Jeśli podczas seansu płaczesz razem z bohaterami filmu, to znaczy, że reżyser osiągnął swój cel. Roma z pomocą gry świateł, aktorskiego kunsztu oraz historii do bólu ludzkiej wyciąga z człowieka najgłębiej skrywane emocje. Nie jest przy tym pretensjonalna, choć nie unika pewnego banału.

Kiedy w kwietniu 2018 roku Netflix ogłosił, że zajmie się dystrybucją Romy, wiele osób skomentowało ten ruch jako polowanie Amerykanów na Oscara. Szanse na taki scenariusz są jak najbardziej możliwe, ponieważ film znalazł się na krótkiej liście do nagród Akademii. Trzeba jednak przyznać, że jest to pokaz siły, jaką platforma zdobyła przez ostatnią dekadę. Jednocześnie – kolejny dowód na to, że Alfonso Cuarón wie, jak łączyć ze sobą składniki dobrego filmu.

Warto zacząć od historii?

Zdecydowanie tak. Roma od początku daje do zrozumienia, że tutaj będziemy przeżywać i reagować. Widać to już na wstępie, gdzie widz ma do wyboru: albo spróbować rozumieć symbolikę scen i zagłębiać się w każdy kadr, albo odpuścić sobie i skupić się na tym, co ważne, czyli opowieści. A ta rozgrywa się w dzielnicy miasta Meksyk, La Romie i w domie tutejszej klasy średniej. Na usługach Sofíi (Marina de Tavira) oraz jej męża Antonio (Fernando Grediaga) pracują siostry. Zarówno Cleo (Yalitza Aparicio) jak i Adela (Nancy García García) próbują odnaleźć swoje miejsce w rzeczywistości z 1970 i 1971 roku. To jednocześnie czas mundialu oraz tarć między studentami oraz wspieranym przez Stany Zjednoczone rządem.

Roma dba o klimat jak żaden inny film

Zarysowana rzeczywistość jest barwna, pomimo czarno-białego filtra, którym opatrzona jest każda scena. Nie przeszkadza on jednak w rysowaniu historii od podstaw. A ta na papierze sprawia wrażenie prostej. Ot, w wolnej chwili Cleo i Adela spotykają się ze swoimi chłopakami – odpowiednio Ferminem i Ramónem. Radosne chwile uniesień mają trudne dla Cleo skutki, zachodzi ona bowiem w ciążę. Od tego momentu film zaczyna angażować odbiorców w historię. Nie jest jednak tak, że dotychczas widz obserwował akcję ze znudzeniem. Dzięki dawkowaniu tempa z pomocą szerokich, płynących ujęć, coraz mocniej odpływamy na łodzi, jaką zafundował nam Cuarón.

Co gra?

W Romie gra praktycznie wszystko. Od scenografii, która jest misternie utkana, po zdjęcia, które ją pokazują. Meksyk z lat 70. jest pełen małych detali. Od plakatów z mundialu w 1970 po nadmorskie kurorty, które tętnią życiem w tempie znanym tylko tym miejscom. Od spokojnego domu, pełnego książek i mebli, po pusty dom i współgrające z nim niespokojne wybrzeże. Jeśli chodzi o uczucie zasadności i tworzenie spójnego obrazu, Roma nie ma sobie równych. Ogromne napracowanie widać i w sceneriach kameralnych, jak pokój sióstr, ale i w szerszych ujęciach, takich jak ćwiczenia partyzantów.

Pomimo czerni i bieli, udaje się uchwycić cała paletę ludzkich uczuć

Jest to osiągnięcie o tyle duże, że czuć w Romie pewną magiczna otoczkę. Na pewno jest to zasługa ujęć i scenerii, ale swoje dokłada też gra aktorska. Z jednej strony autentyczna w stopniu, którego pozazdrościłby niejeden dokument. Czujemy ból Cleo, czujemy, jak Sofia walczy o utrzymanie rodziny w ryzach, a radość dzieci rozjaśnia ten ponury obraz. Czujemy to słowo klucz, bo film odmienia je przez wszystkie przypadki. W chwilach pełnych napięcia dużo robi kamera, która z reguły leniwa, w chwilach napięcia obserwuje świat w węższym kadrze i z większą dynamiką. Umie się ona ustawić tak, by postacie domykały lub rozszerzały kadr w zależności od tego, gdzie ma być skierowana uwaga widza. W rezultacie otrzymujemy całą paletę uczuć, którym nie sposób się nie poddać.

Coś nie gra?

Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić w Romie, to do dwóch rzeczy. Nie są to jednak zarzuty pokroju zepsutego scenariusza czy nieudolnego aktorstwa. Film dobrze balansuje w większości elementów, które pozwalają tkać poukładaną historię. Czasem jednak w tym wszystkim sprawia wrażenie takiej, gdzie pewne sprawy są podane nam w zbyt prosty sposób. Chodzi o sytuacje, gdy zaraz po ważnym wydarzeniu możemy skonfrontować je z wizją rzeczywistości w stylu „co by było gdyby”. W obliczu tego, jak misternie i subtelnie są utkane pewne wątki, taka bezpośredniość i prostolinijność dziwi.

Roma jest filmem, który subtelnie pokazuje siłę kobiet

Druga uwaga jest już całkowicie subiektywna. Odnoszę jednak wrażenie, że Cleo poświęcono zbyt wiele uwagi. I choć Yalitza Aparicio swoją rolę odegrała wzorcowo, mam wrażenie, że niektóre wątki niepotrzebnie przemilczano kosztem tworzenia historii skupionej wokół więzi rodzinnych.

Czy Roma zdobędzie Oscara?

Jest na to duża szansa, choć lokalny patriotyzm każe opowiadać się za Zimną Wojną. Niemniej Roma to piękna historia. Taka, która pokazuje siłę rodziny, niezależnie od przeciwieństw, których jak na jeden dom spadło zdecydowanie za dużo. To także opowieść o losach kobiet i przemianach, jakie odciskają piętno na nich. Najpiękniejsze w tym filmie jest niezauważalna wręcz walka o normalność, o dobro tych, na których zależy nam najbardziej. Film przez większość czasu nie jest prosty w odbiorze, ale wynagradza tych, co lubią zawiesić oko na detalach, ale też i tych, którzy na seans przyniosą paczkę chusteczek.

Mała uwaga: jeśli chcecie go po prostu obejrzeć na laptopie bez dobrych głośników lub słuchawek – nie róbcie tego. Ścieżka dźwiękowa to dodatkowy bohater opowieści, dodający jej smaku. Różnicę odczujecie przy scenie nad morzem. Oczywiście, film znajduje się na Netflixie, natomiast dobrze poświęcić mu uwagę w sposób godny dzieła wybitnych artystów. Bo taka jest Roma– wyczarowana z semi-biografii Cuaróna, a jednak pełna magii godnej niejednej fabuły.


Autor: Michał Mielnik
Zdjęcia: Materiały prasowe Netflix