Kiedy myślałam „Ruchomy zamek Hauru” przed oczami pojawiała mi się animacja Hayao Miyazaki’ego. W każdym razie tak było przez wiele lat. Wszystko jednak zmieniło się, kiedy zadzwoniła do mnie moja mama i powiedziała: „Nie uwierzysz, co znalazłam”. To właśnie wtedy dowiedziałam się, że moja ulubiona animacja powstała w oparciu o książkę. 

Kiedy byłam mała uwielbiałam tę bajkę w kółko, tak długo aż nie nauczyłam się całej na pamięć. Po dziś dzień mogę recytować co zabawniejsze fragmenty. Dlatego, kiedy sięgnęłam po nowelkę o tym samym tytule – sądziłam, że już nic mnie nie zdziwi. Myliłam się.

Ta sama fabuła inaczej

Książka oczywiście, tak samo jak film, opowiada o Sophie – młodej dziewczynie, którą Wiedźma z Pustkowia zamieniła w staruszkę. No i o tytułowym Hauru, a może raczej Hawellu, czyli czarnoksiężniku, który „pożera kobiece serca”. Oczywiście w tym metaforycznym sensie. Hauru jest po prostu strasznym lowelasem, który  rozkochuje w sobie młode kobiety, po czym bezlitośnie je porzuca w momencie, gdy te wyrażą swoje uczucia. W książce poznajemy jego „ofiary” i przyglądamy się zleceniom, które dostaje jako czarodziej. Między innymi towarzyszymy mu podczas poszukiwania Nadwornego Maga Sulivana i księcia, który zaginął podczas poszukiwania tego pierwszego.

Żywi bohaterowie

Jeśli w tej noweli jest coś, co podobało mi się szczególnie, to będą to bohaterowie. Wszyscy są nieco przerysowani, dzięki czemu jest zdecydowanie więcej elementów komediowych. W końcu tu Sophie jest wścibską staruszką, która ciągle wtyka nos w nieswoje sprawy, a Hauru to król wszelkiej dramy. Ich interakcje po prostu muszą kończyć się śmiechem. Szczególnie, że poza nimi pojawia się sporo postaci pobocznych, wpływających na ich zachowania i decyzje. Szczególnie siostra Sophie, Lettie, która przypadkiem stała się celem Hauru, czy Michael, młody uczeń czarnoksiężnika, który robi wszystko, żeby jego mistrz nie spotkał się z jego ukochaną.

Wiele wymiarów w jednej książce

Ruchomy zamek Hauru to nie jest jednak zwykła książka fantastyczna. Postaci, dzięki magicznym drzwiom mogą poruszać się pomiędzy dwoma wymiarami. Konkretniej pomiędzy Porthaven, a współczesną autorce Walią. W sumie był to dość ciekawy dodatek do historii. Choć, w mojej opinii, przyniósł więcej pytań, niż odpowiedzi. Chociaż te pewnie wyjaśniają się w kolejnych tomach cyklu. Bo tak, Ruchomy zamek Hauru ma kontynuację, po którą zdecydowanie zamierzam sięgnąć.

Książka dla dzieci?

Być może to wina tłumaczenia, które napisane jest bardzo prostym, powtarzalnym językiem, ale to nie jest książka, łapiąca czytelnika za gardło. Jej styl jest raczej taki, jaki ma większość książek dla młodszych czytelników. Czy to źle? To pewnie zależy czy ponownie sięgnę po ten tytuł? Pewnie tak, ale to dlatego, że dla mnie wszyscy ci bohaterowie są jak przyjaciele z dzieciństwa, których od czasu po prostu muszę odwiedzić. Szczególnie, że książkowa wersja ma w sobie znacznie więcej wątków pobocznych, które nadają smaku całej historii. Powieść Diany Wayne Johnes to nie jest już tylko romans. To znacznie więcej.

 


Autorka: Marta Ziółkowska