Cichy i minimalistyczny – taki jest Czerwony żółw Michaela Dudoka de Wita. Jest to przede wszystkim piękna, oniryczna opowieść w niepowtarzalnej estetyce oraz w uroczej otoczce stylu Ghibli.

Legendarne już Studio Ghibli jest jak dla mnie szczególną szkołą animacji. Filmy, takie jak Księżniczka Mononoke, Ruchomy zamek Hauru, Mój przyjaciel Totoro cechują się subtelnością i delikatnym, harmonijnym doborem barw. Udowadniają, że animacja to kino nie tylko dla młodych widzów, bawiąc, wzruszając oraz przekazując ponadczasowe treści. W moim przypadku podczas niejednego seansu łza przemknęła mi po policzku. Spod skrzydeł japońskiego studia wychodzą produkcje pełnowartościowe, ubrane w piękną, estetyczną animację. Najodpowiedniej mówiąc: śliczne. Jest tak i tym razem. Najnowszy film kooperacji Ghibli oraz francuskiego Wild Bunch nosi tytuł Czerwony żółw i wszedł do polskich kin w te wakacje.

Nie jest to jednak film należący do najprostszych. Nie boję się stwierdzenia, że mamy do czynienia z opowieścią paraboliczną. Wymaga to od widza zaangażowania, gdyż sens tego, co przekazać chcą nam twórcy, nie będzie podane na tacy. Zadaniem Czerwonego żółwia jest wywołanie głębokiej refleksji u widza. Ale zacznijmy od początku. Głównym bohaterem jest bezimienny mężczyzna, którego fale niespokojnego oceanu wyrzucają na brzeg mistycznej, bezludnej wyspy. Jego desperackie próby ucieczki krzyżuje tytułowy czerwony żółw. Do czasu, aż bohater decyduje się pozostać na wyspie i zbadać jej tajemnice. Tyle o fabule. Nie da się zdradzić więcej szczegółów tego prawie półtoragodzinnego filmu. Jest to zadanie karkołomne, zbliżone do streszczenia fabuły filmu surrealistycznego. Treść ukrywa się sprytnie pomiędzy wierszami. Nie pomiędzy słowami. W filmie nie pada ani jedno słowo. Sprawia to wrażenie nieskazitelności. Jakby cała otoczka słów była w tej baśni całkowicie zbędna. Mamy bohatera, o którym nic nie wiemy, który nie ma żadnych cech charakterystycznych. Mamy minimalistyczne, skromne obrazy, ale za to piękne i dopracowane. Animacja sprawiająca momentami wrażenie trójwymiarowości. I niebo. Niebo przez cały czas trwania filmu robi niesamowite wrażenie. Jakby utkane z miękkiego materiału. Błękitne bądź przeszywane gęsto brokatowymi gwiazdami. Małe rzeczy, a cieszą. Muzyka również cieszy ucho. Wszystko harmonijnie ze sobą współgra. Cała projekcja filmu jest jak terapia. Elegancka, dopracowana i uspokajająca. Wpływ Studia Ghibli widać także przy wstawkach oddających cześć naturze. Przyroda jest tu jak żyjący bohater drugoplanowy, uderzające o brzeg fale, czy pocieszne, małe kraby, które towarzyszą nam przez cały seans. W towarzystwie tych obrazkowych kadrów fabuła idzie do przodu, a główny bohater wiele w swoim życiu zmienia.

Niezwykłość tego filmu tkwi w tym, że każdy widz wyjdzie z sali kinowej z innym zestawem wrażeń. Ta lekka i zwiewna opowieść o człowieku, żółwiu i wyspie skrywa w sobie niejeden sens i niejedno pozwala odkryć. Jest jak podróż, którą każdy przeżywa na swój sposób. Z pewnością Czerwony żółw jest opowieścią o miłości, walce, przemijaniu. Jest skąpana w słodkiej melancholii, odwołuje się do silnej więzi piękna ze smutkiem. Wyspa i wody wokół niej są jak mikrokosmos, dając, jak na dłoni, historię o losie ludzkim. Świetnie obrazuje nam to wzruszająca scena rysowania palcem na piasku. Proste rysunki wyrażające to, czym jest świat. Co ja wyciągnęłam z tego filmu? W trakcie seansu uderzyło mnie to, jak irracjonalny jest podział świata na przyrodę i człowieka. Człowiek zawsze będzie nierozerwalną częścią natury. W niej odnajdzie spełnienie, ponieważ z niej się wywodzi. To aż zaskakujące, jak wiele treści skrywa w sobie tak oszczędne w formie dzieło. I to, jak wiele może być jej słusznych interpretacji. Najlepiej więc podczas oglądania filmu poddać się mu jak hipnozie.

Po obejrzeniu Czerwonego żółwia moja miłość do animacji wzrosła. Cieszy mnie ogromnie fakt, że bajki dla dorosłych cieszą się zainteresowaniem w kinach. Ta jednak nie przypadnie do gustu każdemu. Ma swoje specyficzne tempo, mistyczne i enigmatyczne przedstawienie historii, które nie przemówi do wszystkich kinomanów. Po obejrzeniu filmu nie zamierzam wypłynąć na szerokie wody i szukać mojej bezludnej wyspy. Cieszę się jednak ogromnie, że dane mi było poczuć  lekkie ukłucie w sercu. Takie, które pozwoliło mi na spojrzenie na świat z innej, smutnej i jednocześnie baśniowej perspektywy. Niezobowiązująca, lekka projekcja życia.