Głuche odgłosy huków niosły się przez zrujnowane dzielnice Breslau. Był osiemnasty dzień kwietnia, gdy sytuacja miasta stawała się coraz bardziej beznadziejna – pisze Wojciech Kosek.

Zmasowany nalot, jaki miał miejsce ponad dwa tygodnie temu, uwieńczył dzieło zniszczenia. Śląska perła dławiła się własnym kurzem,  a każda jej kamienica rozsypywała się w sterty gruzów. Kolejne ataki bombowców równały się z powstaniem nowych słupów ognia,  których dym bezlitośnie wdzierał się w płuca pozostałych przy życiu mieszkańców. Było ich zresztą tak niewielu. Ciała zabitych mężczyzn, kobiet i dzieci walały się po ulicach – nikt nie miał czasu i sił, by kogokolwiek należycie pochować. Śmierć nie oszczędzała nikogo. Sowieci nie przebaczali narodowi niemieckiemu, mając w pamięci Stalingrad i tysiące martwych rodaków.

– Bolszewicka nawała zostanie odparta spod naszego Breslau, tak jak przed ośmiuset laty z miasta zostały odparte mongolskie hordy! Nie traćcie wiary! Heil Hitler! – charczały megafony rozstawione
w niemieckich dzielnicach.
Głos należał do Karla Hankego, śląskiego gauleitera, nazistowskiego fanatyka ślepo oddanego idei fuhrera.
– Niech cię szlag, ciebie i całą tę wojnę – pomyślał w duchu Andre – Ile jeszcze mamy wytrzymać?
Nie wiedział, co będzie go czekać, gdy wcielono go do Volkssturmu. Miał niecałe trzynaście lat, gdy wybuchła wojna. Nigdy nie interesował się polityką i wielkim światem dlatego też nie podzielał radości Niemców w 39 i 40 roku, ani ich obaw w 43. Te całe heroiczne ataki, walki, wszystkie potyczki wydawały się niegdyś dla niego tak odległe, a teraz…
– Teraz muszę przeżyć – dodał w duchu, wchodząc po drabinie na wieżę strażniczą.
Miał osiemnaście lat, gdy Breslau zamieniło się w twierdzę. Ojczyzna upomniała się o niego. Nie stawiał zresztą większych oporów. Zgodził się na walkę w szeregach Volkssturmu. Nie motywowały go jednak te wszystkie płomienne przemowy fuhrera, Goebellsa i innych ludzi, których nigdy nie widział na oczy. Walczył za swoją matkę i siostrę, które uciekły z miasta w styczniu. Chciał dać im choć odrobinę więcej czasu na bezpieczne opuszczenie Breslau. Było wtedy tak zimno, ludzie kłębili się na ulicach ciągnąc na sankach swój skromny dobytek. Martwił się o nie. Czy nic im nie jest? Czy dotarły za Nysę? Marsz na zachód wytrzymali tylko najsilniejsi. Jak mieli później opisywać historycy, przydrożne rowy pełne były zamarzniętych dzieci i starców, którzy nie podołali trudom wędrówki.

Andre stanął na szczycie wieżyczki przy Kaiserstrasse*.  Na wieczór przypadała jego warta. Widok był przytłaczający. Rodzinne miasto młodzieńca wyglądało upiornie, było świadectwem niszczycielskiej siły wojny.
– Warszawa wygląda gorzej – powiedziała mu niegdyś Anna, Polka przywieziona do Breslau na przymusowe roboty, zaraz po upadku powstania w polskiej stolicy – Niemcy zrównali ją z ziemią!
Tylko on chciał z nią rozmawiać, reszta ludzi traktowała ją pogardliwie. „Przecież to Polka!”, „Zostaw ją, ona łże” – mówili. Nie słuchał. Chciał znać prawdę. Propaganda hitlerowska wydawała się przekonująca, gdy był jeszcze dzieckiem. Od czasu Stalingradu i bitwy pod Kurskiem przestał w nią wierzyć, wieczorami nasłuchiwał alianckich audycji. Dążył do prawdy o swoim narodzie za wszelką cenę. Nawet jeśli ta prawda miała być bolesna.
– Boże, gdzie jesteś? – w oczach Andre pojawiła się rezygnacja, gdy spojrzał w dal na północ, gdzie niegdyś stał piękny, neogotycki Kościół św. Michała Archanioła. Ze świątyni zostały gołe ściany i odrapana wieża.
Odwrócił wzrok.

Ku własnej rezygnacji ujrzał to, co odbierało mu najwięcej nadziei. Lotnisko, które musiał pilnować jako wartownik było jednym z największych świadectw ludzkiej głupoty i okrucieństwa. Cała dzielnica wzdłuż Kaiserstrasse została zrównana z ziemią, aby obrońcy miasta mogli dysponować  chociaż jednym bezpiecznym kanałem powietrznym. Nie byłoby w tym planie nic dziwnego gdyby nie fakt, że z lotniska skorzystano tylko raz. Miało to nastać pod koniec oblężenia gdy jeden z pomysłodawców owego przedsięwzięcia – Karl Hank – miał uciec w popłochu kradnąc ostatni działający samolot. Był to ten sam Karl Hank, który obecnie, każdego dnia nawoływał ludność zrujnowanego Breslau do stawiania oporu sowieckiemu najeźdźcy. Nawoływał z bezpiecznych podziemi wyspy, która miała się nazywać po wojnie Piaskiem.

Andre starał się wykonywać rzetelnie rozkaz jaki mu powierzono, mimo iż był pozbawiony sensu. Nie potrafił jednak wyzbyć z własnego umysłu jednej myśli. Była to pamięć wszystkich poległych mieszkańców i robotników, którzy musieli ową przestrzeń wyczyścić. Ostrzeliwani z rosyjskiej artylerii ludzie ginęli, pchając ostatkami sił taczki z gruzem ku chwale tysiącletniej Rzeszy, która słabła z każdym krokiem, jaki postawił wschodni sołdat w kierunku Berlina. Zmarło wtedy wiele setek ludzi. Wśród nich była także Anna, którą poznał Andre. Gdyby to były inne czasy, zapłakałby nad jej losem. Wojna wycisnęła z młodzieńca już wszystkie łzy jakie mogły polecieć z jego oczu. Codzienny widok śmierci i ludzkiej tragedii uniewrażliwił go na wszystko nad czym mógł niegdyś się rozczulić. Zamiast tego w jego głowie pojawiła się wola przetrwania, która podtrzymywała go przy życiu.

Zachód słońca nie zwiastował końca dnia. Nocą Breslau świeciło własnym światłem, na które składały się języki ognia bijące niezwykłym ciepłem. Andre widział doskonale zarys miasta, a raczej tego, co z niego zostało. Nie chciał więcej rozmyślać nad tragizmem swojego położenia. Ci, którzy zdawali sobie sprawę z tego, co ich czeka, popełniali samobójstwo. Andre nie należał do nich. Chciał żyć.
*obecnie plac Grunwaldzki

***

Na południe następnego dnia składało się regularne ostrzeliwanie miasta przez artylerię. Huk wybudził Andre ze snu, którego i tak nie miał zbyt dużo od końca swojej zmiany. Żołnierze chowali się w bunkrach oraz ruinach kamienic oczekując końca wybuchów. Niektórzy mieli owego końca nie doczekać. Po niecałej godzinie hałas ucichł, a kurz powoli opadał na ziemię. Na szczęście nie ucierpiał prowizoryczny hangar z jedynym samolotem jakim dysponowało Breslau. Po krótkim przegrupowaniu żołnierze ustawili się na środku lotniska. Był to żałosny widok. Chłopcy w wieku od 13 lat stali obok staruszków, których wiek ciążył na zgarbionych plecach.
– Ot, cała obrona miasta – pomyślał Andre – jakim cudem my jeszcze żyjemy?
Przy życiu utrzymywały ich wszelkie błędy sowieckiego dowództwa. Była to armia nadzwyczaj zdezorganizowana, która niemieckiej strategii potrafiła przeciwstawić tylko swoją masę. Sześć dywizji nękało obrońców każdego dnia, jednak każdy atak zostawał odparty. Walczono o każdy metr ulicy, o każdą kamienicę lub jej resztkę, o każde piętro i każdy pokój. Ten zacięty opór stawał się jednak coraz trudniejszy dla obrońców, a chwila porażki zbliżała się nieubłaganie.

Tego dnia Andre został oddelegowany na południe miasta, ku głównej linii frontu gdzie walki miały być najbardziej zacięte. Towarzyszyło mu czterech kompanów. Czternastoletni Willi, którego hełm ciągle opadał na oczy, podstarzały Henrik i dwóch rówieśników Andre – Otto i Hans.
Początkowo drogę mijali w milczeniu pogrążając się we własnym smutku. Gdy mijali rynek nagle odezwał się Henrik.
– Zatem – rozpoczął – powiedzcie mi, gdzie wasze rodziny – dodał, patrząc przed siebie.
Przez dłuższą chwilę w skromnym oddziale panowała przytłaczająca cisza.
– Nie żyje – odparł spokojnie Otto – zginęli miesiąc temu.
– A twoja, chłopcze? – staruszek odwrócił się w stronę Williego
– Tata zginął na ostfroncie, mama przesiaduje w bunkrze przy Sternstrasse. Opatruje rannych. – Oczy chłopca zasłaniał hełm, który nie pozwalał wyczytać żadnych emocji.
Reszta nie chciała rozmawiać. Andre przypomniał sobie własną mamę i siostrę. O wiele dalsze było mu wspomnienie ojca, który zaciągnął się do Wehrmachtu i wyjechał pod Stalingrad, z którego nie wrócił. Młodzieniec nie wiedział, czy zmarł na froncie, czy dostał się do łagru. Podobno to drugie również oznaczało śmierć, jeśli wierzyć propagandzie. Tak ciężko odróżnić prawdę od fałszu w tych czasach…
– Stać! Kto idzie? – stojący na barykadzie żołnierz spojrzał na grupę osób, która się zbliżała.
– Posiłki z centrum – odpowiedział spokojnie Henrik.
– Jaki oddział i stan? – stojący żołnierz zmarszczył brwi mierząc grupkę wzrokiem.
– Pięciu, oddział… żaden. Zebrano nas z tego, co można było zebrać – staruszek usiadł na stercie gruzu i oparł swój karabin o ziemię – zatem jesteśmy – skwitował.
– Rozumiem… – przerwał tajemniczo żołnierz – nazywam się Wilhelm, Unteroffizier trzeciego pułku Festung Breslau!
– Gdzie twój pułk? – zapytał Andre.
– Trzech chłopaków wysłałem do obsadzenia Neudorfstrasse*. Ja z resztą, to znaczy z dwójką żołnierzy zostałem tutaj i pilnujemy barykady – wskazał na mężczyzn siedzących przy MG-42 – czekamy na sowietów.
– Pokaźny ten pluton – zadrwił Andre.
Nie bał się gniewu podoficera. Dowództwo rozdawało ordery na lewo i prawo, każdemu kto chciał walczyć. Desperacja Rzeszy nie znała granic.
* obecnie ulica Komandorska
– Jakie rozkazy, Unteroffizier? – Dodał po chwili namysłu Henrik.
– Spodziewam się ataku czerwonych za jakiś czas. Zamierzam wziąć ich w krzyżowy ogień. Dlatego też posłałem trzech moich na lewą stronę ulicy, trzy kamienice dalej. Mają przy sobie dwa panzerfausty i skromny zapas amunicji. Potrzebuję jeszcze jednej osoby na barykadzie, a resztę z was wyślę na prawą stronę. Kto potrafi obsługiwać karabin maszynowy?
– Ja – z oddziału wyszedł nie odzywający się dotąd Hans.
– Świetnie, zostaniesz ze mną. Reszta może wyjść za barykadę. Zajmijcie tę kamienicę z balkonem po prawej – Wilhelm wskazał palcem – odmaszerować!

Zaraz po tym gdy przekroczyli barykadę rozpoczął się koszmar. Krótki świst w powietrzu okazał się preludium ostrzału. Sowiecka artyleria grzmiała z dalekiego południa. Tuż za Andre pociski uderzały z impetem rozrywając barykadę, której dowódcą był Wilhelm.
– Naprzód! – wywrzeszczał – przed siebie!
Pognali, co sił w nogach wzdłuż Neudorfstrasse. Adrenalina dodała im sił. Otto ciągnął za rękę Williego, który zgubił w zamieszaniu swój hełm. Za całą grupą z wielkim zmęczeniem biegł Henrik.  Nie mieli czasu na oglądanie się za siebie. Wybuchy zdawały się zbliżać, po krótkim czasie część pocisków uderzała przed nimi. Znaleźli się w pułapce.
– Do środka! – wskazał Andre na pobliski budynek – szybko, szybko!
Pierwszy wbiegł przez drzwi kamienicy, zaraz za nim Otto i Willi, ostatni był Henrik.
– Udało się – wydyszał Otto – miejmy nadzieję, że sufit nie runie nam na głowy.
– Co stało się z naszymi na barykadzie? – zapytał Henrik odkaszlując pył, który dostał się do jego płuc.
– Wejdźmy na któreś piętro i sprawdźmy. Z góry będziemy mieli dobry widok na całą ulicę. – stwierdził Andre i poprawił swój hełm.
Ruszyli całą grupą uchylając się za każdym razem, gdy pobliska eksplozja skutkowała zwaleniem się części gruzu i pyłu na ich głowy. Budynek zdawał się rozlecieć w każdej chwili niczym dom z kart. Schody, po których stąpali, skrzypiały przeraźliwie mocno, tak jakby zaraz miały się zapaść.
– Ostrożnie – powiedział Henrik – Willi, patrz pod nogi.
Chłopiec posłusznie posłuchał staruszka.
Właśnie mijali trzecie piętro gdy za ich plecami rozległ się odgłos otwieranych drzwi. Zza nich wychyliło się dwóch Rosjan. Otto, który stał najniżej zdębiał rozszerzając oczy. Czerwonoarmiści zareagowali podobnie. Chwila niepewności wydawała się przedłużać w nieskończoność.
– Uciekaj! – Wrzasnął Willi podnosząc karabin.
Otto nie miał czasu na ucieczkę. Jeden z Rosjan skoczył ku niemu z gołymi pięściami. Zaczęła się szarpanina. Drugi Rosjanin w krótkiej chwili uniósł swojego mosina i wycelował w Williego. Chłopiec nie zdążył oddać pierwszy strzału i zdawać się miało, że zaraz zostanie postrzelony. Na drodze kuli stanął Henrik, który zasłonił Williego własnym ciałem. Otrzymał pocisk w obojczyk i osunął się na ziemię. Willi patrzył przerażony na staruszka. Andre nie mógł dłużej czekać. Podbiegł do przeładowującego broń czerwonoarmisty. Solidnym kopniakiem zepchnął go ze schodów i odciągnął Otta, od pozostałego sołdata. Ten, zorientowawszy się, że jest sam, szybko schował się za drzwiami,
w które wystrzelił Willi. Z wnętrza dało się słyszeć rosyjskie wrzaski.
– Jest ich więcej! – krzyknął Henrik.
– Na górę! – odparł Andre i podniósł staruszka.
Otto uniósł swoje mp40 i oddał ślepą serię. Nie wiedział, czy trafił leżącego niżej Rosjanina.
W krótkim czasie cała grupa wbiegła do mieszkania na następnym piętrze. Andre wychylił się zza framugi drzwi, by sprawdzić czy nikt nie ruszył w pościg za nimi. Tuż obok Niemca świsnęła kula.
– Cholera, przeżył! – odparł chowając się znów w mieszkaniu.
Byli w pułapce. Nie mogli wyjść z mieszkania, w którego drzwi celowali sowieci. Skok z czwartego piętra również nie wchodził w grę. Zresztą i tak zauważyliby ich z okna, gdyby spróbowali wydostać się na zewnątrz. Pozostał jednak pewien plus. To samo dotyczyło zarówno Niemców jak i Rosjan. Nie mogli swobodnie opuścić kamienicy nie ryzykując bycia postrzelonym.
– Co teraz? – spytał Willi, którego ręce drżały z przerażenia.
– Nie mam pojęcia – odparł Henrik łapiąc się za obojczyk – jesteśmy uwięzieni.
– Otto, pilnuj okna, ja zastawię czymś drzwi – dodał Andre i pobiegł w kierunku sypialni.
Z dołu dało się słychać rozmowy Rosjan. Z tonacji dało się wywnioskować, że nie wiedzieli, co mają zrobić. Odgłos przesuwanych mebli upewnił Andre, że planują zrobić to samo co oni. Po kilku minutach obie strony zabarykadowały się w swoich mieszkaniach. Niemcy popatrzyli na siebie
w milczeniu. Czwarte piętro stało się ich więzieniem.

Wrocław, cretive writing, opowiadanie, II wojna światowa, walka, przyjaźń
***
– Urodziłeś się tutaj, w Breslau? – spytał Otto Henrika, gdy opatrywał jego ranę.
– Tak, w latach młodzieńczych wyjechałem na studia do Wiednia ale zaraz potem wróciłem. Moje serce należy do tego miasta. – Staruszek odkaszlnął.
– Teraz to miasto ruin, odbudowa tego zajmie wieki – Otto kończył wiązać bandaż – nie wiem czy dożyjemy tego momentu.
– Hitlerowi się uda, zwyciężmy, odbijemy stracone ziemie i przegnamy bolszewików! – odkrzyknął Willi.
Na twarzy Henrika pojawił się uśmiech. Nie wierzył. Nikt już nie wierzył. III Rzesza umierała na ich oczach, a jedyne, co było warte ratowania to życie ludzi, którzy będą mogli odbudować nowe Niemcy. Wyniku wojny nie zmieni wola nawet najgorętszego fanatyka.
– Rozejrzę się dobrze po mieszkaniu – dodał Andre poklepując Williego po ramieniu.
O dziwo, wyposażenie zachowało się całkiem dobrze, najwidoczniej nikt nie zdążył obrabować czwartego piętra, schodzenie po tylu schodach byłoby zbyt czasochłonne i ryzykowne. Na regale leżały książki o twardej, jednolitej oprawie. Zapewne zbiór jakiegoś kolekcjonera. Andre sięgnął po jedną z pozycji. Starł kurz, jaki nagromadził się na okładce. „Faust” – odczytał, po czym otworzył na losowej stronie.

„Przeminęło! – doprawdy powiedzieć trza śmiało:
co minęło – właściwie nigdy nie istniało,
jeno tą złudą bytu kręciło się w kole!
Już ja wieczystą pustkę w zamian tego wolę.”

– Pustkę… – powtórzył Andre odkładając książkę – chwilo, błagam, przestań trwać.
W rogu pokoju dostrzegł stolik na którym leżało coś przykrytego płachtą. Chłopak podszedł i jednym ruchem ręki ściągnął tkaninę. Jego oczom ukazał się gramofon. Pod stolikiem leżały chaotycznie rozmieszczone płyty winylowe, na które wcześniej nie zwrócił uwagi.
– Zobaczcie, co znalazłem! – odkrzyknął do sąsiedniego pokoju.
Godzinę później cała czwórka siedziała odsłuchując kolejnych utworów. Część płyt znali, były to klasyczne zbiory Mozarta, Liszta, Rossiniego, Hassego i innych. Uwagę Andre przykuła jedna płyta zapisana cyrylicą. Sięgnął po winyl i popatrzył na napis. Nie znał rosyjskiego, więc daremne były jego próby rozszyfrowania treści. Popatrzył na resztę.
– Hej, może puścimy to? – pokazał płytę pozostałym – Nasi sąsiedzi z dołu mogą to polubić – dodał z uśmiechem.
– Pokaż mi to – Henrik wyciągnął rękę – ah, tak, to jest chyba „Kniaź Igor”.
– Znasz rosyjski? – spytał ze zdziwieniem Willi.
– Znam cyrylicę, a z tego, co czytam „Igor” to imię więc musi to być „Kniaź Igor” – staruszek popatrzył w dal – kiedyś byłem na tym z żoną w operze…
– A co z twoją żoną? – spytał Andre
– Klara zmarła rok temu, miała zawał. Ominęło ją to piekło, w którym teraz jesteśmy.
Henrik oddając płytę Andre sposępniał i pogrążył się w myślach. Chłopak włożył winyl do gramofonu i podniósł głowicę. Po chwili rozległa się melodia, która była niezwykle spokojna i kojąca. Stanowiła kontrast wobec świata, który można było ujrzeć za oknem. Właśnie się ściemniało i objawy zmęczenia dawały się grupie we znaki. Otto przysypiał oparty o ścianę dając ponieść się muzyce, której słów nie potrafił zrozumieć. Nie przeszkadzało mu to. Nie przeszkadzało to nikomu. Język sztuki wydaje się być ponadnarodowy. Gdy utwór zakończył się stała się rzecz niebywała. Z dołu dało się usłyszeć klaski i pogwizdywania. Rosjanie zaczęli krzyczeć słysząc piosenkę w ich ojczystym języku.
– Miałeś rację, spodobało im się – rzucił radośnie Henrik.
Każdy następny utwór skutkował po tym czasie kolejną salwą gromkich braw i entuzjastycznych okrzyków dochodzących z trzeciego piętra. To była spokojna noc dla obu stron. Jedna z niewielu jakie przypadły walczącym w Festung Breslau. Rankiem Andre dostrzegł za oknem grupę czerwonoarmistów. To byli oni. Załoga z piętra niżej. Odmachali w kierunku Niemców i odeszli w kierunku południa. Andre nie zamierzał strzelać. Odpuścił. Chociaż ten jeden raz.


Autor: Wojciech Kosek

Zdjęcia: Kinga Matyja