Świat w migawce Millera [RECENZJA]

Krzysztof Miller mówił, że zdjęcia robione dla „Gazety Stołecznej” zmieniały los jego otoczenia. Album „Fotografie, które nie zmieniły świata” może i świata nie przemienił, jednak swoich odbiorców z całą pewnością. Obok tej mieszanki tragedii, historycznych momentów i kulis pracy wybitnego fotoreportera nie da się przejść obojętnie.

 

„Tworzenie albumu, choć wtórne do naciśnięcia przeze mnie migawki, ma sens w bezsensie tego świata. Sens dla mnie. Sens dla tych, co go obejrzą. Chciałbym, żeby zrozumieli, że nasze przebywanie na świecie ma charakter prosty. Zero-jedynkowy. Jak jesteśmy, to jest jeden. Jak nas nie ma, to jest zero” – ta myśl przyświecała Krzysztofowi Millerowi, gdy przygotowywał album wydany już po jego śmierci. Składają się na niego fotografie zarówno z lat 80., jak i współczesne, opatrzone autorskimi opisami, byśmy „więcej wyczytali i więcej zrozumieli z prostej anonimowości pokazywanego przeze mnie obrazka”.

Tę książkę można odczytywać na kilka sposobów. Jednym z nich jest perspektywa fotoreportera. Czytamy o „największym grzechu fotografa. Grzechu zaniechania”. To wtedy, gdy zamiast zrobić zdjęcie i później je ocenić, z jakiegoś powodu nie robi się go w ogóle. Albo że jeśli fotograf jest sępem, to i malarz, który z pieczołowitością oddaje tragedię. Wreszcie że fotoreporter ma obserwować i w odpowiednim momencie „nacisnąć spust migawki”, a to dziennikarz próbuje wejść w głowę swoich bohaterów.

Poznajemy również historię samego Millera. Portrety nie były jego żywiołem. Wykonywał je wyłącznie w naturalnych warunkach bohaterów, „polityka – w trakcie uprawiania polityki”. Niejednokrotnie był bliski śmierci, jak wtedy, gdy w Czeczenii chciał sfotografować wóz z żołnierzami, a jego aparat zbyt przypominał broń. Ruszamy też razem z nim w jego podróż życia koleją transsyberyjską.

Możemy też po prostu zagłębić się w fotografie. Te przedstawiające zupełnie bezsensowną śmierć, staruszki zastrzelonej na ulicy Tbilisi podczas zamachu stanu. Albo te podkreślające, że w każdej części świata dzieci uwielbiają bawić się w wojnę – nawet jeżeli doświadczają jej na co dzień. Ale też te przepełnione spokojem i pięknem, jak baletnice przygotowujące się do egzaminu.

Ten album nie jest jednostajny. Rzuca odbiorcą od lewa do prawa. Od rosyjskich matek, które chcą odzyskać swoich synów z czeczeńskiej niewoli, po ludzi bawiących się na festiwalu w Jarocinie. Nie brakuje tu absurdów, jak prania rozwieszonego na lufach czołgów. Prezentuje, oddaje i pomaga zrozumieć chaos świata, który nas otacza.

„Bo widzimy masę, a nie pojedyncze ludzkie tragedie. Masę łatwiej naszą głową ogarnąć. W jednostce – z jej granicami ludzkiej wytrzymałości – trudniej się zatopić”. Jednak dzięki „Fotografiom, które nie zmieniły świata” to możliwe. Spojrzeć w oczy rewolucjoniście bądź uchodźcy. I odczuć choć namiastkę tego, co musiał czuć fotograf, gdy to zdjęcie wykonywał. A później zamknąć książkę i znów do niej wrócić. Bo ten album trudno odłożyć na półkę zapomnienia.

„Fotografie, które nie zmieniły świata” Krzysztof Miller, 2017, wyd. Agora, liczba stron: 224


Autor: Mariusz Bartodziej
Zdjęcie: Albert Zawada / Agencja Gazeta

  • Za egzemplarz recenzencki dziękujemy wydawnictwu Agora.