Długo wyczekiwana premiera produkcji Netflixa wreszcie się pojawiła. Wszyscy, którzy w dzieciństwie śledzili wyjątkowo niefortunną historię sierot Baudelaire, nie mogli się doczekać pierwszego piątku trzynastego w tym roku. Od dnia gdy Netflix ogłosił, że stworzy serial na podstawie serii Lemonyego Snicketa odliczałam dni, aż wreszcie pojawił się pierwszy sezon Serii Niefortunnych Zdarzeń – pisze Agata Kąpińska.

Od pierwszych sekund czuć mroczną groteskę. Na sam początek każdego odcinka śpiewa sam Neil Patric Harris, by przypomnieć, jak absurdalnie nieszczęśliwa jest historia trójki Baudelaireów. Postacie są równie przerysowane co w książkach. Zacznijmy od samego Snicketa, tutaj Patrica Warburtena. Nie byłam do niego przekonana. Myślałam, że będzie go zbyt wiele, że zbyt często będzie pokazywał twarz. Jego sceny są jednak bardzo płynne i nawet zatrzymując na chwile całą akcje, nie przerywa seansu. Warburtner zachowuje kamienną twarz i niemal grobowy ton, a przy jego kostiumach, czasami absurdalnych, sprawdza się to naprawdę całkiem nieźle.

Najważniejszy ma być jednak Neil Patric Harris jako Hrabia Olaf. Niestety pokonało go widmo Jima Carreya, czyli filmowego Olafa. Choć film był porażką, to Carreya nadal uważam za najlepszego Hrabiego Olafa. Harris stara się i jego teatralność pasuje do roli, ale to nie jest to. Próbuje balansować na granicy śmieszności, ale niestety często ją przekracza. Co więcej charakteryzacja ma jeden ogromny błąd. Nos. Dlaczego serialowy Olaf ma takiego kartofla?! Nawet w książkach było wyszczególnione, chociażby na ilustracjach, że Hrabia miał długi, spiczasty nos. Co ich więc podkusiło by przykleić Harrisowi taki gigantyczny nochal? Postać ratuje jednak kilka świetnych performansów Harrisa. Aktor sprawia wrażenie, jakby bawił się tą rolą, a to da się odczuć.

Dzieci natomiast zostały odwzorowane bardzo wiernie. Słoneczko ma nawet charakterystyczny pukiel włosów i ostre ząbki. Jednak tylko Klaus (Louis Hynes) wyraża jakieś emocje swoją grą aktorską. Malina Weissman w roli Wioletki pozostaje nieco przezroczysta, Słoneczko, hm… –  efekty specjalne z nią związane pozostają wiele do życzenia.

Scenografia serialu nadrabia jednak wszystkie aktorskie i interpretacyjne niedociągnięcia. Wszystko, co otacza sieroty doskonale oddaje nastrój książek. Przedstawienie miast i całego otoczenia sprawia wrażenie ironicznej bajki, która niekoniecznie przeznaczona jest dla dzieci.  Przerysowanie postaci drugoplanowych wyszło genialnie. Moim absolutnym faworytem są bliźniaczki z trupy Hrabiego Olafa. Jeden z jej członków wypowiada kwestię, która od razu wywołała uśmiech na mojej twarzy: “The cake is a little lemony”. To delikatny ukłon w stronę autora, który rozweseli każdego fana. Choć miało to być stwierdzenie czysto symboliczne, mam wrażenie, żę odnieść je można do całego serialu.

Fabuła jest wierna książka, a przynajmniej brak w niej jakiś irytujących odstępstw. Oczywiście akcje musiała zostać wzbogacona, ale udało im się zbytnio nie naginać świata stworzonego na papierze. Doskonałym zabiegiem jest podzielenie każdej z książek na odcinki. Spowodowany tym brak pośpiechu pozwolił na dokładniejsze interpretacje każdej z nich. Byłam jednak ogromnie niezadowolona, że pierwszy sezon pokrywa jedynie cztery książki. Dlaczego tylko osiem odcinków?! Pozostawiło to u mnie taki niedosyt, że wraz z ostatnimi minutami ósmego odcinka zaczęłam szukać informacji o kolejnym sezonie.

Autor | Agata Kąpińska