Jonowi, a nie smoczej królowej. Biorąc pod uwagę ich upartość, jest to zrozumiałe. Dziwi natomiast fakt, że osoby takie jak Sansa nie potrafią zrozumieć tego przymierza i całkiem spora część odcinka obraca się wokół dyskusji na temat Daenerys. Najwyraźniej będzie musiała poczekać do kolejnego odcinka i sama się przekonać o zagrożeniu, jako że mamy zapowiedź starcia tuż pod siedzibą Starków. Młodziutki Ned Umber jest odesłany do Ostatniego Domostwa, siedziby rodu, żeby zebrać ludzi i wrócić do Winterfell. Pod koniec odcinka, Tormund i Edd Cierpiętnik, prowadzą dwie ekipy z Nocnej Straży na południe i właśnie w Ostatnim Domostwie się spotykają. Tam otrzymują wiadomością od Nocnego Króla. Jest to świetna, wyjęta z gatunku horroru scena.

The King in the Nor… Seven Kingdoms!

W samym Winterfell budowane są fortyfikacje, gromadzone zapasy i wykuwane jest uzbrojenie z obsydianu. Tam również kwitnie relacja Jona z Daenerys (akceptują go już nawet jej smoki). Jon jednak szybko zostaje sprowadzony na ziemię: najlepszy przyjaciel – Tarly, wyjawia mu prawdę dotyczącą jego prawdziwego pochodzenia. Aegon Targryen, bo tak naprawdę się nazywa, wypiera tę informację przez krótką chwilę. Wątek na pewno otrzyma swoją kontynuację w kolejnym epizodzie.

Smoki jako pierwsze wyczuły w Jonie krew Targaryenów. W tym odcinku dosiada on Rhaegala, smoka nazwanego na cześć jego ojca.

Sporo dzieję się także w stolicy kontynentu. W Królewskiej Przystani został mało kto, poza królową regentką Cersei i jej oddanymi podwładnymi. Euron Greyjoy wraca z Essos z flotą pełną 20. tysięcznej armii najemników – Złotej Kompanii. Ta ma być użyta do dobicia połączonych sił na Północy, po tym jak zajmą się armią nieumarłych. Euron dostaje to, na czym mu tak bardzo zależało, czyli zaproszenie od królowej do łóżka. W międzyczasie Theon ratuje swoją siostrę – Yarę. (Wyjaśnione są tutaj nawet kwestię dla fanów książek, takie jak nieobecność słoni w armii Złotej Kompanii). Zaskakuje propozycja, którą otrzymuje Bronn od Qyburna, podczas zabawy z kobietami z burdelu. Namiestnik w imieniu królowej prosi go (oczywiście nie za darmo) o dobicie Jaimego i Tyriona, jeżeli któryś z nich przeżyje bitwę na Północy. Patrząc na przyjaźnie, które zawarł z każdym z nich, zobaczymy jakie decyzje podejmie.

Pierwszy odcinek ósmego sezonu jest dobry i dobrze ustawia planszę pod kolejne epizody.


Autor: Mateusz Miter
Zdjęcia: Instagram @gameofthronesofficial