Przyszłość, w której nie umierasz. Świat, w którym możesz wcielić się w kogo chcesz, a jeśli cię na to stać – żyć wiecznie. Nie jest to jednak miejsce, w którym porzucono religię, a każdy ma 1000 lat. Altered Carbon prezentuje niepokojącą wizję, w której nie ma podziału na dobrych i złych – są tylko lepsi od gorszych. 

250 lat. Tyle czasu pozbawiony życia spędził Takeshi Kovacs. Jednak nie umarł w prawdziwym tego słowa znaczeniu. W uniwersum Altered Carbon mamy bowiem do czynienia ze śmiercią powłoki, czyli naszego ciała, w którym znajduje się stos korowy. Wkładany pod rdzeń kręgowy, jest nośnikiem ludzkiej świadomości, który można wszczepić w każde ludzkie ciało. To tak, jakby przenosić między ciałami mózg.

Stos korowy – to w nim kryje się cała świadomość

Bogaci ludzie mogą fundować sobie nowe powłoki co i rusz, biedni – muszą żyć w jednej, trapionej ziemskimi chorobami. Jednak podobnie jak strzał w głowę, tutaj strzał w stos niszczy zawarte w nim życie. Wydawałoby się, że wobec kuli wszyscy jesteśmy równi, ale nie. Maci, czyli najbogatsi, zapisują swoją świadomość na kopiach zapasowych i nawet w przypadku uszkodzenia stosu, mogą powrócić do życia. Mimo tego ktoś próbuje ich zabić.

Kovacsocentryczny

Śledztwem w jednej z takich spraw zajmuje się Takeshi Kovacs – w jego roli dwie powłoki grane przez Willa Yun Lee (wersja z przeszłości – wypadająca mało wyraziście zarówno pod względem fabularnym jak i gry aktorskiej) oraz Joela Kinnamana (dobrze wpasowuje się w futurystyczny klimat brudnego Bay City i jest wyrazisty). Przywrócony do życia przez obrzydliwie bogatego i długowiecznego Laurensa Bancrofta (świetna rola Jamesa Purefoya) ma za zadanie rozwikłać zagadkę śmierci miliardera.

Fabuła w serialu Netflixa umiejętnie wprowadza bohaterów i każdemu z nich nadaje jakiś cel powiązany z głównym bohaterem. Hotelem, w którym przebywa Kovacs dowodzi SI w postaci inkarnacji Edgara Alana Poe zagranego przez Chrisa Connera (najlepsza rola w serialu). Hotel okaże się miejscem wielu istotnych wątków – można by rzec, że jest to aż nazbyt widoczne, by w ogromnym mieście połowa akcji rozgrywała się w jednym miejscu. Kontakty Kovacsa z policyjną oficer Kristen Ortegą (Martha Higareda byłaby bardziej przekonująca, gdyby nie bezsensowne wstawki z hiszpańskiego, którymi scenarzyści każą wyrażać jej frustrację) mają, poza śledztwem, dodatkowy motyw, który poznajemy wraz z narastaniem akcji. Skomplikowane relacje między bohaterami związuje intryga, która jednak podaje odpowiedzi na pytania, nie dając zbyt wiele czasu, by sobie w ogóle je zadać.

Zaśpiewaj to jeszcze raz, czyli Bay City bez tajemnicy

Zyskany w ten sposób czas moglibyśmy wykorzystać na podziwianiu Bay City – miejsca akcji – albo przynajmniej jego bogatej dzielnicy, Aerium. Niestety w tej chwili widać, że serial został wykonany z pieczołowitością, ale niewielkim budżetem. Panoramy i widoki z latających pojazdów odstraszają tanimi efektami specjalnym są piętą achillesową całej produkcji. Na szczęście w mniejszej skali scen przesłuchań animacje nie kłują tak w oczy. Miasto nie wyróżnia się także pod względem zawartych w nim scen. Mamy prosty przegląd ludzi o biegunowych spojrzeniach na świat – gorliwie wierzący w czystość powłoki, jak i tych, którzy nimi handlują, wysokie sfery i niziny społeczne. Skorumpowaną policję, w której niezłomne jednostki walczą z systemem.

To ujęcie nie straszy na statycznych obrazkach, jednak w ruchu traci swój urok

W tym miejscu można pochwalić wątek religijny. Ta w przyszłości roku 2384 nie tylko nie przepadła, ale i znalazła sobie nowe doktryny, które w realiach swobodnej zmiany ciała zadają ważne pytania etyczne i tworzą ruch antypowłokowców. Już z nie tak wyraźnym podziałem na islam, chrześcijaństwo czy buddyzm, ale z dalej wiążącym pytaniem – co dzieje się z nami po śmierci, tej ostatecznej? Dla równowagi niemalże pominięto tu kwestie nauki i rozwoju jako takiego, przedstawiając wielkie korporacje jako zbiory bezdusznych ludzi bawiących się ludzkimi ciałami. Dlatego też kwestie religijne są ważniejsze nawet od wątku walki z Protektoratem, czyli obecnymi rządzącymi, której przebieg został uwieczniony w jednym z nudniejszych epizodów (by pozwolić wam na pominięcie tych katuszy powiem, że był to odcinek siódmy).

Dobry, zły i brzydki jednocześnie

Altered Carbon jest taki sam problem, jak z większością serialów o wyrazistych bohaterach. Nie mamy poczucia, że liczy się tu ktokolwiek poza główną postacią. Jeśli ktoś w tym serialu ma już jakieś znaczenie czy rolę, to kontakt z nim będzie mieć detektyw. Jasne, specyfika tej pracy wymaga tego, b interesował się on każdym i wszystkim, nie musi jednak samodzielnie załatwiać każdego złego charakteru ani mieć z nim konfrontacji, skoro zajmuje się prywatnym śledztwem.

Twórcy położyli wszystko na jedną kartę, wiedząc, że jest ona dobra, ale w talii nie mając więcej asów. Dojście Matów do ich pozycji nie jest wyraźnie pokazane, podobnie jak historia choroby, z jaką w jednym epizodzie Bancroft walczy, a która jest wynikiem zaszłości z przeszłości. Tym bardziej boli więc, że gdy serial próbuje zastosować retrospekcję, by coś pokazać, by nadać głębszego rysu Kovacsowi, nie robi tego z wrażliwością. Nie widać, by łączyło się to wyraźnie z tym, co detektyw obecnie sobą reprezentuje, co rozwarstwia względnie spójną postać. Jej obraz niszczy też końcówka, która bardzo nieśmiało zapowiada drugi sezon, choć przy tym obrocie faktów może lepiej, aby ten się nie pojawił.

Serial powinien zadowolić fanów fabuł silnie skupionych na jednej postaci

Ale wiecie, co w tym wszystkim jest najlepsze? Można się przy tym dobrze bawić bez większego wysiłku. Miasto, choć proste, wydaje się być przekonujące. Samo uniwersum zaczerpnięte z powieści Richarda Morgana jest na tyle ciekawe, by pozostać przy nim, jeśli oczywiście nie oczekuje się dokładnego odwzorowania wątków z książki. Widz nie nudzi się w związku z dynamiczną akcją (której tempo rozsypuje się w feralnym epizodzie siódmym) i kilkoma scenami, które zostały stworzone, by podnieść widowiskowość produkcji. I taka mieszanka, lekko kiczowata, lekko przerysowana, czasem z łatanymi na szybko dziurami w fabule broni się jako pozycja na ciemne, deszczowe wieczory.


Autor: Michał Mielnik