Mieszkaniec pokoju na piątym piętrze, Augustyn, przebudził się raptownie i wpół przytomny usiadł na krawędzi łóżka. Przetarł przymrużone oczy, podrapał się po kilkudniowym zaroście w geście lekkiej konsternacji. Potem wyjrzał za okno. Ciemność. Wygrzebał ostatniego papierosa z paczki leżącej na ziemi i zapalił.  

Kolejny dzień przepadł bezpowrotnie, pomyślał. Znów nie poczuł na skórze zbawiennych promieni słońca, nie usłyszał śpiewu ptaków. Nie zamienił z nikim słowa, nie wyszedł z domu. Nie jadł, nie pił. Kolejny dzień spędził w krainie burzliwych halucynacji, marzeń sennych o światach i ludziach, których nie znał, którzy może w ogóle nie istnieli. Gdy tak siedział, dym z papierosa ciągnął się cienką nitką ku górze. Kłębki dymu, oświetlone lampką z szafki nocnej, pięknie tańczyły wokół tej nici, hipnotyzując go i nie pozwalając myślom wrócić do rzeczywistości. W końcu oderwał wzrok od papierosa, gdy ten dopalał się już przy filtrze, parząc końce jego palców. Wyrzucając peta przez okno spojrzał z lekką nostalgią na plac. Dziś piątek, noc najlepszych występów w podwórkowym teatrze. Niestety, nie dla niego to widowisko. Jemu trzeba było iść do roboty.

I tak, kolejna noc pracy. Wbrew pozorom, wcale nie pozbawiona w pełni rozrywki. Jeśli podwórko za oknem jego pokoju było teatrem, to miejsce pracy mógłby spokojnie przyrównać do istnego cyrku, albo festiwalu rozmaitych charakterów.

Z tak wesołą myślą w głowie, wszedł pod prysznic. Pełnym strumieniem puścił na głowę lodowatą wodę, abyAugustyn, opowiadanie, creative writing, hostel, recepcjonista, Wrocław rozbudzić się już zupełnie. Przyzwyczajony do tych cucących kąpieli, tylko profilaktycznie wrzasnął sobie, gdy woda zaczęła spływać po jego skórze. Przestając z nogi na nogę, mył się szybko, ale dokładnie. Śmiał się pod nosem, że tak się wydarł, kiedy jego współlokatorzy siedzieli w kuchni obok. Nie zważał na nich. Umyty i owinięty ręcznikiem wtargnął między nich, przerywając na chwilę rozmowę. Dobył z lodówki kanapki przygotowane na to wieczorne śniadanie, albo, jak to on żartobliwie nazywał z włoskiego, colazione. Wrócił do pokoju, zjadł kanapki na zmianę pakując plecak. Wyruszył czysty, ubrany i najedzony. Wychodząc z kamienicy na ulicę Świętego Antoniego, odpalił kolejnego papierosa i z jakimś kwaśnym grymasem na twarzy powiedział do siebie: „Jak ja nienawidzę pracować!”. Ta praca nie była jednak taka zła. Z jednej strony nie musiał prawie nic robić. Z drugiej, co noc czekało go coś nowego, niespodziewanego. Szedł już Ruską, a jego krokom towarzyszyła enigmatyczna myśl- „Co też przyniesie mi dzisiejsza noc?”

Skąd się wziął na recepcji hostelu przy wrocławskim rynku? Tego w zasadzie nie wiedział żaden jego współpracownik. Cichy i nieśmiały, nie rozmawiał z nikim. Jeśli już zdarzyło mu się z kimś rozmawiać, to bardzo lakonicznie i jedynie w sprawach związanych z pracą. Tym, którzy go o to pytali, Menadżer Adrian mówił wszystko co wiedział. Że to gość z doświadczeniem w tej robocie, że zna języki, że nawet kulturalny mu się wydał. A poza tym, co? Biedny student skądś tam. Taki, jakich wielu pracuje na wrocławskim rynku zasilając tę gastronomiczno-rozrywkową machinę ubraną w cudne fasady starych kamienic.

Przeszedł już przez Solny i wprost na plac rynkowy, gdzie wbił się w tłum. Szedł pod prąd napływającej fali kolorów, dźwięków i ekscytacji. Grupki roześmianych ludzi szły ku nocnym doznaniom. Tymczasem Augustyn, już spóźniony, biegł ku zarobkowi – nudnemu i monotonnemu staniu za ladą baru, przerobionego na hostelową recepcję.

Wejście do hostelu prowadzi właśnie przez ów bar. Z odległości ciężko na niego zwrócić uwagę, bo wciśnięty jest między dwa krzykliwe neony. McDonalda z lewej i klubu striptiz Princess z prawej. Jeden i drugi bezczelnie dominują nad niepozornymi, szklanymi drzwiami do hostelu. Nie chodzi tu tylko o rzucanie się w oczy, czy też większy przepływ klientów. Są to przede wszystkim stałe punkty na mapie wrocławskich imprezowiczów, którzy głodni pokarmu, lub nagości, przepadają w otchłani tych przybytków, zawsze tworząc przed wejściem jakieś zamieszanie. Augustynowi to jednak nie groziło. On właśnie dobiegał do pracy. Złapał za klamkę i wszedł do środka.

Wchodząc pomyślał,  że to przejście z Rynku do hostelu musi być jakimś portalem między dwiema rzeczywistościami. Ze świata barw, głośnych dźwięków, generalnego zawirowania ludzi i rzeczy, przeszedł do świata półmroku, ciszy i osobliwie statycznej pustki. Przypomniał sobie, jak czytał kiedyś Kripkego, o jego teorii światów możliwych. Recepcja do której wszedł, stała się dla niego światem aktualnym. Rynek tymczasem, wciąż istniał w tym świecie, ale już dużo bardziej potencjalnie. Różnorodność widzianych tam co noc wydarzeń sprawiała, iż mógł wyobrażać sobie pewne zajścia. Może nie zachodziły one naprawdę, ale wierzył, że istnieje jakaś równoległa rzeczywistość, w której na tym samym Rynku, o tej samej porze właśnie coś podobnego się dzieje.

Za barem stała Ania, już ubrana i gotowa do wyjścia.

–  Jest coś do przekazania? – spytał Augustyn.

– W zasadzie nic… Chociaż czekaj… – Ania zaczęła coś sprawdzać w systemie rezerwacyjnym – Te dwie laski ze 110 muszą do rana zapłacić resztę za pokój. Dwieście złotych im zostało.

– Aha. Ok, dobra. Dzięki. To narazie!

– Cześć, miłej nocki…

Został sam. Zanim jeszcze zdjął plecak i kurtkę postanowił oszacować ilość pracy na tę noc. Otworzył więc system i zaczął sprawdzać. Wszyscy goście już przyjechali. Spora część wyszła na miasto zostawiając klucze. To dobrze. Lubił rozmawiać z pijanymi ludźmi jak wracali nad ranem spać. Poza tym nic. Rozebrał się z ulgą. Nalał do szklanki trochę whiskey, którą dla urozmaicenia sobie nocnej pracy zawsze zabierał. Choć nie lubił tego robić, pomieszał z Colą, no bo pozory trzeba utrzymywać. Zresztą ta śladowa ilość kofeiny w Coli też pomoże. Przetarł ladę, położył szklankę, oparł łokcie na ladzie, a brodę na rękach. Złocone wskazówki zegara na wrocławskim ratuszu poruszyły się i dzwon wybił godzinę dziesiątą w nocy. Zegar ten był największym wrogiem Augustyna. Przypominał bowiem, z nieubłaganą dokładnością, o powolnie upływającym czasie. Dzwon wybijał go z kolei z odmętów przemyśleń, które roił wpatrzony w krajobraz za szybą drzwi wejściowych. Skoro został już rozproszony, pomyślał o papierosie.

Wyszedł na zewnątrz, rozejrzał się i oparł plecami o ścianę. Wyjął zapalniczkę i patrząc na przechodniów odpalił papierosa. „Jeszcze wcześnie”, pomyślał, widząc, że tłum na Rynku ani trochę się nie skurczył. Poza tym, pod Pręgierzem stał jeszcze facet grający pięknie na saksofonie. On przeważnie kończył swoje trele koło północy. Teraz grał „Dni, których nie znamy” Grechuty. Augustyn podśpiewywał pod nosem – „…ważnych jest kilka tych chwil, tych, na które czekamy…”. I on czekał, czekał aż przyjdzie dzień, a z nim czas ciszy i odpoczynku. Tymczasem grajek grał dalej ludziom nie zwracających na niego uwagi. Tworzył ścieżkę dźwiękową pod ten konkretny, widziany w tym momencie przez Augustyna, świat Rynku. Ten świat wygasł, skończył się z momentem dogaszenia papierosa o ścianę i powrotem do recepcji. W wejściu, minął się z dwoma pospiesznie wychodzącymi mężczyznami. Z krótkiej obserwacji wywnioskował, że nie byli to goście hostelu, bo zostawiliby klucze, albo coś chociaż powiedzieli. Do tego chyba siebie nie znali. Jeden młody, ubrany na dresowo. Drugi, dostojny mężczyzna w średnim wieku. Nie rozmawiali ze sobą tylko jeden po drugim wyszli nie patrząc Augustynowi w oczy.

Augustyn, opowiadanie, creative writing, hostel, recepcjonista, WrocławWróciwszy za ladę, w pierwszym impulsie sprawdził, czy nic nie zniknęło. Nic. A zatem kim byli ci dwaj?

Odpowiedź nasunęła się szybko, gdy po drugiej stronie lady pojawiły się dwie młode dziewczyny z pokoju 110. Nie wyglądały zdrowo. Były zmęczone z widocznie zarysowanymi opadłymi powiekami. Obie blondynki, włosy miały poczochrane. Jedna niska i pulchna z tatuażem na łydce, druga wysoka i tęga z mocno umalowanymi oczami. Jakiś dziwny duet. Z kieszeni szortów, które równie łatwo mógłby ktoś nazwać majtkami, niska wyjęła zaległe dwieście złotych i podała Augustynowi w ręce zdobnej w długie czerwone tipsy. Przyjął wpłatę i zaznaczył w systemie, że zaległość została uregulowana. Dziewczyny zadowolone, że dług mają z głowy, wyszły zapalić.

Nazywał je ćmami. W dzień śpią, a w nocy pracują, tak jak on. Różnica była taka, że on, Augustyn, ćmą nie był. On za niewielką pensję ślęczał w miejscu całą noc za ladą nie robiąc nic, ale był w pogotowiu. One całą noc latały tu i tam przyprowadzając do hostelu swoich własnych gości. Ci zawsze byli płci męskiej, zawsze ochoczo wchodzili i zawsze wychodzili z tym samym obojętnym, acz wstydliwym wyrazem twarzy. Różnica między ćmami a tymi dwiema małymi była taka, że ćmy by zdobyć swoje rozkładają skrzydła. One rozkładały nogi. Ale jemu ich zawód nie przeszkadzał. Były stałymi klientkami hostelu, regularnie płaciły i nie stwarzały problemu. Kim on jest, żeby troszczyć się o ich sumienia. Wystarczy już, że siedzi w tej cholernej pracy.

Pogrążony w tych przemyśleniach nie zauważył, że dziewczyny dawno wróciły już na górę do pokoju. Tym razem chyba bez nowych konkubentów. Niby nic mu do tego, ale sama myśl, że te biedne dziewczyny wybrawszy szybką formę zarobku, tępią swoją wrażliwość w taki a nie inny sposób, przyprawiła go o zniesmaczenie. Czas więc było wyjść na kolejnego papierosa. I znów przeskok do innego świata.

Tym razem Rynek już pustoszał. Było sporo po pierwszej nad ranem. Gromady starszych turystów i rodzin z dziećmi zniknęły robiąc miejsce nocnym pijanym awanturnikom. Zniknął też saksofonista spod Pręgierza, zniknęli goście robiący bańki mydlane. Pod Maciem roiło się od pustych kubków, brudnych serwetek i papierów po burgerach. Kilku młodych chłopaków wpychało w siebie ostatnie frytki chwiejąc się na nogach. Obok, pod Princess, dziewczyny ochoczo zachęcały jakichś trzech Włochów do wejścia do klubu.

– Wejście za darmo panowie – mówiły łamanym angielskim – i jak teraz wejdziecie tu, z nami, dostaniecie zniżkę na bar, na piwo i wódkę.

Nie byli zainteresowani, ale dziewczyny też nie błagały. Nie musiały. Zaraz napatoczy się kolejny samiec. Jak będzie pijany jeszcze lepiej. I wtedy one do niego od razu doskakują, szczerzą białymi ząbkami spod ładnie umalowanych ust w uśmiechu. Ten uśmiech zarezerwowany był tylko dla potencjalnych klientów. Był sztuczny, choć nagość, do której oglądania zapraszał była jak najbardziej prawdziwa. Na Augustyna patrzyły obojętnie, może nawet z błyskiem zazdrości w oku. Gdy on siedział w ciepłym pomieszczeniu i jedynie czekał na klientów, one zmuszone były uganiać się za nimi i stać na dworze bez względu na pogodę.

Nagle, z Przejścia Garncarskiego dobiegły go krzyki. Na początku nie dało się z tego rumoru nic zrozumieć. Potem jakaś ferajna wyszła z przejścia na Rynek, wchodząc tym samym na scenę tego wielkiego cyrku, o którym myślał po wstaniu Augustyn. Jego oczom ukazała się grupka ośmiu osób. Z jednej strony trzech chłopaków z dwiema dziewczynami, z drugiej dwie dziewczyny z jednym chłopakiem. Szarpali się strasznie i wykrzykiwali w swoje strony najwymyślniejsze przekleństwa. Może na tym by się skończyło, gdyby nie to, że zestresowany sytuacją chłoptaś z dwiema dziewczynami nie wytrzymał presji. Zawrzał testosteron wspomagany procentami, a przez głowę przemknęła pewnie szybka myśl- najlepszą obroną jest atak. Z niesionym na ustach okrzykiem- „TY KURWO!!!”, rzucił się na największego z przeciwników. Pięść dosięgnęła twarzy, a jej odbiorca zachwiał się na nogach i usunął w tył. Otrząsnął się jednak tak szybko, jak jego pijani koledzy zdążyli ogarnąć, że w ruch poszły pięści. Nastąpił zmasowany, brutalny atak. Na oślep, bezmyślnie młócąc przed siebie w tego jednego. Augustyn patrzył spokojnie. Nawet uśmiechnął się trochę do siebie, myśląc- „ale mi się dzisiaj rozrywka trafiła”. Odpalał już trzeciego papierosa, ale nie zważał na to. Napali się na później, a teraz przynajmniej świetnie się bawi. Niestety, wszystko popsuły kobiety, które w swej łagodnej naturze i piskliwych wrzaskach zaczęły odciągać swoich gachów w głąb przejścia. Młody, samotny chojrak nie chciał jednak dać za wygraną. Zaczął iść za nimi. Wtedy jego koleżanki zaczęły ciągnąć go pod Pręgierz. Dał się zaciągnąć i został tam z jedną z nich. Druga pobiegła za tamtą grupką. Ta, która została, zaczęła z troską matki ocierać młodemu chusteczką twarz z krwi. Tego Augustyn już nie oglądał, bo stracił zainteresowanie i wrócił do środka.

Gdy minęła piąta nad ranem z ulgą pomyślał o tych dwóch ostatnich godzinach pracy. To najspokojniejsze godziny w całej nocy. Czasem zdarzało mu się na dłużej wychodzić przed hostel, przysiadać na ziemi i czekać, aż zgasną naraz miejskie latarnie. Obserwował wtedy niedobitków, którzy z wielkim trudem znajdowali siły, by wrócić do domu. Półżywi bywalcy nocnych klubów i barów wracali zygzakiem na przystanki, do taksówek. Brudni, nieogarnięci, zmęczeni. Mimo bycia w tym momencie w lepszej kondycji, zazdrościł im ich stanu, który sam tak bardzo niegdyś lubił.

Stojąc za ladą, miał naprzeciwko siebie drugie szklane drzwi, łączące przestrzeń barową/recepcyjną bezpośrednio z McDonaldem. Drzwi te są zawsze zamknięte i przyciemnione, przez co gościom rozświetlonego wnętrza Maca ciężko zobaczyć co dzieje się w recepcji. Z drugiej strony, Augustyn widział wszystko, dzięki słabym lampom barowym.  Po godzinie 5-tej rano, sprzątacze w restauracji zgłośnili muzykę do maksimum. Augustyn myślał, że będzie musiał ich zastrzelić. W najgorszym wypadku siebie. Nie mógł wytrzymać tego jazgotu. Dwie godziny bezustannych mózgotrzepów w stylu techno. Założył tylko słuchawki na uszy i włączył Coltrane’a. Na pełen regulator.

Zbliżał się koniec jego zmiany, gdy z sąsiadującego McDonalda, po dwóch godzinach, poleciał pierwszy utwór w Augustyn, opowiadanie, creative writing, hostel, recepcjonista, Wrocławinnym niż dotychczas gatunku… „Pierdolona era techno!” w wykonaniu The Analogs. Takie paradoksy bawiły Augustyna najbardziej. Roześmiany, ale wciąż powściągliwy, przekazał zmianę Kasi, która przyszła pięć minut wcześniej. Wyszedł na zewnątrz i zaczerpnął głęboko powietrza. Poranek był słoneczny. Niewyobrażalnie słoneczny. Tak mocnego słońca nie widział od ostatniego lata. Znaczy, że wiosna przyszła już na dobre, ucieszył się w duchu.

Idąc pustym Rynkiem mijał tylko ubranych w odblaskowe kamizelki sprzątaczy miejskich zbierających śmieci z ulicy. Otaczające kamienice, rozświetlone blaskiem wiosennego słońca, rozbłysły pełnią swoich pastelowych kolorów. Wszystko było piękne i spokojne po burzliwej nocy. Augustyn radował się, że w końcu może poczuć zbawienne promienie słońca na swojej skórze. Chciał jeszcze usłyszeć śpiew ptaków zanim pójdzie spać. Dlatego też, zamiast do domu, poszedł  zmęczonym krokiem w stronę promenady Staromiejskiej, aby przysiąść na ławce, popatrzeć na wodę i posłuchać ptasich treli.


Autor: Jan Krzysztof Olendzki