Po 11 latach i 21 filmach przygód z naszymi ulubionymi herosami, doszliśmy do końca pewnej ery Marvela. Na koniec jednak Disney serwuje nam największy z nich. Żadna produkcja nie miała w sobie tylu postaci i akcji, co Endgame. Każdy fan kina superbohaterskiego, a zwłaszcza MCU, będzie wniebowzięty po obejrzeniu najnowszego spektaklu.

Avengers: Endgame to epicka kulminacja poprzednich 11 lat Marvel Cinematic Universe. Wszystko zaczęło się od niewinnego filmu o Iron Manie w 2008 w reżyserii Jona Favreau. W tym roku, bracia Anthony i Joe Russo stanęli przed zadaniem niemożliwym, jakim było zwieńczenie tego okresu. To co udało im się stworzyć przewyższa oczekiwania nawet najbardziej ekstremalnego fana Marvela. To nie jest jedynie kolejny z filmów komiksowych. Jest to jedyne tego typu wydarzenie filmowe w historii Hollywood. Recenzja naturalnie jest bez spojlerów, także zapraszam.

Czy dorównuje on nieziemskiemu hype’owi?

Osobiście jestem wielkim fanem kina superbohaterskiego. W towarzystwie to zawsze ja jestem tym gościem, który zacznie temat o nowej produkcji kinowej tego typu, i jednocześnie najdłużej będzie o nim rozmawiał. Po wyjściu z Infinity War, czułem niedosyt. Pomimo ogromnej ilości akcji i diabolicznego tempa poprzedniej części, cliffhanger którym się ona kończy, pozostawia w zżerającej niepewności. Cały poprzedni rok przeglądałem różne fora Marvela i komiksów, czytałem sporo teorii, a drugie tyle samemu wymyślałem. W międzyczasie apetyt na finał historii Avengersów starałem się zaspokoić drugą częścią przygód Ant-Mana i historią wprowadzającą Kapitan Marvel. Zwiastuny Endgame po pewnym czasie znałem już na pamięć, chociaż tak niewiele pokazywały. Ostatnie dni przed premierą odliczałem godziny. Hype który zespół marketingowy Disneya zbudował w mojej głowie był ogromny. Wielu ludzi na świecie przeżywało to samo. Poprzeczka była wysoko postawiona. Nigdy w historii nie było jeszcze takiego zadania, jakiemu musieli sprostać reżyserowie, bracia Russo i scenarzyści, Christopher Markus i Stephen McFeely.

To nie mogło się wręcz udać, ale udało się. Avengers: Endgame to kulminacja pełna serca, świetnego dialogu i małych momentów pomiędzy postaciami, i przede wszystkim akcji. Akcji, która zbudowana jest przede wszystkim przez świetne efekty specjalne. Artystom odpowiedzialnym za nie, należy się również owacja na stojąco. Trzy godziny filmu nie pozwoliły się nudzić. Można było odczuć wręcz, że ogląda się różne filmy na raz. Są elementy dramatu, oparte na tym, jak bohaterowie radzą sobie ze światem po słynnym pstryknięciu z poprzedniej części. Potem pojawiają się elementy „heistu” i wiele innych, których oszczędzę, żeby nie psuć zabawy. Wraz z ruchem historii, wspomniane wcześniej sceny batalistyczne się mnożą i zyskują na jakości.

Desperacja to ważny motyw tego filmu.

Naturalnie część tych działań wojennych prowadzonych będzie przeciwko Thanosowi. Jeżeli byliście pod wrażeniem Szalonego Tytana z Infinity War, tutaj będziecie jeszcze bardziej zadowoleni. Główny villain nie słabnie, a wręcz zyskuje na sile wraz z trwaniem filmu. Nie jest to jednak, w przeciwieństwie do ostatniej części, film o nim. Tak jak Infinity War bardzo dogłębnie wprowadzało nas w jego historie, świat i motywację, tutaj jest on bardziej „tym złym”. Znamy już jego cele i umiejętności. Endgame to historia zdecydowanie o tym, jak superbohaterowie starają się naprawić świat, a nie o tym, jak Thanos stara się go zniszczyć(jeszcze bardziej).

Film znajduje czas na wszystko, zwłaszcza na idealny fanservice

Pomimo całego tego zamieszania, bracia Russo znajdują czas na oddech. Tych „spokojnych” momentów jest wbrew pozorom nawet sporo. Te chwile się czasami docenia bardziej, niż kolorowe i świetnie zorganizowane sceny walki. Interakcje i reuniony naszych ulubionych postaci nadają tej walce sens, a także budują osobiste historie i motywacje, które każdy z ocalałych bohaterów posiada. Czapki z głów dla Markusa i McFeely’ego. Są oni w pełni świadomi, że niektórzy z nich mają ze sobą po 10 filmów doświadczenia i korzeni w tym uniwersum. W bardzo sensowny sposób napisane są dane dialogi. Odnosimy wrażenie, że są prawdziwe po tym co przeszli bohaterowie. Jednocześnie ukrywają w nich wiele małych szczególików, które doceni osoba, która odhaczała latami kolejne filmy z listy. A tym bardziej będzie taki fan zainteresowany masą one-linerów, których w Endgame pełno.

Naturalnie, wszyscy z pozostałych działają razem, żeby przywrócić wszechświat do normalności.

W zwykłym filmie akcji, science fiction, taka ilość prostych zwrotów była by nazwana tanim trikiem. Tutaj od początku jest to naturalne, ponieważ MCU zasłużyło i zapracowało na to. W przypadku tak rozbudowanego świata i inteligentnie poprowadzonej historii, twórcy mogą sobie pozwolić na tego typu fanservice. I to jedno z wielu ryzyk, które Endgame podejmuje. Jednocześnie jedno z wielu, które się udaję.

Skoro mamy 11 lat, mamy też postacie, do których się przywiązaliśmy.

Nie trudno zauważyć, że Endgame mocno gra nam na emocjach. Podczas trzygodzinnej przygody z Avengersami dzieję się sporo rzeczy, które mogą nas zasmucić, zaskoczyć, bądź też wprawić w ogromną radość. Do tej pory, nigdy w filmie nie krzyczałem i nie klaskałem, a także od dawna nie płakałem. Marvel nie ukrywa tego, że gra na naszych sercach jak na strunach. To znowuż sprowadza się po części do wcześniej wymienionego fanservicu. To oddziela jego najnowszą produkcję od pozostałych z tego gatunku. Nigdy nie mieliśmy jeszcze tak długiej i pełnej emocjonalnych przygód drogi, jak ta która zaprowadziła nas tutaj. Może to przerazić widza, ja bynajmniej chwilami, zwłaszcza przed startem, byłem onieśmielony. Trzygodzinna przygoda kumulująca MCU zapowiadała się na kompleksowy, rozbudowany, ale jednocześnie kończący pewien etap rollercoaster. Faktycznie tak jest, i im dalej rozwija się historia, tym bardziej stresujemy się, że jesteśmy bliżej końca. Film cały czas się rozpędza, a kiedy trafiamy do trzeciego aktu, to doświadczamy czegoś, co ciężko opisać słowami.

Film posiada lekkie, jak i trudne momenty i wydarzenia.

Czy to najlepszy film Marvela dotychczas?

Jak Endgame porównuje się na tle innych? Waga tego filmu jest ogromna, ale tak naprawdę od paru lat dostajemy regularnie sporo filmów z tego gatunku. Wydaje mi się, że porównywanie tego do Mrocznego Rycerza, Logana, Civil Wara jest bezsensowne. Mogło by się nam zdawać, że kino superbohaterskie jedzie już dzisiaj na oparach. Jest wielu zwolenników tej tezy i posiadają oni wiele logicznych argumentów. Endgame jednak ją neguje. Odkrywa nowe karty, eksploruje nowe możliwości, poszerza główny nurt gatunku i łapie nas za gardło. W pewnym sensie jest to zasługa powiększającego się budżetu i sukcesu.

Nie chcecie przeoczyć takiego wydarzenia jak Endgame.

Tak jak każdy film, najnowsza przygoda Avengersów posiada wiele wad i luk fabularnych. Scenarzyści i reżyserowie starają się je łatać jakimiś żargonami naukowymi i innymi filerami. Szukając dziury w całym, można się tutaj czepić wielu rzeczy. Ale nie oszukujmy się, jest to film dla każdego. Zwłaszcza dla tych, którzy z Marvel Cinematic Universe są zaprzyjaźnieni. A wszelkie niedociągnięcia i „nitpicki” powinniśmy odsunąć nawet nie na drugi, a na trzeci plan. Na tym częściowo polegają komiksy. Na wierzeniu w niemożliwe, akceptowaniu tego i czerpaniu z tego radości. Na tym polega również w pewnym sensie kino.


Autor: Mateusz Miter
Zdjęcia: mat. promocyjne