Poznani ludzie i wspólne z nimi rozmowy otwierają oczy na otaczające możliwości. Porównując notatki z życia w obcym mieście, wciąż przewijają się informacje o miejscach wartych odwiedzenia. Stopniowo sam zaczynam odkrywać różne z nich, rysując w głowie mapę mojego Stambułu.

Najpierw decyduję się na klasyczne zwiedzanie. Później, nigdy mi się nie chce. Z każdym dniem przebywania w nowym miejscu pracuję, aby oswoić je do stopnia, w którym stanie się ono domem. Pragnę więc na początku odhaczyć wszystkie typowe punkty na turystycznej mapie Stambułu. Poznać miasto od korzeni, aby później, włóczyć się już tylko po powierzchni tego co wyrosło na ogrodzonych ruinach. Znów z pomocą przychodzi ESN i studenci Uniwersytetu Stambulskiego. Zorganizowali wspólny spacer po najważniejszych zabytkach, po których oprowadza nas jeden ze studentów wydziału Historii.

Spod bramy wejściowej głównego kampusu İstanbul Üniversitesi, idziemy grupką około dziesięciu osób w stronę Niebieskiego Meczetu. Początek drogi biegnie dokładnie na trasie do mojego pierwszego miejsca zamieszkania. Mijamy jednak hostel, schodząc dalej w dół ulicy Yeniçeriler w kierunku Bosforu. W koło ten sam widok. Budka z kebabem, jakiś sklepik z podrabianymi ubraniami, inny z lokalną biżuterią, restauracja, spożywczy, kantor, znów kolejny sklepik z czymś tam. Niby wszystkie inne, ale po jakimś czasie mieszkania w Stambule, wszystkie wydają się oferować niemal to samo.

Jest ponad trzydzieści stopni, południe. Docieramy do Hipodromu Konstantynopolitańskiego, położonego tuż za murem Błękitnego Meczetu. Hipodrom, choć rozbudowany do swoich dzisiejszych rozmiarów przez cesarza Konstantego Wielkiego, powstał już w czasach Bizancjum, w 203 roku, z woli Septymiusza Sewera. Pierwsze, na co zwraca nam uwagę nasz przewodnik, to fontanna Wilhelma II. Niemiecki cesarz, nie znalazłszy odpowiedniego podarku dla dynastii Osmanów podczas swojego pobytu w Konstantynopolu, kazał zaprojektować i zbudować fontannę. Monument łączy architektoniczne style Europy i Turcji, oraz jest jednym z niewielu źródeł pitnej wody w przestrzeni miejskiej. Dwa lata po cesarskiej wizycie, została  ona przewieziona na swoje obecne miejsce- północny kraniec Hipodromu. Po jego drugiej stronie, wznosi się ku górze kamienny obelisk Konstantyna, pochodzący z piątego, a odnowiony w dziesiątym wieku przez cesarza Konstantyna VII Porfirogenety. Nie jest to jednak jedyny taki obiekt na placu. W samym centrum stoi obelisk Totmesa III, pozostałość z okresu panowania Konstantyna Wielkiego. Cokół pod statuą pokrywają płaskorzeźby wykute w marmurze. Przedstawiają cesarza oglądającego wyścigi. Tuż obok znajduje się Wężowa Kolumna, sprowadzona na to miejsce ze świątyni Apollona w Delfach. Osobliwa jest zauważalna różnica wysokości terenu między stanem obecnym, a oryginalnym punktem, na którym postawiono kolumnę. Według źródeł historycznych, była ona zdobna w trzy głowy wyłaniające się na górze, ze splotu trzech węży. Do tej pory nie wiadomo co się z nimi stało.

Z placu przemieszczamy się na teren meczetu Sultanahmet, zwanego powszechnie Błękitnym Meczetem. Nazwa ta pochodzi od barwy ceramicznych płytek z Izniku w Anatolii, którymi wyłożono jego wnętrze. Świątynia wybudowana została na zlecenie Sułtana Ahmeda w 1609 roku. Do dziś jest miejscem kultu. Jako że ubrany jestem w krótkie spodnie, muszę założyć na nogi spódnicę zakrywającą kolana i łydki. Kobiety otrzymują szale na głowy i ramiona. Przed wejściem wszyscy ściągają buty. Podobno nieraz zdarza się, że grupa zorganizowanych złodziejaszków wbiega do meczetu i w mgnieniu oka wykrada turystom wszystkie buty. Wejście jest darmowe.

Błękitny Meczet / fot. Jan Krzysztof Olendzki

Wewnątrz, mimo tłumu, panuje cisza. Centralna część, odgrodzona barierkami, wypełnia się powoli mężczyznami, którzy pobożnie rozwijają na ziemi swoje dywaniki i klękają. Jest akurat pora modlitwy. Wszystko to składa się na przedziwne uczucie mistycznej kontemplacji potęgowanej monumentalnością całej budowli. Popadam w zachwyt nad ludzką niezłomnością i umiejętnością tworzenia tak majestatycznych rzeczy. Pięć kopuł, które tworzą sklepienie, są niemożliwie ogromne. Udekorowane na każdym skrawku pięknymi i precyzyjnie wykonanymi ornamentami. Nie ma żadnych wizerunków ludzkich, gdyż islam tego zakazuje. Tylko motywy kwiatowe i wymalowane złotymi literami alfabetu arabskiego, wersy z koranu. Zewnętrzna bryła zachowuje tradycyjny styl architektury islamskiej. Z murów wielkiego dziedzińca (niemal tak dużego jak sam meczet), wyrasta sześć strzelistych minaretów. Cały ten obiekt został skonstruowany, by okazać skruchę władcy przed Allahem, za złe prowadzenie się w latach młodości.

Taki akt żalu za swoje winy przemawia do wyobraźni. Niby wiem, że Sułtan Ahmed nie ruszył palcem przy budowie, tylko wyłożył na nią pieniądze. Nie mniej jednak, jest to swojego rodzaju świadectwo ludzkiego wysiłku, aby przypodobać się bogu.

Z meczetu ruszamy do wsławionej w świecie Hagia Sophia- dawniej, bazylika chrześcijańska pod nazwą Kościoła Mądrości Bożej. Pierwsza konstrukcja wybudowana była już w 360 roku. Tymczasem jej dzisiejszy kształt pochodzi z VI wieku, z okresu panowania cesarza Justyniana I Wielkiego. Jest to prawdziwy pomnik międzykulturowego dialogu, który przez wieki rozbrzmiewał nad Bosforem. Świątynia chrześcijańska, którą po upadku cesarstwa rzymskiego przerobiono na meczet, dziś będąca świeckim muzeum. To pamiątka kultur, które przetoczyły się i tworzyły dzisiejszy Stambuł.

Zwiedzać można za darmo, pod warunkiem, że jest się studentem i posiada kartę muzealną. Normalnie jest to koszt około 20€. Ze zniżką, czy bez, uważam, że jest to miejsce warte zobaczenia. Rzadko przepełnia mnie taka ekscytacja przy eksplorowaniu zabytków. Ten ma w sobie coś mistycznego. W moim przekonaniu niesie prawdę o faktycznej koegzystencji dwóch religii. To poczucie wzrasta, gdy wchodzimy do środka a oczom ukazują się mozaiki z wizerunkiem Chrystusa, tuż obok okrągłych płóciennych obrazów z wersetami koranicznymi. Półmrok, który rozświetlają złocone zdobienia, skrywa tajemnicę dziejów ludzkich, dziejów tej części świata. Ostała się ona właśnie w spękanym, wychodzonym marmurze podłogi. Chodzę po niej z oczami wbitymi w sklepienie. Na każdym kroku mijam kolaż dekoracji sakralnych wczesnego chrześcijaństwa i islamu. W wyobraźni odtwarzam wzniosłe chwile koronowań, które również odbywały się w tym przybytku. I widzę, że nie tylko ja popadłem w zachwyt. Wśród zwiedzających są muzułmanie, chrześcijanie, ateiści, a może i wyznawcy innych wyznań. Na twarzach wszystkich obecnych widać podziw i spokojną kontemplację tego kawałka historii.

Wnętrze Hagia Sophia / fot. Jan Krzysztof Olendzki

 Ostatnim punktem naszej wycieczki jest Topkapı Sarayı- rezydencja sułtanów między XV a XIX wiekiem. Ponieważ jest piątek (dzień świąteczny w krajach islamskich), samo muzeum jest już zamknięte. Mimo to, sam ogród otaczający pałac stanowi radość dla oka. Żegnam się z moją grupką, której członkowie, zawiedzeni sytuacją, decydują się wracać już do domów. Ja zostaję napawać się jeszcze trochę tym połączonym dziełem natury i ludzkich rąk. Rozkładam się na trawie, łapiąc promienie popołudniowego słońca. W koło zaskakująca cisza, mącona jedynie brzęczeniem owadów. Wilgotne i ciepłe powietrze intensywniej niesie w każdym podmuchu wiatru zapachy kwiatów. Myślę o tym, jak nie podobne to wszystko do stereotypowych wyobrażeń świata islamskiego. Kojarzony przeważnie z krajobrazem pustynnym i okutanymi w turbany arabami, tu przybiera zupełnie innego wymiaru. Trzeba pamiętać, że Turcja to jednak spadkobierczyni dużo bardziej wysublimowanej kultury, która odbiega trochę od bliskiego wschodu i krajów Magrebu delikatnością obyczajów.

Po krótkim odpoczynku ruszam spacerem do domu. Idąc, zahaczam jeszcze o Meczet Sulejmana- największy w Stambule. Wchodzę tam w zasadzie tylko z jakiegoś głupiego poczucia obowiązku. Jak zwiedzać, to wszystko. I choć byłem tam już raz rok temu, przystaję na chwilę by znów złożyć hołd ludzkiej niezłomności, która postawiła tę budowlę. Poza tym, wnętrze nie różni się prawie niczym od wnętrza Błękitnego Meczetu. Wdaję się w krótką rozmowę z pracownikiem, który informuje turystów o świątyni i samej religii, która jest w niej kultywowana. Pół żartem, pół serio próbuje mnie przez chwilę nawrócić. Uprzejmie zbywam jego próby, ale przyjmuję chętnie wręczany mi Koran po angielsku i kilka broszur wyjaśniających fundamenty wiary muzułmańskiej. Żegnamy się z uśmiechem i udaję się już prostą drogą, z powrotem do domu.

Meczet Sulejmana / fot. Jan Krzysztof Olendzki

Moja dzielnica to właśnie pierwsza płaszczyzna powierzchni, o której wspominałem. Tu zwiedzam i poznaję zupełnie inny rodzaj miejsc wartych zobaczenia. Są moje i wiążą się z nimi moje własne historie, które sam przeżyłem. To miejsca, w które zabrałbym przyjaciół, chcąc im pokazać Stambuł moimi oczami. Jest więc golibroda, u którego raz w tygodniu siadam nagiąć szyję pod brzytwę. Jest restauracja syryjska, gdzie zakup każdej shawarm’y okupiony jest stekiem niezręcznych uśmiechów, wynikających z trudności we wzajemnym zrozumieniu. Ten kucharz, z którym przeważnie mam do czynienia, zawsze próbuje uczyć mnie tureckiego. A może to syryjski. Kto wie? Jest sklep z alkoholem, gdzie wesoły sprzedawca, staruszek, zadziwiająco dobrze mówi po angielsku i za każdym razem, gdy kupuję piwo, pyta z szemranym uśmieszkiem- just one?! Jest herbaciarnia, której nie widać z ulicy w ogóle i gdyby nie malutki napis kredą na ścianie „çay 1,5”, nigdy bym do niej nie trafił. Tymczasem, właśnie tam najlepiej mi się nieraz pracuje. Jest park Maçka Demokrasi, gdzie lubię czasem pójść poleżeć wśród drzew, porysować i odpocząć od zgiełku tego przytłaczająco ruchliwego miasta. Jest wreszcie ExIstanbul House, gdzie co noc kładę głowę do snu.

Z każdym dniem moja prywatna mapa tego miasta rośnie. Oczywiście, jeszcze wiele zabytków pozostało do odwiedzenia. Mnie mimo wszystko, najbardziej cieszy odkrywanie niezwykłych zaułków, a w nich wyjątkowych dla mnie miejsc przez wzgląd na prywatny sentyment. Najlepiej jest się zgubić, włóczyć tak długo, aż poczucie orientacji zniknie. Wtedy dopiero wyciągam mapę, zobaczyć ile dziś zdemaskowałem Stambułu.

 


Autor: Jan Krzysztof Olendzki

- POLECAMY -
Eleven Bike Fest