W zeszłym roku cały świat zwariował na punkcie oryginalnej produkcji Netflixa „Stranger Things”. Kilka tygodni po premierze 2. sezonu serialu, gdy emocje już opadły, można postawić bardzo ważne pytanie: czy sukces został powtórzony?
Drugi sezon serialu „Stranger Things” był chyba jedną z najbardziej nagłaśnianych, a jednocześnie najbardziej oczekiwanych premier 2017 roku. Pierwsza odsłona ustawiła poprzeczkę tak wysoko, że nie wiadomo było czy da się ją przeskoczyć. Zwiastuny Netflixa, choć pokazywały mało, wiele obiecywały, a fani nie mogli się doczekać kolejnej serii nadzwyczajnych przygód dzieciaków z Hawkins.

Oczywiście konwencja pozostała taka sama – niesamowity klimat lat 80, mieszanka sci-fi i horroru, dzieci jako główni bohaterowie. Nic nie można także zarzucić grafikom, bo oprawa wizualna i efekty specjalne są jeszcze lepsze niż w pierwszym sezonie. Muzyka też oczywiście na duży plus. W kwestii gry aktorskiej młodziutkich gwiazd również bez zmian. Swoje zadanie wykonali bezbłędnie i z pewnością jeszcze nie raz wykażą się na ekranie. Umiejętności szczególnie zaprezentował Noah Schnapp, czyli serialowy Will Bayers. Mimo tego, że jest on od samego początku postacią kluczową, niewiele widzieliśmy go w poprzednim sezonie. Tym razem mógł się wykazać i trzeba przyznać, że poradził sobie na medal. Poza stałą obsadą, pojawiły się nowe twarze: rudowłosej zbuntowanej Max (Sadie Sink) czy ciapowatego bohatera Boba (Sean Astin).

Sposób poprowadzenia fabuły przypomina ten wcześniejszy – pojawia się zagadka, powstaje kilka osobnych wątków (teraz największym zaskoczeniem był chyba ten z odcinka 7. pt. „The Lost Sister”). Na koniec wszyscy znów stają się drużyną i pokonują czyhające zło. Nie ma w tym oczywiście nic złego, bo zostało to wykonane bezbłędnie, ale podczas oglądania nie czułam już tej fascynacji: „co będzie dalej?”, bo po prostu wiedziałam, czego się spodziewać.

I w końcu przechodzimy do tego „ale”, które od samego początku czaiło się w mojej podświadomości. Wyżej wymieniłam same zalety, skąd więc wątpliwości? Oczywiście podtrzymuję wszystko, co napisałam wcześniej. Choć drugi sezon w pewnych aspektach bije na głowę swój pierwowzór, nie potrafię do końca wyjaśnić, dlaczego mam takie mieszane uczucia. Może jest to związane z nowymi scenarzystami biorącymi udział w projekcie. Może po prostu sama nie wiem, czego oczekiwałam. Nie zmienia to faktu, że z niecierpliwością czekam na kolejną odsłonę „Stranger Things”, bo nie da się zaprzeczyć, że miłość z jaką spotkała się ta produkcja, już zapewnia ogromną oglądalność następnego sezonu.

 

 


Autor Karolina Szachniewicz