Pełne śmiechu, wspomnień młodości, a przede wszystkim sentymentu do Wrocławia – takie było spotkanie z reżyserem Januszem Zaorskim, połączone z seansem jego debiutanckiego filmu „Uciec, jak najbliżej”.  

Spotkanie z Januszem Zaorskim, polskim scenarzystą, reżyserem i producentem filmowym, odbyło się 11 grudnia we wrocławskiej kawiarni Barbara. W swoich wypowiedziach reżyser nie krył tego, że jest silnie związany z Wrocławiem – to tutaj bowiem zaczynał swoją karierę. Zażartował nawet, że jest jak przestępca wracający na miejsce zbrodni.

– Zrealizowałem tu pięć moich pierwszych filmów i mieszkałem tu pięć lat. Dobrze pamiętam swoje początki – trzeba było pracować w każdym dziale produkcji filmu – od dźwiękowca, po scenarzystę, żeby potem można było stać się reżyserem – mówił Janusz Zaorski. – Dziś chciałbym wspomnieć i jednocześnie zadedykować ten film mojemu przyjacielowi, którego już nie ma z nami – Edwardowi Kłosińskiemu – człowiekowi, który debiutował ze mną jako zdjęciowiec. Ten film będzie doskonałą okazją do przypomnienia sobie dawnych lat.

Reżyser obejrzał film razem z widzami. Po projekcji Zaorski wyszedł na środek i zaczęła się rozmowa z obecnymi na spotkaniu. Reżyser opowiedział m.in. o tym, co sądzi o swoim debiucie po 46 latach. Stwierdził, że nie najlepiej oglądało mu się własny film, i że w życiu nie podjąłby się napisania takiego scenariusza raz jeszcze. Powstanie tego obrazu było wynikiem młodości i razem z Edwardem Kłosińskim byli bardzo zapaleni do pracy.

– Mieliśmy pomysł i chęć jego zrealizowania. To nie jest film dobry. Żałuję, że nie został zrobiony w kolorze. Trzeba było na przykład dawać biało-czerwone flagi na pierwszy plan. Po czasie robiło się to wręcz zbyt nachalne – wspominał reżyser.

Zaorski mówił również o trudnościach, jakie wiązały się z produkcją filmów w tamtych czasach. Przeszkodą dla młodych filmowców były np. wysokie ceny taśmy filmowej, które znacznie ograniczały możliwości twórcze.

– Pamiętam, że jak poszedłem na studia, bardzo pragnąłem nagrać etiudę. Szkoła odpowiedziała, że nie ma na to funduszów. Bardzo się wtedy zawiodłem. Pamiętam, że przez 3 miesiące wakacji, między maturą a studiami, pisałem etiudy. Żal był nie do opisania. Inną trudnością był fakt, że państwo trzymało na wszystkim łapę. Trzeba było należeć do klubu filmowego, by jakoś w ogóle zacząć działać – mówił Zaorski. – Wracając jeszcze do taśm – taśma kolorowa była za dolary. Metr tej taśmy kosztował 4 dolary. Oznaczało to, że na kolorowy film w tamtych czasach trzeba było wydać 40 tysięcy dolarów. Na 3 dni przed realizacją naszego filmu dowiedzieliśmy się o tym fakcie i o tym, że nie ma po prostu u nas taśmy barwnej.

Reżyser często nawiązywał do chęci do pracy, jaką miał razem ze swoim przyjacielem  Edwardem Kłosińskim. Jak się później okazało, być może nigdy byśmy nie obejrzeli „Uciec jak najbliżej”. Zaorski stwierdził bowiem, że gdyby był spokojniejszym człowiekiem, to odpuściłby i poczekał z realizacją filmu.

– Ale my z Edwardem byliśmy tak napaleni! Mimo że film był czarno-biały obejrzało go 5 milionów osób. „Kler” tamtych czasów – można by rzec. Kupiłem sobie za te pieniądze malucha, byłem wtedy paniskiem!

Zaorski wspomniał jeszcze o kolejnym błędzie jaki popełnił przy produkcji filmu.

– Przed zrobieniem „Uciec jak najbliżej” robiłem tylko filmy krótkometrażowe, nawet dostałem kiedyś nagrodę na festiwalu w Grenoble. Wtedy chciałem na siłę zrealizować film długometrażowy. Teraz jak oglądałem ten film, pomyślałem, że najchętniej bym wywalił z niego co najmniej pół godziny i zrobił krótki, godzinny film – przyznał reżyser.

W kolejnej części spotkania widzowie mieli możliwość zadawania pytań Januszowi Zaorskiemu. Nie zabrakło także okazji do otrzymania autografu i zrobienia sobie zdjęcia z reżyserem.


Autor: Michał Olechno
Zdjęcie: Michał Olechno