Z prof. Janem Harasimowiczem, dyrektorem muzeum Uniwersytetu Wrocławskiego,  oraz prof. Leszkiem Rykiem, o życiu pierwszych studentów Uniwersytetu Wrocławskiego – rozmawia Kamil Kuchta.

Pojedynki na szpady, picie na umór, rywalizacja między studenckimi korporacjami. Dwa wieki temu studenckie życie na wrocławskim uniwersytecie wcale nie było nudne. Jak wyglądało życie wrocławskich studentów 100 lat temu? Czy bardzo różniło się od tego, które znamy dziś?

O wystawie „Student żebrak, ale pan!” oraz o życie dawnych żaków zapytałem profesora Jana Harasimowicza, dyrektora muzeum Uniwersytetu Wrocławskiego,  oraz profesora Leszka Ryka.

Między innymi na takie pytania, odpowiedzi można szukać w Muzeum Uniwersytetu Wrocławskiego, gdzie do końca kwietnia 2018 roku trwa wystawa „Student żebrak, ale pan!”



Kamil Kuchta: Student żebrak?

JAN HARASIMOWICZ: – Środowisko studenckie odwiecznie trapi brak pieniędzy. Czytałem relacje studentów z XIX wiecznej Wielkopolski. Pytani o to, dlaczego wybrali uczelnię we Wrocławiu, a nie inną gdzieś dalej na zachodzie odpowiadali: „No bo blisko do domu, do mamy!” Można było zawsze przywieźć trochę prowiantu, pieniędzy…

Kamil Kuchta: Było aż tak ciężko?

JAN HARASIMOWICZ: – W tamtym czasie około sześćdziesiąt procent studentów na Uniwersytecie Wrocławskim to byli synowie ziemian wielkopolskich. Wysyłano ich tutaj, żeby zdobyli wiedzę na poziomie akademickim i po powrocie prowadzili rodzinne gospodarstwa. Ci mieli pieniądze, ale nawet oni potrafili zużyć swoje środki zbyt szybko. Dlatego wykonywali też różne prace, bo przecież wstydem byłoby upraszanie rodziców o więcej pieniędzy.

Kamil Kuchta: A co z tymi, którzy nie mogli poprosić rodziców o pieniądze, nawet jeśli by chcieli? Jak radzili sobie Ci z mniej zamożnych domów?

JAN HARASIMOWICZ: – Najbiedniejsi studenci mogli już wtedy mogli liczyć na specjalne stypendia. Ale i to często nie starczało, więc tak jak mówiłem wcześniej, musieli podejmować się różnych prac. A te wszystkie upokorzenia związane z pracą poniżej swoich kwalifikacji (tak jak i dzisiaj kiedy student stoi za ladą), wtedy też studenci musieli je znosić.

Kamil Kuchta: Jakich dokładnie prac się podejmowali?

LESZEK RYK: Często udzielali lekcji swoim młodszym kolegom i dzieciom. Dziś można by nazwać to korepetycjami. Ale znane są też przypadki kiedy zmuszeni byli wykonywać dość podłe prace żeby zarobić na ciepły posiłek.

Kamil Kuchta: Absolwenci, którzy podczas studiów ledwo wiązali koniec z końcem, często również dobrze wspominają ten czas…

JAN HARASIMOWICZ: – Oczywiście, wtedy też rekompensowano sobie te niedostatki bujnym życiem towarzyskim. Na przykład całym tym etosem korporacyjnym. Że oto my, studenci jesteśmy kimś wyjątkowym, różnimy się od tych zwykłych łyków miejskich. Korporacyjne, unikalne stroje, pojedynki na szpady i inne obyczaje. Studenckie korporacje, miały dla siebie albo całe lokale, albo chociaż stoły w lokalnych knajpach. Ozdabiano taki stół barwami korporacji, podpisywano się nożem na blacie. Wokół tych stołów rozwieszano nawet obrazy, czy grafiki, które identyfikowały daną grupę.

Kamil Kuchta: Czym były wspomniane korporacje?

LESZEK RYK: Korporacje gromadziły studentów pochodzących z danego obszaru geograficznego. Takie stowarzyszenia były zorganizowane i miały cały zestaw ceremonialnych działań.

Kamil Kuchta: Jak wyglądało życie członka takiej korporacji?

JAN HARASIMOWICZ: – Przede wszystkim obowiązywał kodeks honorowy. Były pewne zasady, których trzeba było przestrzegać, jeżeli chciało się pozostać członkiem korporacji. Obowiązywała tam również hierarchia. Młodzi studenci musieli przejść cały proces inicjacji, prowadzony przez starszych kolegów. Więc tworzyło się taką myśl, że „oto my, członkowie korporacji, jesteśmy elitą”

Kamil Kuchta: A jak członkowie korporacji spędzali wolny czas?

JAN HARASIMOWICZ: Tak jak wspominałem: poszczególne korporacje miały swoje całe lokale albo chociaż własne stoły. Na przykład w Piwnicy Świdnickiej korporacje miały swoje stammtisch’e (niem. stoły z rezerwacją), wokół których zawieszone były obrazy i grafiki określające tożsamość takiej korporacji. I tam spędzali mnóstwo wolnego czasu.

Kamil Kuchta: Czym jeszcze różnili się ówcześni studenci Wrocławia od tych dzisiejszych?

JAN HARASIMOWICZ: Przede wszystkim dzisiaj studenci w swojej masie wtopili się w całe społeczeństwo. Już nie są tak dobrze widoczni jako grupa. Owszem, juwenalia trochę tę tradycję kultywują, ale w porównaniu z czasami, kiedy studenci ruszali ze zorganizowanym pochodem na Sobótkę, żeby tam świętować, nie da się tego porównać. Żacy jechali wozami z pełnym umundurowaniu, ze szpadami u boku, dumni, że są częścią uniwersytetu. Mam nadzieje, że te czasy jeszcze wrócą i studenci będą bardziej się odznaczać.

Kamil Kuchta: A co z nauką?

LESZEK RYK: Przede wszystkim wtedy na zajęcia się chodziło. Nie było nawet mowy o tym, czy wykłady są obowiązkowe, czy nie. Wiązało się to też pewnie z kosztami jakie rodzice studenta ponosili. Ale nie tylko. Taka była kultura studiowania.

Kamil Kuchta: Aż tak chętnie się uczyli?

LESZEK RYK: Wystarczy przejść się do Auli Leopoldina, żeby odpowiedzieć sobie na to pytanie. Jeżeli usiądzie pan, w którejś z tych ławek, szybko zauważy pan, że są one bardzo niewygodne. A pod nogami znajdziemy podnóżek, taki jak w kościele, na którym dobrze się klęczy. Służyło to temu, żeby znudzeni studenci…hmmm…zbytnio się nie zasiedzieli. Szczególnie kiedy wykład ich nudził.

Wystawę „Student żebrak, ale pan” możecie odwiedzić w Muzeum Uniwersytetu Wrocławskiego końca kwietnia 2018 r. Wstęp jest wolny.


Rozmawiał i zwiedzał: Kamil Kuchta