Kiedy Apple wprowadziło w 2007 roku pierwszego iPhone’a, nie miał on wielu zwolenników. Steve Ballmer wręcz zaśmiał się, gdy zapytano go o to urządzenie. Jednak iPhone znalazł swoją klientelę i odmienił to, jak patrzymy na telefony. A być może i to, jak patrzymy na przenośne ekrany. 

Trzy i pół cala. W 2007 był to ogromny rozmiar i wiele osób zachodziło w głowę, czy z takiego ekranu da się wygodnie korzystać. Dotychczas w telefonach ekran pełnił niezbyt istotną funkcję, a interakcja z nim ograniczała się do używania przycisków kierujących interfejsem. Oczywiście, iPhone nie był pierwszym telefonem z dotykowym ekranem – pierwszym urządzeniem przeznaczonym dla masowego odbiorcy był IBM Simon w 1992 roku, a jeśli chodzi o urządzenia zbliżone bryłą do telefonu z nadgryzionym jabłkiem, to w 2006 powstał LG Prada. Był jednak pierwszym, który w stu procentach wykorzystał pewną nową technologię…

Delikatny dotyk

Produkowane w tamtym czasie urządzenia posiadały najczęściej ekrany oporowe. Ich główną cechą było to, że do obsługi często nie wystarczył palec. Nacisk, jaki trzeba było wywrzeć na wyświetlacz musiał być dokładny i mocny, toteż pisanie palcami na ekranie było katorgą. Najczęściej robiło się to za pomocą rysika z gumową końcówką. Kolejne ograniczenie stanowił brak możliwości dotyku kilku miejsc na ekranie jednocześnie – zazwyczaj dotyk działał tylko tam, gdzie naciskało się najmocniej. Choć takie panele wykazywały się większą odpornością, przy codziennym użytkowaniu sprawiały sporo trudności.

iPhone osiągnął swój sukces między innymi dzięki wprowadzeniu pod strzechy ekranu pojemnościowego. Steve Jobs prezentując ten smartfon pytał retorycznie publiczność: Rysik? A kto by chciał rysik?”. Cechą ekranów pojemnościowych było to, że wystarczył delikatny kontakt z ich powierzchnią, by zainicjować reakcję. Co więcej, ekrany w tej technologii pozwalały na dotyk w kilku miejscach. Dziś nie wyobrażamy sobie używania telefonu bez wykorzystania gestu uszczypnięcia do powiększenia zdjęcia, strony internetowej czy dokumentu. W 2007 roku nie było to aż tak oczywiste i wiele osób przekonało się do smartfona Apple właśnie dzięki temu rozwiązaniu.

Inną, istotną cechą w przypadku matrycy iPhone’a była jego rozdzielczość. Przy 3,5 calowym ekranie oferowana rozdzielczość to 480 na 320 pikseli, co daje gęstość 165 pikseli na cal. W dzisiejszych czasach taka liczba nie robi na nikim wrażenia, ale warto pamiętać, że jest to większe zagęszczenie niż ma to miejsce w przeciętnym laptopie (15,6 cala, 1366 na 768 pikseli) czy telewizorze, a na pewno większe, niż oferowała wtedy konkurencja. Choć na początku brak klawiatury mógł dawać się we znaki, ekrany pojemnościowe rekompensowały ten brak z nawiązką. Wkrótce, za Apple podążyła konkurencja.

Nowa technologia, lepsze okno na świat

Producenci zaczęli zmieniać swoje podejście w kwestii ekranów, czyniąc z nich okno na to, co oferuje smartfon. Zaczęła się pogoń za coraz to lepszymi matrycami. Najpopularniejsze na rynku były ekrany LCD (ciekłokrystaliczne). W tego typu matrycy podświetlenie źródłem światła dla pikseli jest oświetlenie umieszczone za nimi. W efekcie podświetla się cały ekran. Jednak w pogoni za liderem trzeba było znaleźć coś nowego. Takim rozwiązaniem okazały się ekrany AMOLED. W tych podświetlenie ekranu jest generowane samodzielnie przez diody LED, mogące włączać się niezależnie od siebie. Pozwala to na osiąganie idealnej czerni (po prostu ekran jest wyłączony) i wyższych wartości kontrastu niż miało to miejsce przy LCD. Rozwiązanie to spopularyzował Samsung (choć pierwsza była Nokia) i między innymi dzięki ze swoją serią Galaxy S wysunął się na pozycję lidera rynku mobilnego.

 

Apple, czując oddech konkurencji, postawiło na kolejną innowację, w ślad za którą poszli inni. Z okazji premiery iPhone’a 4 zmieniło reguły gry prezentując Retina display. Nie była to nowa technologia w stosunku do tego, co zaprezentował Samsung, jednak okazała się być kluczowa dla kierunku branży. Ekrany z serii Retina charakreryzowały się większą niż przeciętna w tamtych czasach rozdzielczość. W przypadku iPhone’a 4 celem było przekroczenie magicznej bariery zagęszczenia 300 pikseli na cal. Dlaczego magicznej? Apple oczarowało użytkowników wizją ekranów, na których tekst jest ostrzejszy niż ten wydrukowany w gazecie. Faktycznie, przy zagęszczeniu powyżej 300 pikseli na cal krawędzie czcionek nie są dostrzegalne gołym okiem. Kolejna innowacja spod znaku nadgryzionego jabłka zaczęła dyktować trendy na rynku smartfonów…

 

Apetyt rośnie w miarę… rośnięcia

Rozwojowi tych trendów na pewno przysłużyło się upowszechnianie się mobilnego internetu, jak i sam rozwój aplikacji związanych z mediami społecznościowymi i wideo. Aby można było komfortowo korzystać z takich rozwiązań, smartfony zaczęły rosnąć. Pojawił się także segment tabletów, który za priorytet stawiał rozmiar ekranu. Wraz z rosnącą popularnością retiny Apple’a, inni producenci zaczęli już nie tylko zwiększać ekran, ale i rozdzielczość, jaką pokazywał. W roku 2011 na rynku zaczęły pojawiać się smartfony zdolne wyświetlać obraz w rozdzielczości HD (1280×720), a 5 lat później ta rozdzielczość to absolutne minimum na najniższej półce cenowej.

Ale producentom ciągle było mało. Przeciętny flagowiec z 2011 roku z Androidem (np. HTC Sensation, Samsung Galaxy S2) miał ekran o powierzchni 4,3 cala, co rozbudzało debaty, czy aby na pewno nie jest to za dużo. W 2016 ten rozmiar wahał się od 5,2 do 5,5 cala w przypadku topowych urządzeń, a trudno dziś znaleźć na rynku coś poniżej 5 cali. Producenci zaczęli więc myśleć nad tym, jak sprawić, by ekran był komfortowy w użytkowaniu.

Poszukiwanie miejsca

Nie wszystkie pomysły wielkich korporacji są dobrymi pomysłami, a przynajmniej takimi, które cieszą się popularnością po latach. W 2013 producenci, chcąc uporać się z wielkimi ekranami, postanowili je… zagiąć.

I nie chodziło bynajmniej o elastyczne ekrany, które można zwinąć w rulonik (na takie rozwiązanie pewnie przyjdzie poczekać), a o telefony o zaledwie delikatnie zaoblonych kształtach z dużymi matrycami. Swoich sił próbowało LG z modelem Flex (który nawet doczekał się niezbyt udanej kontynuacji), a także Samsung z Galaxy Round. Mimo kilku funkcji mających wykorzystać dobrodziejstwa matryc oraz opinii producentów, że telefony świetnie sprawdzą się przy oglądaniu wideo, niewielu się na nie skusiło. Producenci zaczęli więc szukać wygodniejszego rozwiązania.

 

Bezramkowa (r)ewolucja

W czasach, w których Apple nie wyznacza standardów, kolejna duża zmiana w kwestii ekranów była odraczana aż do 2016 roku. Wtedy to na rynek wkroczyło Xiaomi z modelem Mi Mix. Charakterystyczną cechą tego smartfona jest niemalże zupełny brak ramek z trzech stron ekranu i niewielka „bródka” na dole, w której to mieści się przednia kamera. Xiaomi najlepiej zareklamowało swój model, a ograniczona dostępność generowała szum, dzięki któremu nastała nowa moda, na ekrany zajmujące ponad 80% powierzchni przedniego panelu. Warto w tym miejscu wspomnieć, że swoje próby w tej dziedzinie już znacznie częściej podejmował Sharp z modelami Aquos (które przez gigantyczną dolną krawędź nie były wygodne w użytkowaniu), a niedawno także okazało się, że i Microsoft ze swoją budżetową Lumią.

 
Inną, mniej udaną rewolucją, choć rozpoczętą przez Apple są ekrany wykrywające nacisk. Pozornie wydaje się to być dobrą opcją – mocniejsze przyciśnięcie pozwalało podejrzeć na przykład treść ostatniej wiadomości lub przełączyć się między aplikacjami. W praktyce brak aplikacji, które wykorzystują mocniejszy dotyk oraz przyzwyczajenie użytkowników, a także przyzwyczajenia użytkowników dotykających ekran mocniej, gdy muszą przytrzymać palec nie pozwoliły temu rozwiązaniu przebić się w oferowanej przez większość producentów formie.

Jaka będzie przyszłość?

Dziś większość topowych smartfonów (LG G6, Samsung Galaxy S8, Huawei Mate 10) posiada ogromny ekran przykrywający front obudowy. Jest to rozwiązanie dodające uroku telefonom, choć niepozbawione ograniczeń (brak czytnika odcisków palca z przodu niektórzy poczytują za wadę), a na pewno niebezpieczne w przypadku upadku telefonu. Pomimo tego jest to wiodący trend. A jakie są następne? 

Wiele mówiło się o ekranie, który potrafi imitować fakturę dotykanej powierzchni. Fujitsu na targach MWC w 2013 proponowało takie rozwiązanie, a na zaprezentowanym demie technologicznym pozwalało dotknąć np. aligatora. Ten pomysł nie zyskał aprobaty, a jego ostatnią inkarnację, Tanvas można było zobaczyć na MWC 2017. Na pewno nie jest to najbardziej oczekiwane rozwiązanie.

Bardziej wyczekiwany i użyteczny niż chociażby technologia wykrywania nacisku jest skaner odcisków palców zatopiony w ekranie. W tym roku żadnemu producentowi nie udało się przygotować sklepowej wersji takiego rozwiązania, choć prototyp chińskiej firmy Vivo już istnieje i działa (ślamazarnie, ale jednak). Prawdopodobnie taką sztuczkę szykowało także Apple w swoim modelu X, ale jako, że nic z tego nie wyszło, postawiono na odblokowywanie telefonu za pomocą twarzy.
Tak czy inaczej, przyszłość ekranów w smartfonach rysuje się w jasnych barwach na ostrych matrycach. Telefony są dzisiaj zdecydowanie czymś więcej niż maszyną do komunikowania się i ekrany odpowiadają na takie potrzeby.

 


Autor: Michał Mielnik
Źródła: Flickr, wikimedia commons