Każdy fan muzyki metalowej słyszał o zespole Accept. Ta niemiecka grupa muzyczna odznaczyła się w historii mocnego brzmienia niejednym świetnym kawałkiem. U naszych zachodnich sąsiadów są prawdziwą legendą ciężkiej sceny muzycznej. Czwartego sierpnia ukazał się ich nowy, piętnasty album studyjny.

Długa droga na szczyt

Accept rozpadał się i reaktywował kilkakrotnie. Przerwy te nie zabiły jednak metalowego ducha wśród fanów zespołu. Renoma jaką stworzył  Udo Dirkschneider wraz z gitarzystą Wolfem Hoffmanem i basistą Peterem Baltsem utrzymuje się od wielu lat. Bo choć sam skład zmieniał się wielokrotnie, to ta trójka na zawsze stała się symbolem Acceptu.

Po siedmiu latach od ostatniego koncertu w Tokio w 1996r., Accept na scenę zawitał tylko raz, podczas krótkiego tournée po Europie. Dopiero w 2009 roku, niczym feniks z popiołów, zespół wzbił się w muzycznym świecie, zdobywając metalowe listy przebojów. Wszystko dzięki krążkowi zatytułowanemu Blood of the Nations. Nie obyło się jednak bez niespodzianek. Miejsce Udo zajął Mark Tornillo, nadając repertuarowi nowego charakteru.  Jego potężny, ochrypły, ale co najważniejsze czysty głos skomponował się idealnie z mocnym przesterem gitar. Rok 2009 otworzył nowy rozdział w historii zespołu. Znaleźli się także krytycy zmian, którzy za prawego wokalnego dziedzica Acceptu do dziś uznają Dirkschneidera. Co jak co, ale transfer ten pchnął jedynie zespół do przodu, dając możliwość wbicia się w wybredny rynek muzyczny. Poza tym Dirkschneider porzucił współpracę z dawnymi kolegami, oddając się własnemu projektowi – U.D.O. .

Całe szczęście Blood of  the Nations okazał się być albumem jak najbardziej przemyślanym i udanym. Po nim kolejny sukces, czyli Stalingrad. W tej płycie można było już wyczuć styl, którego trzymają się muzycy. Nie jest on zły, jednak od następnych płyt oczekiwano wprowadzenia pewnego rodzaju urozmaiceń. W przeciągu kolejnych dwóch lat  ukazał się Blind Rage z wściekłym bykiem na okładce. Kolejna płyta wydana dla pieniędzy – można było powiedzieć – podobne riffy i schematy gry. Jednak całość składała się na niezły album, który potrafił czasem zaskoczyć.
Dopiero w 2016 roku  świat obiegła wiadomość o pracach nad nowym projektem. Żywiłem wtedy nadzieję, że zespół uraczy swych fanów świeżymi pomysłami, nie trzymając się tak kurczowo sprawdzonych zagrywek. Wielu fanów miało nadzieję, że chłopaki poeksperymentują z muzyką klasyczną jak robili to w Metal Heart.

Co w nowym albumie piszczy?

Rise of the chaos otwiera utwór  Die by the Sword. Już na samym początku słychać, że to Accept. Wita nas charakterystyczna gitara Wolfa Hoffmana, połączona z potężnymi uderzeniami perkusji.  W momencie włączenia się  Tornilla, rozpoczyna się tytułowa symfonia chaosu. Kawałkom nie brak energii i mocnego uderzenia. Album klimatycznie nie odstaje od poprzednich płyt i ciężko doszukać się jakichkolwiek nowości.

Oddając się tej muzycznej uczcie odniosłem wrażenie, że niektóre utwory pisane są na jedno kopyto. Czyżby zespół stracił siły? A może chęci na podrasowanie swych diamencików? Szkoda, bo brakuje w nich nieco urozmaiceń  i smaczków, które wzbogacają nasze doznania. Elementem pozostającym wizytówką Acceptu od początku są chórki. Także  w tym albumie ich nie zabrakło, podobnie jak  melodycznych solówek Wolfa Hoffmana. O wielkim talencie tego gitarzysty mogliśmy przekonać się niejednokrotnie, odsłuchując starsze albumy. W tym najnowszym, zdaje się że nie wykorzystał końca swych umiejętności. Słuchając Rise of the Chaos odczuwam lekki niedosyt ilością jego popisów. Wolf postawił na szybkie, shred’owe solówki. Nie ma tu co szukać ballad typu Shadow Soldiers czy Kill the pain. Szkoda, bo takich utworów (choćby jednego) brakuje.  Mamy za to dziesięć prawdziwie metalowych kawałków, z których trzy w szczególności przypadły mi do gustu. Analog Man, Koolaid i What’s done Is done to pozycje, które wyróżniają się na tle pozostałych. Dla mnie klimat poprzednich albumów (tych po 2009 roku) jest w nich najbardziej wyczuwalny.

Na koniec warto przyjrzeć się okładce.  W tym momencie może i będę czepialski, ale nie przemawia do mnie jej obecna wersja. W porównaniu do tego jak promowały się jej poprzedniczki, w tej widać pewne odchyły. Zrezygnowano z prostych, jednoelementowych obrazów, a krwista czerń ustąpiła miejsca czarno-niebieskim barwom. Na pierwszy rzut oka wszędzie panuje przepych i destrukcja, co niejako wpasowuje się w  temat albumu. Graficy mogli podejść do tematu nieco prościej. Nie oceniajmy jednak książki po okładce, choć poprzednie bardziej mnie zachęcały.

Rise of the chaos  nie porywa może tak bardzo jak poprzednie albumy, zagrany jest jednak na poziomie. Pozostaje nadzieja, że za kolejne (może) dwa lata Accept zerwie nieco z utartymi schematami i przetrzepie fanom mózgownice metalem, jakiego do  tej pory nie słyszeliśmy. W tych sześćdziesięciolatkach z pewnością leżą pokłady pomysłów i energii, którą spożytkują przy tworzeniu kolejnego krążka. Trzymam za nich kciuki! \m/


Autor: Szymon Zdobylak