Nowe miejsce. Nowa kultura. Nowa uczelnia. Nowi ludzie. Słowo ‚nowe’ sponsoruje najbliższe dni. Wszystko stare i znane zostawiłem na jakiś czas za sobą i wyjechałem na wymianę do Stambułu.

 

Paszport jest, wiza jest, portfel jest. Trochę nerwowo sprawdzam kieszenie, czy wszystko mam. To przez zmęczenie te nerwy. Przyleciałem na lotnisko Stambuł-Atatürk opóźnionym lotem. Druga w nocy, w koło masa turystów z Iranu i kolejka do kontroli paszportowej, jakiej dawno nie widziałem. Wystałem swoje. Oficer podbił mój paszport i kazał przejść na drugą stronę. Biorę plecak z odbioru bagażu i idę wymienić pieniądze w kantorze, w którym zasięgnę języka. Dobrze mieć lokalny pieniądz w kieszeni. Dużo, czy mało, otwiera różne możliwości dla przyjezdnego. Pracowniczka kantoru powiedziała, że metro jeździ tylko do północy, więc najlepiej będzie jak wezmę taksówkę. Widząc, że nie jestem wielkim entuzjastą podróży z płatnym szoferem, uśmiechnęła się tylko i powiedziała, że przynajmniej nie muszę odbywać tej wycieczki z lotniska Stambuł-Sabiha Gökçen, położonego dwie godziny drogi od miasta. Wychodząc z lotniska uderzył mnie przyjemny gorąc. Jak wtedy, gdy otwiera się rozgrzany piekarnik w wychłodzonej kuchni, w zimowy dzień. Bucha ciepłem. Chciałem odpalić papierosa, ale jeden taksówkarz już mnie wypatrzył i „zaprosił” do taksówki (oplatając mnie spoconym ramieniem, które stanowczo skierowało mnie na drzwi). Wsiadłem niepocieszony, a zaraz po mnie wsiadł kierowca. Wyciągnął paczkę, wziął papierosa, a mi podał drugiego (w równie zdeterminowany sposób, w jaki wskazał samochód). Odpalił mi, odpalił sobie i ruszył. Smoke! Nie spytał o kierunek, adres, o nic, a wjeżdżał już przecież na autostradę. Halo, halo! Gościu – myślę sobie – gdzie Ty jedziesz. Wyciągam telefon i pokazuję mu na mapie, zaznaczony na niej hostel. „A, ok… You from?” Z Polski. Tylko mnie dowieź do jakiegoś noclegu, bo padam ze zmęczenia.

Te pierwsze chwile w nowym miejscu są zawsze roztrzęsione. Jestem w amoku i chłonę wszystko dookoła. Odmienny klimat, wyraźne, nieznane zapachy, inni ludzie i ich obyczaje. Wszystkie zmysły gonią za każdą najmniejszą rzeczą, żeby ją poznać i oswoić. To naturalne i konieczne, mając w perspektywie dłuższy czas egzystowania w danym kraju. Jednak nie zawsze takie przeżywanie jest przyjemne. Szczególnie po długim locie, w środku nocy, będąc głodnym i nie znając języka. Żałowałem, że nie przyleciałem wcześniejszym lotem.

Dotarliśmy po godzinie, z której zmarnowaliśmy dwadzieścia minut na krążenie po wąskich uliczkach dzielnicy Beyazıt. Za każdym zakrętem czekała na nas grupka Turków, siedzących przy drodze na zewnątrz herbaciarni, z mylnymi wskazówkami. Podawali sobie na wzajem mój telefon, żywo dyskutując, który kierunek wskazać. W hostelu, za ladą recepcji stanął chłopak z podpuchniętymi oczami. Obudziłem go. Mrużąc je, patrzy na mnie badawczo. Pokazałem mu rezerwację i wytłumaczyłem, że tu dziś śpię. Nic nie zrozumiał. Trzeba było odstawić całą pantomimę. W końcu zajrzałem przez ladę na komputer, aby pokierować go w systemie – na moje dane. No i znalazł. Podał mi kluczyk i na kalkulatorze pokazał cenę za jedną dobę. Rezerwowałem na tydzień, więc zdecydowałem zapłacić za całość od razu. To było błędem… jak się zaraz okazało. Tymczasem chłopak przyjął pieniądze, wystawił na moją prośbę rachunek i leniwie machnął ręką, dając mi do zrozumienia, że zaprowadzi mnie do pokoju. Zeszliśmy do piwnicy. Dziwne… na zdjęciach w rezerwacji miał być balkon.

Mój pokój nie miał nawet okna. Brak wywietrznika, brak klimatyzacji, czy choćby wiatraka. Tylko dwa wciśnięte obok siebie łóżka piętrowe,. Na jednym, leży rozwalony Jordańczyk w samych gaciach i rozmawiał przez kamerkę z jakąś kobietą, która oczywiście widziała wszystko co się dzieje za nim. Na moim łóżku pościel z licznymi plamami, zresztą jak na wszystkich pozostałych. Zrzuciłem plecak i pobiegłem od razu po czystą do recepcji, żeby zdążyć zanim ten chłopak znowu zaśnie. Poddałem się jednak po pięciu minutach wyjaśnień, podczas których udawał, że nie rozumie o co mi chodzi. Wróciłem na dół, po drodze zahaczając o łazienkę. Tam prawie zwymiotowałem, bo wyglądała, jakby nikt jej nie sprzątał od dwóch tygodni. Brudna woda po czyjejś kąpieli nie chciała spłynąć i stała kilkucentymetrową warstwą na podłodze. Oszczędziłem sobie dalszej obecności w tym miejscu.

Przed snem musiałem jeszcze pójść kupić wodę, bo picie kranowej w Stambule może się źle skończyć dla każdego. Mimo, że dochodziła czwarta, kilka sklepów było otwartych. W ogóle to miasto wydało mi się nadzwyczaj żywe w nocy. Przysiadłem na ławce się napić, uspokoić myśli i ogarnąć wzrokiem okolicę. Teraz spać. Następny dzień tytułuję – ogarnianie.

Meczet Sulejmana nocą

Ważną rzeczą do załatwienia na początku pobytu jest zalegalizowanie kopii paszportu. Nie jest najlepszym pomysłem poruszanie się wszędzie z tym fizycznym. Częste kontrole i wymogi legitymowania się w różnych miejscach, sprawiają jednak, że koniecznym jest posiadanie ze sobą tego dokumenty cały czas. Dlatego też pojechałem rano do polskiego konsulatu, przy stacji metra İtü-Ayazağa İstasyonu. Mieści się on w jednym z kilku ogromnych wieżowców, które tworzą centrum biznesu tej dzielnicy. Wchodząc trzeba przejść przez bramkę, prześwietlić plecak i dać się wylegitymować. Później trzeba zostawić dokument w recepcji, przedostać się przez kolejną bramkę i dopiero windą trafia się do konsulatu. Tam… czeka jeszcze jedna bramka i kontrola, tym razem, polskiego żołnierza. W końcu, w środku konsul podbił mi kserokopię, zaświadczając jej zgodności z oryginałem. Koszt: 15€. I jedna sprawa z głowy.

Wróciłem do metra, gdzie czekały na mnie kolejne bramki i detektory metalu. Kompletny bezsens, zważywszy na fakt, iż obsługujący je ochroniarz jest jeden, a ludzi przez nie przechodzących wręcz przytłaczająca ilość. I piszczą za każdym razem! Myślę, że chodzi głównie o odstraszenie podróżników na gapę tą całą kontrolą na wejściu. Niemal nie da się tego zrobić. Ja nie próbuję, tylko kupuję bilet jednorazowy, za pięć lirów (przelicznik prawie jeden do jednego na Polskie złotówki). Podobno taniej jest kupić kartę, naładować ją pieniędzmi i korzystać do wyczerpania. Wtedy, za każdy kolejny przejazd w przeciągu dwóch godzin, koszt stosunkowo się obniża. Z drugiej strony, przed przyjazdem otrzymałem informację od mojego uniwersytetu, że dostanę od nich studencką kartę transportową z dużą zniżką. Wolałem więc poczekać. Poza wypadem do konsulatu, większość rzeczy mogłem załatwić przemieszczając się na piechotę.

Kolejna stacja – Vezneciler-İstanbul Üniversitesi. Udaję się na główny kampus, tzw. Beyazıt Campus. Chcę odwiedzić biuro koordynatora Erasmusa, żeby się zameldować i dowiedzieć coś więcej o dokumentach, które muszę wyrobić będąc już na miejscu. Niestety trafiłem na przerwę obiadową. Pod drzwiami budynku współpracy z zagranicą spotkałem ochroniarza i dziewczynę, która nie przypominała z wyglądu Turczynki. Ochroniarz powiedział: closed, po czym pytającym spojrzeniem wskazał mi szklankę herbaty. Przyjąłem i usiadłem z nim pod drzwiami. Dziewczyna, która do tej pory milczała, spytała po angielsku czego szukam. Wyjaśniłem, że biura Erasmus i koordynator Mustefę Kaplana. Jestem studentem z Erasmusa, będę tu studiował i chciałem dowiedzieć się kilku rzeczy. Chwilę rozmawialiśmy: Jak Ci się podoba Stambuł? Co studiujesz? Czy masz gdzie teraz mieszkać? W pewnym momencie skonsternowana zapytała: by the way, where are you from?” Poland – odpowiedziałem. Na co ona wybuchła śmiechem. Okazało się, że też jest z Polski, pracuje na uczelni, a w Stambule została po swojej wymianie dwa lata temu, bo poznała tu chłopaka. Byłem bardzo szczęśliwy, bo w końcu znalazł się ktoś, kto rozumiał dokładnie co mówię. Do tego pracowniczkę biura wymiany, która opowiedziała mi wszystko, co muszę wiedzieć. Zasypałem ją pytaniami, a ona spokojnie odpowiadała.

Przyleciałem w środę nad ranem. W poniedziałek ma się odbyć się spotkanie orientacyjne, gdzie podane zostaną wszystkie niezbędne informacje. Dostanę tam moją legitymację studencką, bez której nie wpuszczą mnie na wydział. Tam zapłacę za studencką kartę transportu miejskiego. Będę musiał wyrobić pozwolenie na pobyt w Turcji (ikamet tezkeresi), bo wiza, którą za 20€ wyrobiłem przez internet, pozwala tylko na jednorazowy wjazd i jest ważna przez 90 dni. To za mało, a poza tym planowałem wyjeżdżać z kraju, podczas mojego pobytu. Słyszałem, że z tym pozwoleniem jest nie lada problem. Przeklinamy czasem nasze Polskie urzędy, ale podobno tutaj jest to dopiero prawdziwa gehenna. Od Annasza, do Kajfasza. Mnie miało to na szczęście ominąć, bo koordynator zbierał na spotkaniu wszystkie dokumenty, aplikacje, opłaty i zanosił jednego dnia do urzędu, oszczędzając wiele czasu wszystkim. Warto też wyrobić studencką kartę muzealną, z którą do większości muzeów wejdę za darmo. Przykładowo Hagia Sophia, jeden z ważniejszych monumentów Stambułu. Normalnie, wejście kosztuje 20€, ale z kartą studenta jest darmowe. Wyrobić ją można w specjalnym busie, stojącym właśnie przy tym zabytku.

Wnętrze Hagia Sophia

Z tej rozmowy wyniosłem wiele wartościowych informacji. Poza kwestiami związanymi ze studiowaniem, Joasia, bo tak ma na imię, poradziła mi też odnośnie do szukania mieszkania, cen i uświadomiła o średniej wysokości miesięcznych wydatków. Nie znając waluty i nie potrafiąc się dogadać nie byłem w stanie oszacować ile mogę wydawać, żeby nie wykorzystać za szybko wszystkich pieniędzy ze stypendium. Co do mieszkania, poleciła, żebym poszedł tego wieczoru na spotkanie towarzyskie studentów Erasmusa i poznał się z przedstawicielami organizacji studenckiej ESN. Oni mi na pewno pomogą.

Tymczasem musiała już iść. Ja też wstałem, podziękowałem i ruszyłem z powrotem do hostelu.

Na wejściu poprosiłem po raz kolejny o czystą pościel. Znów się nie udało. Nie zostanę tu dłużej niż naprawdę będę musiał. Wieczorem dowiem się o możliwościach mieszkalnych, nawiążę kontakt z innym ludźmi z wymiany i jak tylko będzie to możliwe przeprowadzę się, żeby naprawdę osiąść.

Pierwsze wrażenia za mną. Pierwszy szok nowością i odmiennością miejsca, do którego przyjechałem już stracił na sile. Rzeczywistość zweryfikowała wyobrażenia. W przeciwieństwie do moich oczekiwań, mniej ludzi mówi po angielsku niż się spodziewałem. Ceny też mnie zaskoczyły. Myślałem, że będzie taniej niż w Polsce, a jest porównywalnie, jeśli nie drożej. Wciąż przytłacza mnie ilość ludzi, ich obcość kulturowa. Martwię się trochę o najbliższą przyszłość i co nowego przyniesie, ale etap wejścia w nowe życie mam już za sobą. Załatwiłem pierwsze sprawy papierkowe i czuję, że się powoli aklimatyzuję.

 


Autor: Jan Krzysztof Olendzki
Zdjęcia: Jan Krzysztof Olendzki
Na główny zdjęciu: Widok na zatokę Złoty Róg, Bosfor i dzielnicę Taksim.

 

Dalsze przygody „Studenta w Stambule” już niebawem w „Nowym Dziennikarstwie”.

 

- POLECAMY -
Eleven Bike Fest