Podstawowe sprawy załatwione. Odwiedziłem uczelnię, oswoiłem się z nowym otoczeniem. Teraz przyszedł czas na zbudowanie relacji z ludźmi, którzy będą mi towarzyszyć w ciągu najbliższych miesięcy. Znajomości są podstawą do odnalezienia się w nowej rzeczywistości. Są źródłem informacji, poczucia swojskości i rozwoju wrażliwości na odmienność kulturową.

 

Pierwsza rzecz, którą robię po powrocie do hostelu to pakowanie swoich rzeczy. Nie ma co się łudzić, nie mogę tu zostać. Jordańczyk patrzy na mnie zdziwiony, jak w amoku upycham wszystko do plecaka. Pyta: czemu tak szybko go opuszczam? W przypływie skrajnego zmęczenia całą tą sytuacją z mieszkaniem, wylewam na niego wszystkie swoje frustracje. A co mam zrobić cholera? Kisić się tu z Tobą w tym chlewie i słuchać jak do rana charczysz coś po arabsku z jakąś lafiryndą na kamerce? Daj spokój człowieku.

Idę do recepcjonisty wybłagać go o zwrot pieniędzy za dni, z których rezygnuję. Na moje szczęście, tym razem mam do czynienia z menadżerem. Mówi po angielsku. Z uśmiechem wręcza mi moją należność, nie pytając nawet o powód skróconego pobytu. Śmiem twierdzić, że bardzo dobrze wiedział dlaczego stamtąd uciekam. Na moją prośbę daje mi nawet czystą pościel na tę ostatnią noc. Wyjął ją spod kontuaru. Dlaczego ten chłopak wcześniej nie mógł tego zrobić? Nieważne. Schodzę na dół, z powrotem do pokoju. Mój współlokator leży obrażony, z wypiętym do mnie tyłkiem. Nic sobie z tego nie robię. Jednak chowam wszystkie manele, wraz z czystą pościelą, do szafki na kluczyk, na wypadek, gdyby przyszedł mu do głowy głupi pomysł odegrania się za moje słowa. Została mi jedna noc w tym miejscu, bo jutro planuję już być na swoim.

Wychodzę przed ósmą wieczorem. Muszę dostać się na plac Taksim, na spotkanie z innymi studentami przebywającymi na wymianie w Turcji. Na zewnątrz wciąż niemiłosierny skwar, choć przeze mnie całkiem lubiany. Idę, obserwując twarze mijających mnie przechodniów. Mieszkańcy Stambułu, wbrew pozorom, nie przypominają stereotypowych wyobrażeń ludności kraju muzułmańskiego. Owszem, widzę po drodze dwie, może trzy kobiety zakryte od stóp do głów czadorem, ale nie jest to nic zaskakującego. Taki widok częstszy jest chociażby w Paryżu ostatnimi czasy. Poza odmienną karnacją i zaledwie kilkoma ortodoksyjnie ubranymi kobietami, nie odnoszę wrażenia jakbym był w wyjątkowo egzotycznym państwie. Podoba mi się, że ludzie przechadzają się po ulicy spokojnie, w lekkim zamyśleniu. Nikt nie maszeruje, nie biegnie do obranego wcześniej celu. Czuję się, jakbym był w miejscu, gdzie wszyscy na wszystko mają czas. Dlatego też, mimo że jestem już trochę spóźniony, zwalniam chodu, zaplatam ręce na krzyżu i płynę spokojnie przez tłum.

Jest niewyobrażalnie głośno. Sprzedawcy z małych kramików pokrzykują na przechodniów zapraszając ich do swoich sklepów. Po ulicy jeździ sporo skuterów, których właściciele ciągle na kogoś trąbią, bo nikt nie korzysta tutaj z pasów. Wszyscy przechodzą jak im się podoba. Co kilka metrów mijam wejścia do kolejnych restauracji z kebabem, które od naszych różnią się tym, że poza kanapkami można tam dostać wiele innych dań na bazie pieczonego mięsa. Małe dzieci zaczepiają turystów takich jak ja, próbując wcisnąć im chusteczki higieniczne lub gumy do żucia za jednego lira. Panuje chaos, który jednak porządkuje w niewytłumaczalny sposób tę rzeczywistość, bo wszyscy się na niego godzą.

Znów jadę metrem. Tu gwar ulicy milknie. Podróżni jadą spokojnie, w ciszy dążąc do swojego celu. Nie jest to niezręczna cisza, przemieszana z ciskanymi spode łba spojrzeniami pełnymi obojętności, czy zawiści, jakie często da się odczuć w metrze warszawskim. Tu ludzie patrzą na siebie z życzliwością, a cisza jest wyrazem wzajemnego szacunku dla wspólnego komfortu podróży.

Wysiadam na placu Taksim, w centralnym punkcie Stambułu. Tu dopiero trafiam na rojowisko ludzkie. Na myśl ciśnie się wspomnienie opisu Forum Romanum w „Quo Vadis” Sienkiewicza. „Gniazdo Kwirytów – bez Kwirytów”, jakby je nazwał Petroniusz.

Odchodząca od placu ulica Istiklal to tutejsze paryskie Champs-Élysées, czy nowojorska Fifth Avenue. Usłana zachodnimi sklepami, stoiskami z pamiątkami, restauracjami i hotelami, jest miejscem, do którego niewątpliwie zawita każdy turysta podczas pobytu w Stambule. Ja, już trochę mniej wyluzowany, przeciskam się przez to stado wczasowiczów, żeby odnaleźć miejsce spotkania. Jestem prawie pół godziny spóźniony i wciąż nie mogę znaleźć celu.

Integracja w gronie studentów Erasmus zorganizowana przez ESN

 

W końcu docieram na taras baru Arsen Lupo. Na wejściu wita mnie gromadka wesołych studentów. Pierwszy podchodzi do mnie Volkan, przewodniczący lokalnej frakcji stowarzyszenia studenckiego ESN (Erasmus Student Network). Jest to organizacja założona w Belgii w 1989 roku, zajmująca się wspieraniem i rozwojem wymian studenckich między uniwersytetami z różnych krajów. Obecnie funkcjonuje już w ponad 900 instytucjach nauczania wyższego, w 40 krajach. Organizatorami dzisiejszego spotkania są członkowie tego ugrupowania. Po krótkiej rozmowie, Volkan przedstawia mnie wszystkim, wraz z przewodniczącym Istanbul Foreigners Office – Reçepem Ceylan. To właśnie on, już na wejściu, przedstawił mi znane mu oferty mieszkaniowe. Cenowo, koszty miesięczne wynoszą około 250€. Nie chcąc przedłużać agonii życia w tamtym okropnym hostelu, dogaduję się z nim, że następnego dnia obejrzymy wspólnie dwa miejsca i wtedy zdecyduję.

Kamień z serca. Kolejna sprawa z głowy. Teraz pozostało oddać się przyjemnej dyskusji w międzynarodowym towarzystwie studentów Erasmusa i poznać się trochę. Większość rozmów sprowadza się do porównań pierwszych wrażeń. Co ile kogo kosztowało, a ile powinno kosztować. Gdzie kupić to a tamto, a gdzie znaleźć to a to. Masa ogólników w oparach ekscytacji charakterystycznej przy początku nowej drogi.

Jest sporo po północy i wracam już do domu. Wciąż zaskakuje mnie żywotność tego miejsca, gdzie w środku nocy większość usług jest jeszcze otwarta. Ruch na ulicy nie zmalał niemal w ogóle. Noga za nogą drałuję do hostelu, bo metro po dwunastej nie jeździ. Przechodząc przez zatokę Złoty Róg, mostem Haliç, przystaję spojrzeć na Bosfor. To niesamowite uczucie. Ogrom tej cieśniny i ogrom miasta nad nią położonego, daje faktyczne poczucie maleńkości człowieka w nim egzystującego. Mówi się, że Stambuł jest łącznikiem Europy i Azji, łącznikiem kultury chrześcijańskiej i muzułmańskiej. Tu gdzie stoję, jestem naocznym świadkiem tego przeświadczenia. Po lewej widzę dzielnice Karaköy i Beyoğlu – centrum europejskości stambulskiej. Po prawej, dzielnicę Sultan Ahmet, położoną na wzgórzu usłanym meczetami o strzelistych minaretach, przypominających o panującej w tym kraju religii. W końcu, widzę jak na dłoni ten pomost kulturowy i rozmyślając nad nim wracam spać.

Rano udaję się na spotkanie z Reçepem. Odwiedzamy pierwsze z dwóch miejsc, które dla mnie znalazł – ExIstanbul House w Beyoğlu, zaledwie pięć minut od placu Taksim. Kamienica, w której znajduje się mój potencjalny dom, położona jest w jednej z ciasnych uliczek równoległych do Istiklal. Nie ma miejsca dla samochodów, gdyż większą część przestrzeni zajmują małe plastikowe krzesełka, na których siedzą znudzeni mężczyźni, popijając çaj (herbatę turecką) i grając w backgammon. Stare budynki w stylu secesyjnym wyglądają na bardzo zaniedbane. Mimo to, wydaje się jakby były tu od zawsze i na zawsze miały tu pozostać, bez względu na ich kondycję. Stoimy przed wejściem, a z parterowych okien kamienicy obok, pokrzykują do nas jakieś kobiety. Okazuje się, że jest to dom publiczny, okupowany przez transseksualistów, którzy swoimi krzykami chcieli zachęcić nas do skorzystania z ich usług. „Just ignore them, man” –  powiedział Reçep i weszliśmy do środka.

 

Widok na ulicę z ExIstanbul House

Jak się okazało, kamienica jest dzierżawiona przez ESN i IFO, przez co większość jej mieszkańców to zagraniczni studenci, bądź ekspaci żyjący w Stambule. To miejsce od razu przypadło mi do gustu. Wąska klatka prowadząca na górę do mojego przyszłego pokoju, usłana jest różnymi, kolorowymi malowidłami. Na schodach spotykamy jednego ze studentów obecnych na wczorajszym spotkaniu. Z uśmiechem wita się z nami i od razu traktuje mnie z taką życzliwością, jakbyśmy już od dawna mieszkali tu razem. Podnieca mnie klimat i charakter tego miejsca. W głowie podjąłem już decyzję, którą tylko potwierdzę Reçepowi, po zobaczeniu pokoju. Wiedziałem, że drugie miejsce to akademik. Sporo tańszy, ale oddalony o 20 kilometrów od centrum. Do tego podzielony na część męską i damską, nie wspominając o obowiązującej ciszy nocnej, po której ochroniarz już nikogo nie wpuszcza. Zostaję w ExIstanbul, tu moje miejsce.

Nawet nie rozpakowuję rzeczy. Schodzę od razu do salonu poznać swoich nowych sąsiadów. Jest Kurd z Syrii, dwóch Niemców, Francuz pochodzenia algierskiego, dwóch Nigeryjczyków, Irańczyk, Amerykanin i Hiszpan. Z nimi będę dzielił życie przez kilka następnych miesięcy. Z nimi będę jadł, bawił się, uczył i poznawał ten nowy dla wszystkich kraj. Otworzyły się przede mną nieskończone możliwości zweryfikowania stereotypów kulturowych, oswajania się z ludzką różnorodnością i zaszczepienia trochę własnych, polskich obyczajów, w ich świadomości. Poza tym, mam szansę poznać przyjaciół na całe życie.

Wszyscy są niezmiernie pomocni. Zabierają mnie na spacer po okolicy. Mohammed (Syryjczyk) poznaje mnie ze znajomymi pracującymi w pobliskiej restauracji syryjskiej. Tam mogę kupić pyszny, świeży lawasz z pewnością, że nikt nie oszuka mnie na cenie. Alex (Niemiec), co chwila wtrąca, w którym miejscu można się najtaniej napić i ogólnie mówiąc o czymś, od razu podaje mi tego właściwą cenę. Mówi, że nie chce, żebym się przejechał tak jak on kilka razy. Tu każdy jak widzi białego chowa faktyczną cenę i podaj nieco zawyżoną. Dowiaduję się, gdzie jest najlepszy fryzjer, gdzie wydrukuję materiały na uczelnię, gdzie obejrzę mecz. Niby małe rzeczy, ale ułatwiają życie, bo ich znajomość czyni okolicę bardziej swojską.

Znalezienie mieszkania nie było dyktowane jedynie potrzebą dachu nad głową. Przede wszystkim szukałem miejsca z dobrymi ludźmi. Ci są w stanie osłodzić trudne momenty, pomóc lepiej zorientować się w nowej rzeczywistości i inspirować do wspólnego jej odkrywania. Dzięki nim, ten wyjazd przybrał kolorów, a egzystencja na emigracji pewnej naturalności. Dowiedziałem się od nich wiele przydatnych informacji, między innymi o tubylcach, o miejscach, czy o obyczajach. Wyjeżdżając gdziekolwiek, warto w pierwszej kolejności zaprzyjaźnić się z życzliwymi ludźmi, bo z nimi życie jest ciekawsze i łatwiejsze.

 


Autor: Jan Krzysztof Olendzki
Zdjęcia: Jan Krzysztof Olendzki

 


REKRUTUJEMY