Plan: wyjechać na erasmusa na drugim roku. Dokąd? Angielski opanowany, więc chyba czas na jakieś nowe wyzwania. Francja? Brzmi nieźle. Korki francuskiego przez rok, kilka spotkań z native speakerami i jadę. Plus, minus ten poziom A2 będzie…

 

Do Lille najlepiej i najtaniej dotrzeć (jak się wcześniej dowiedziałam na różnych forach erasmusowych) lecąc do Brukseli na lotnisko w Charleroi, a stamtąd odbyć 1,5 h jazdę busem do Lille (bilet na busa – około 12 euro). Tak więc zrobiłam.

Przyjazd – 5 września. Zajęcia na Uniwersytecie zaczęły się 18 września, ale wcześniej organizowany był darmowy, intensywny kurs francuskiego dla przyjezdnych studentów, którego desperacko potrzebowałam. Pierwszy kontakt z językiem – z panią w „recepcji” w akademiku. Nie jest łatwo. Należy od razu zapłacić czynsz za pierwszy miesiąc oraz kaucję, a tu – nie działa karta płatnicza. Przecież grant erasmusowy miałam przelany ponad miesiąc temu… Próbując dogadać się angielsko-francuskim, tłumaczę, że przed chwilą kupowałam bilet na metro, więc karta musi działać. Pani się zlitowała i powiedziała, że pójdzie zapytać dyrektora placówki, czy może zrobić dla mnie wyjątek, żebym zapłaciła przelewem. Zgodził się. Sukces. Zostałam przejęta przez inną pracownicę akademika, która zaprowadziła mnie do mojego pokoju (całkiem niezłego jak na akademickie warunki, muszę przyznać, mimo że łazienki i prysznice na korytarzu – to nigdy nie ma kolejek), pokazała, gdzie jest pralnia, gdzie się wyrzuca śmieci i oznajmiła, że kara za zgubienie kluczyka to 15 euro.

Następnego dnia, trzeba  się pokazać i zapisać  na Uniwerku, żeby wiedzieli, że przyjechałam. Na szczęście w biurze dla studentów „international” mówią po angielsku. Wypełniamy dokumenty, podpisujemy co trzeba. Pytam czy dostanę tutejszą legitymację studencką. Owszem, ale trzeba będzie na nią trochę poczekać. Nie kłamali. To było 6 września, legitymację odebrałam 9 października. Pytam jeszcze gdzie i jak mogę kupić kartę na metro na miesiąc bądź semestr – na głównej stacji w centrum, dowiaduję się. Ale do tego potrzeba duuużo dokumentów – potwierdzenie, że mieszkasz w akademiku (nie, jeżeli nie mieszkasz w akademiku to nie kupisz karty na metro na dłużej niż tydzień), kopię paszportu lub dowodu, swoje zdjęcie… Jak Wam ktoś kiedyś powie, że we Francji jest dużo papierologii to uwierzcie – tak jest. Aż zatęskniłam za tym jak we Wrocławiu idzie się do okienka i mówi: „studencki na wszystko, na cały semestr poproszę” i załatwione. Ale nie marudzę, jest nowe doświadczenie.

Opera w centrum Lille / fot. Joanna Kowalska

O znajomych nie trudno, już drugiego dnia po moim przyjeździe organizowane jest spotkanie w barze dla międzynarodowych studentów. Kiedy przybywam z kilkoma dziewczynami poznanymi wcześniej, tego dnia, jest tyle ludzi, że nie ma nawet szans wejść do tego baru o czarującej nazwie „Lucky Ducky”. No cóż – idziemy w takim razie do pobliskiego sklepu po zaopatrzenie i zaczynamy integrację przed barem. Pod koniec wieczoru, na moim nowo założonym koncie na WhatsAppie, miałam już  kontakt  do osoby z chyba każdego kraju Europy, nie wspominając o ludziach ze Stanów, czy Australii.

Od tego czasu minęły już ponad 3 tygodnie, zaczęły się zajęcia, które nie ukrywam – nadal są lekkim wyzwaniem. Na ten moment ciężko mi jeszcze aktywnie się w nich udzielać. Jedyna taryfa ulgowa jaką dostajemy to możliwość posiadania słownika na egzaminach końcowych. Oprócz tego jesteśmy traktowani jak normalni studenci. Na szczęście francuscy studenci są chętni do pomocy i oferują przesłanie swoich notatek oraz biorą Cię pod swoje skrzydła, kiedy trzeba zrobić projekt grupowy.

Lille to świetnie usytuowane miejsce do podróży. A podróżować można tanio. Zamiast TGV bierze się busa, który faktycznie jedzie trochę dłużej, ale ceny są nawet trzykrotnie niższe. A noclegi rezerwuje się w hostelach młodzieżowych, gdzie można poznać jeszcze więcej międzynarodowego towarzystwa. Zdążyłam już zrobić weekendowy wyjazd do Paryża oraz jednodniowy wypad do Brugii. Ze znajomymi planujemy jeszcze Brukselę i Amsterdam. W tym miesiącu!

Luwr w Paryżu / fot Joanna Kowalska
Klimatyczna kawiarnia w Brugii / fot. Joanna Kowalska

Jest tak jak sobie wyobrażałam. Croissant i kawa na śniadanie. Międzynarodowe towarzystwo, świetni ludzie. Gotowanie wspólnych posiłków przy winie w kuchni akademickiej. Podróże. Tak, jest mnóstwo dokumentów do wypełniania, na zajęciach dalej jest trochę stresik, a mój francuski jest daleko od perfekcyjnego, ale czy warto? Bez dwóch zdań.

Bisous!

 


Autor: Joanna Kowalska