Warsztat fotoreportera sportowego i wywiad w dziennikarstwie sportowym – zaliczone. Jeszcze jedna wymagana obecność na niemieckim i wf-ie – jest. Ostatnie potrzebne rzeczy w plecaku – spakowane. Można lecieć do Panamy.

Po zakończeniu Światowych Dni Młodzieży w Krakowie w 2016 roku i jednoczesnym ogłoszeniu, że kolejne odbędą się w Panamie lekko się uśmiechnąłem. Byłem przekonany, że co najwyżej obejrzę je w telewizji. Wszystko się jednak zmieniło niecały rok później, kiedy po napisaniu matury podjąłem się pierwszej pracy. Po pierwszych wypłatach zauważyłem, że za bardzo nie mam co zrobić z wciąż rosnąca kwotą pieniędzy na moim koncie. W końcu mieszkałem wtedy jeszcze z rodzicami w Gdańsku, więc o nocleg i jedzenie nie musiałem się martwić. O zbliżające się studia we Wrocławiu też byłem spokojny, ponieważ w utrzymaniu miało mi pomóc stypendium przyznane przez ówczesnego prezydenta miasta Wrocław – Rafała Dutkiewicza.

Szybko sobie wyliczyłem ile mniej więcej mogę zarobić przez te i kolejne wakacje i wyszło mi, że mogę lecieć do Panamy. Stwierdziłem też, że skoro mam studiować we Wrocławiu, to też pojadę z grupą z tego miasta. W internecie znalazłem stronę Diecezjalnego Duszpasterstwa Młodzieży we Wrocławiu, a na niej ogłoszenie o zbliżających się spotkaniach. Wszystko wskazywało na to, że muszę tam pojechać, bo pierwsze z nich odbyło się w dzień mojej przeprowadzki do stolicy Dolnego Śląska.

Po ponad roku spotkań, które miały nas przygotować do wyjazdu nie tylko informacyjnie, ale także duchowo można było zacząć się pakować. Z racji, że tegoroczne ŚDM odbywały się wyjątkowo w styczniu (spowodowane to było korzystniejszym klimatem panującym wtedy w Panamie), a nie tak jak zawsze w wakacje musiałem oczywiście wszystko szybciej pozaliczać na uczelni. Na szczęście udało mi się to zrobić bez większych problemów.

Lot do Panamy mieliśmy bezpośrednio z Warszawy. Uniknięcie przesiadek było możliwe, dzięki temu, że Polacy byli najliczniejsza grupą z Europy (3500 osób), co przełożyło się na zorganizowanie dla chętnych grup lotów czarterowych liniami LOT-u.

1 z 300

Sam lot przebiegł bardzo spokojnie. Po wyjściu z samolotu od razu odczułem wysoką temperaturę, co przy panujących w Polsce mrozach było wręcz zbawienne. Oczywiście pierwsze co zrobiła większość osób (w tym ja) to połączenie się z lotniskowym Wi-Fi. Natychmiastowo poinformowałem rodziców, że doleciałem, żeby już przestali się martwić. Następnie bezproblemowo przeszedłem kontrolę paszportową, no i się zaczęło…

Wszyscy po kolei bez problemu odbierali swój bagaż, a ja wciąż czekałem. Niektóre walizki i plecaki robiły już piątą rundę po taśmie bagażowej, a ja wciąż czekałem. W głowie zaczęły pojawiać się najgorsze myśli. Stwierdziłem, że nie ma na co czekać. Zawołałem księdza, który już prawie przeszedł ostatnią kontrolę i mówię, że nie ma mojego bagażu. Całe szczęście lotniska nie opuściły jeszcze trzy inne dziewczyny z mojej grupy, w tym Kasia, która świetnie znała hiszpański. Pani, która w sumie nie wiem za co była odpowiedzialna, bo za wiele nie wiedziała, stwierdziła, że trzeba po prostu czekać.

Nadzieja przyszła po spotkaniu polskiej wolontariuszki, która wydawała się być bardziej zorientowana na lotnisku niż osoby tam pracujące. Powiedziano nam, że musimy skierować się do osoby odpowiedzialnej za PLL LOT, jednak nikt nie wiedział gdzie ona jest. Pomóc chciał nam pan z American Airlines. Wykonał kilka telefonów i powiedział, że osoba, której szukamy zaraz przyjdzie. Usiedliśmy na podłodze i czekamy: 10 minut… 20 minut… 40 minut… Po godzinie oczywiście nikt nie przyszedł. Pojawił się za to inny pan, który poinformował mnie, że mój bagaż został w Warszawie. Sytuacji nie poprawiło to, że nie miał on żadnych uprawnień, aby wypisać mi jakieś oficjalne potwierdzenie zaginięcia plecaka. Na kawałku wyrwanej kartki napisał jedynie numer lotu, moje dane i stwierdził, że wszystko jest już umówione i bagaż przyleci jutro kolejnym lotem.

Cała ta sytuacja była dla mnie jak wyrwanie z pięknego snu. Na prawie 300 osób znajdujących się na pokładzie samolotu, tylko ja nie dostałem swojego plecaka. W bagażu podręcznym, z rzeczy, które były teraz najpotrzebniejsze miałem jedynie, a może i aż kosmetyczkę oraz jedną koszulkę na zmianę. Wszystkie ubrania, buty na zmianę, płyn na komary, olejek do opalania oraz maszynka do golenia zostały w Warszawie.

Niespodziewane przyjęcie

Do Los Pozos – miejscowości, w której mieliśmy mieszkać przez pierwszy tydzień, dotarliśmy około godziny 23, czyli z ponad 4-godzinnym opóźnieniem. Było to spowodowane oczekiwaniem na mój bagaż oraz ogromnymi korkami przy wyjeździe z Panama City. Mimo to mieszkańcy przywitali nas iście po królewsku.

Przechodząc przez szpaler cieszących się na nasz widok osób od razu poprawił mi się humor. Chyba nikt z naszej grupy nie spodziewał się aż tak hucznego przyjęcia. Były okrzyki radości, muzyka i fajerwerki. Po przedstawieniu się i przywitaniu zostaliśmy rozlokowani do domów.

Wraz z dwoma innymi chłopakami trafiłem do domu dwóch starszych państwa. Po przekroczeniu progu od razu zdaliśmy sobie sprawę na co musimy się przygotować. Warunki w jakich mieliśmy mieszkać były po prostu ubogie. Dach domu był po części zrobiony z blachy, a w łazience nie było ciepłej wody. O jakimkolwiek Wi-Fi można było jedynie pomarzyć. Dodatkowo nikt z domowników nie mówił po angielsku, także musieliśmy zdać się na nasze polsko-hiszpańskie rozmówki.

Jak się okazało kuchnia nie była wcale taka skromna. To tu dowiedzieliśmy się, że przez tydzień, na śniadanie można jeść jajka na 1000 sposobów.

Szczęście w nieszczęściu

Każdy dzień rozpoczynaliśmy wspólnie zorganizowaną mszą świętą. Do kościoła zawoziła nas specjalnie podstawiona taksówka, za którą oczywiście nie musieliśmy płacić. Od razu po przybyciu zapytałem Kasi, czy dowiedziała się coś więcej o moim bagażu. Okazało się, że nasz samolot był ostatnim czarterem, a z Warszawy nie ma bezpośrednich lotów do Panamy, dlatego plecak miał przylecieć dopiero 30 stycznia z pierwszym czarterem powrotnym. Gorszą informacją mogło być chyba tylko to, że mój bagaż zaginął i nie wiadomo co się z nim stało lub to, że poleciał zupełnie gdzie indziej.

Na szczęście mieszkańcy Los Pozos szybko temu zaradzili i uratowali niejako mój wyjazd. Zaproponowali mi, że pojedziemy do centrum handlowego w mieście Chitre i tam, na ich koszt będę mógł sobie kupić ubrania. Szczerze mówiąc było mi trochę głupio, ale też za bardzo nie miałem innej możliwości wyboru. W sumie wydali na mnie prawie 80 dolarów, czyli około 300 złotych, za co jestem im do dziś ogromnie wdzięczny.

Pięć bluzek, dwie pary spodenek, kąpielówki, sześć par skarpetek i tyle samo majtek – 79,04 dolarów. Przebranie się – bezcenne.

Śmingus-dyngus w karnawale

Chyba jeszcze nigdy, tak jak następnego poranka nie cieszyłem się, że mogę ubrać się we własne ubrania. Dodatkowo kolejną dobrą informację otrzymałem pod kościołem. Okazało się, że mój bagaż otrzymał reklamację i przybędzie kolejnego dnia. Wiadomość ta była oczywiście bardzo dobra, ale po dwóch dniach, które tam przeżyłem stwierdziłem, że nie ma co się nakręcać i spokojny będę dopiero wtedy gdy plecak dostanę do rąk własnych.

Na nudę w Los Pozos nie mogliśmy narzekać. Po zjedzeniu obiadu czekał nas prawdziwy śmingus-dyngus. Nasze polskie polewanie się z pistoletów może się schować przy panamskich miskach, wiadrach, wężach ogrodowych i balonach. Nawet ja mimo wszelkich prób uniknięcia wody nie zdołałem wyjść z całej sytuacji sucho. Wszystkiemu towarzyszyły oczywiście tańce i muzyka, bo bez tego było by po prostu jakoś niepanamsko.

Dzień się jednak nie mógł tak skończyć, w końcu trwa karnawał. Najpierw Panamczycy wybrali króla i królową karnawału. Wyjątkowo ze względu na nasze przybycie, zdecydowali oni, że za swój niepowtarzalny entuzjazm i energię królową zostanie Faustyna – dziewczyna z naszej grupy, a królem Thomas – jeden z grupy trzech Francuzów, którzy mieszkali razem z nami w Los Pozos. Cały wieczór minął pod hasłem „kultura Los Pozos”. Były tradycyjne ubiory, specjalne tańce, muzyka i śpiew.

Piękne strony karnawału.

Opony, miód i bezpieczna kąpiel

Kolejny dzień miał być bardziej dniem dla Ziemi. Z tego też powodu malowaliśmy stare opony w piękne kolorowe donice, a następnie sadziliśmy do nich drzewa. Ciekawym może być fakt, że akurat wtedy ktoś puścił „Małomiasteczkowy” Dawida Podsiadło, gdzie przecież w teledysku też zostaje zasadzone drzewo.

Przy każdym posiłku w Los Pozos można było skosztować pysznego soku z pomarańczy. Dlaczego o tym mówię? Był on bardzo słodki i okazało się, że nie do końca naturalnie, bowiem dodawano do niego miodu. Nie wiem czy z tego powodu, że się o tym dowiedzieliśmy, ale zostaliśmy zabrani do właśnie takiej małej domowej fabryczki tego słodkiego wyrobu. Oczywiście skosztowaliśmy miodu również na miejscu i sami nawet przyczyniliśmy się do jego wyrobu, ponieważ nie pszczoły się tym zajmowały. W uproszczeniu można powiedzieć, że miód robi się tam z wyciskanego soku z trzciny cukrowej, który jest następnie gotowany.

Głównym punktem programu był jednak upragniony wyjazd nad rzekę. Wolontariusze, którzy się nami opiekowali tak się o nas bali, że oprócz policji (która i tak towarzyszyła nam przez cały dotychczasowy pobyt) ściągnęli również straż pożarną, pogotowie oraz ratowników wodnych. Najbardziej wszystkich rozśmieszyło jednak to, gdy kilku wolontariuszy rozstawiło się za linkami wytaczającymi kąpielisko (utworzone specjalnie dla nas). Wyglądali oni trochę jak żywe boje. Na szczęście panamczycy szybko zrezygnowali ze wszelkich ograniczeń. Myślę, że głównym powodem było to, że przy linkach zamykających kąpielisko niektórym osobom woda sięgała zaledwie do pasa.

Dla osób czekających na jakąś informację co z bagażem: Nie dotarł.

Chitre

W sobotę mszy w Los Pozos nie było, ponieważ miała się ona odbyć w Chitre – stolicy diecezji. W sumie przybyło na nią ponad 8 tysięcy osób z około 30 państw. Następnie po przejściu do centrum miasta odbyła się ogromna parada. Znowu można było zobaczyć tradycyjne ubrania, tańce, posłuchać kilku orkiestr dętych. Wszystko trwało dobre kilka godzin, ale było to tak różnorodne, że oczu nie można było oderwać od żadnego pokazu.

W międzyczasie przyszła jedna z wolontariuszek, przekazując Kasi, że mój bagaż dotarł i znajduje się tu na miejscu. Nie myślałem długo i od razu poszedłem z nimi odebrać plecak. Idąc tam oczywiście zakładałem nawet możliwość, że to jednak nie będzie mój bagaż. Dopiero gdy go zobaczyłem, kamień spał mi z serca. W końcu własne ubrania.

Po pięciu dniach rozstania musiałem go przytulić.

Tego jeszcze nie było

Ostatni pełny dzień miał być bardziej luźniejszy. Po mszy świętej mieliśmy czas, aby spędzić go wraz z naszymi rodzinami, które nas gościły. Do tej pory głównie widzieli nas rano i wieczorem, ale teraz miało być inaczej. Mimo słabego hiszpańskiego można było zamienić kilka zdań, ale też po prostu spędzić z nimi te kilka chwil.

Osobiście czekałem jednak na to, co miało się wydarzyć kilka godzin później. Na Estadio De Futbol Los Pozos odbył się pierwszy historyczny mecz Polska/Francja – Panama. Kolejny raz zostaliśmy też zaskoczeni przygotowaniem z jakim miejscowi podeszli do całego wydarzenia. Pierwszy raz w życiu wychodząc na boisko towarzyszyła mi flaga Polski. Dodatkowo nie obyło się bez hymnów wszystkich trzech państw, co tylko dodało powagi całemu spotkaniu. Mecz zakończył się remisem 3:3 (w drugiej połowie dostaliśmy do pomocy kilku Panamczyków, ponieważ średnio sobie radziliśmy), ale już w rzutach karnych lepsza okazała się drużyna Deportivo Los Pozos, która wygrała z nami 5:4.

Mój pierwszy międzynarodowy mecz.

Następnego poranka było wiele łez i wzruszeń. Przez ten jeden tydzień wszyscy się ze sobą tak zżyli, że aż żal było wyjeżdżać, ale główne obchody Światowych Dni Młodzieży miały się dopiero zacząć. Panama City już na nas czekała.

Przeprowadzka

Po przyjeździe do Panama City dowiedzieliśmy się, że na nasze szczęście nie musimy spać w szkole, ale zostaniemy znów rozlokowani do rodzin. Po kilku godzinach oczekiwania po pierwsze osoby zaczęli przyjeżdżać nowi rodzice. Mało kto chciał jednak brać do siebie chłopaków. Kiedy została już nas mała grupka przyjechał pan, który powiedział że może przyjąć czterech chłopaków. W wyniku małego zamieszania wziął ostatecznie sześciu w tym mnie.

Nie zdążyliśmy jeszcze dobrze wejść do domu, a już zauważyliśmy jak ogromna różnica dzieli stolicę Panamy od reszty państwa. Los Pozos było typową Ameryką Łacińską, z kolei Panama City to już bardziej dążenie do amerykańskich wzorców. Nasz nowy tata był z zawodu architektem i wykładał dodatkowo na uniwersytecie, mama pracowała w domu, we własnym biurze. Oboje mieli również piętnastoletniego syna, który był chyba trochę zdziwiony, że pierwsze o co go poprosiliśmy to hasło do Wi-Fi.

Kanał Panamski

Następnego dnia skorzystaliśmy z propozycji naszej nowej rodziny i pojechaliśmy z nimi na dwa samochody nad Kanał Panamski. Czymś nieprawdopodobnym było dla mnie, że kraj może być aż tak bardzo zależny od jednej rzeczy. Panama bowiem, dzięki kanałowi panamskiemu zawdzięcza od 40 do 45% PKB.

Jeden z piękniejszych widoków.

Po obejrzeniu jednego z najważniejszych kanałów na świecie udaliśmy się na Cinta Costerę, aby wziąć udział w mszy otwarcia ŚDM. Mimo posiadania wejściówek na nieco bliższe sektory nie udało nam się na nie dostać. Aby móc usiąść zostaliśmy zmuszeni do spędzenia mszy na… falochronach. Wojsko i policja widząc, że nie tylko my zdecydowaliśmy się na taki krok szybko zorganizowała motorówki, które kontrolowały, aby nikt nie wpadł do wody.

Polski dzień w Panamie

Okazało się, że nie tylko w Los Pozos lubią jeść jajka na śniadanie. Po kolejnym takim posiłku wiedziałem już, że w Polsce przez pewien czas na jajka nawet nie spojrzę. Nie to było jednak najważniejsze.

Tego dnia miał odbyć się polski koncert w Panama City. Jego miejsce nie zostało też wybrane przypadkowo, bowiem w tym samym miejscu msze świętą odprawił Jan Paweł II, kiedy był z wizytą w Panamie.

Po wspólnej eucharystii, zanim muzycy weszli na scenę było jednak jeszcze kilka tańców „rozgrzewkowych”. Zaczęło się od belgijki, a zakończyło na polonezie. Na scenie świetnie zagrali m.in Siewcy Lednicy, Darek Malejonek, czy też Olga Szomańska.

W drodze powrotnej do domu spotkaliśmy grupę Niemieckiej Polonii z Hannoveru. Sam za bardzo nie wiem dlaczego, ale zaczęliśmy śpiewać kolędy. Na początku wydawało mi się to dziwne, w końcu było ponad 30°C, ale szybko sobie przypomniałem, że przecież to cały czas styczeń.

Powitanie Franciszka

To na to wydarzenie czekała większość pielgrzymów. Papież Franciszek w końcu przyleciał do Panamy, aby spotkać się z młodymi z całego świata.

Jeśli ktoś był na ŚDM w Krakowie to zapewne pamięta, że tam sektory były dokładnie oddzielone od siebie i szczególnie na te bliższe scenie nie dało się wejść bez wejściówki. Tu było zupełnie inaczej. Sektory były czysto teoretyczne, co oczywiście trzeba było wykorzystać. Nie patrząc za bardzo gdzie mamy wejściówkę szliśmy przed siebie byle tylko być bliżej papieża. Udało się. Widzieliśmy wszystko bardzo dobrze, a i też kto wie czy papież Franciszek czasem nie widział mojego obiektywu, ponieważ…

Jestem pewien na 99%, że patrzył na mnie.

W czepku urodzony

W drodze na spotkania z papieżem, ale nie tylko, często korzystaliśmy z autostopów. Ludzie chętnie się zatrzymywali, aby nas podwieźć, więc żal było z tego nie skorzystać. W końcu lepiej podróżować tak, niż zatłoczonym autobusem albo taksówkami, które dla pielgrzymów nie zawsze były tanie.

Mieliśmy właśnie jechać do centrum, aby tam coś zjeść, a później udać się na Cinta Costerę, dlatego stwierdziłem, że łapiemy stopa. Nie musieliśmy długo czekać. Powiedziałem tylko gdzie chcemy jechać i mogliśmy wsiadać. W trakcie jazdy wywiązał się typowy dla nas dialog. Pani, która kierowała spytała się skąd jesteśmy, więc powiedziałem, że z Polski. Ja również wykazując swoje zainteresowanie spytałem skąd pani pochodzi. Odpowiedziała, że z Wenezueli i jednocześnie dała mi swoją wizytówkę. Nie wydało mi się to dziwne, ponieważ już raz otrzymaliśmy wizytówkę jadąc stopem dlatego schowałem ją od razu do portfela. Po dotarciu na miejsce, przy wysiadaniu zażartowałem, że jeszcze do niej zadzwonię. Nie minęło 10 sekund: „Gdzie jest mój telefon?!” Okazało się, że wypadł mi z kieszeni i został na przednim siedzeniu. Szybko wyciągam wizytówkę z portfela, daje koledze i mówię, żeby dzwonił. Na szczęście pani odebrała i minutę później miałem już telefon w ręku. Jednak gdyby nie ta wizytówka…

Język niemiecki i nocne czuwanie

Do Panamy zawitała również Pierwsza Dama RP – Agata Kornhauser-Duda. Z tej okazji zostało zorganizowane specjalne spotkanie z panią prezydentową. Po wygłoszeniu kilku słów dosłownie każdy, kto tylko chciał mógł zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie z panią Agatą. Udało mi się nawet dopchać przez tłum innych ludzi, ale zrobione przeze mnie selfie pozostawiało wiele do życzenia jeśli chodzi o jakość. Pomyślałem, że po prostu poczekam i zrobię sobie jeszcze raz normalne zdjęcie. Panowie z BOR-u widząc, że trzeba już jechać zaczęli powoli jednak wychodzić wraz z panią prezydent. Kleryk Maciek, który był tam razem z nami podpowiedział mi, że trzeba na nią zwrócić swoją uwagę, żeby zrobiła sobie ze mną zdjęcie. Za bardzo nie wiedziałem w jaki sposób mam to wykonać, dlatego wziął on to w swoje ręce. Po jego słowach „Noch eine Foto bitte” pani Agata od razu się odwróciła odpowiadając nam po niemiecku i przy okazji robiąc sobie ze mną pamiątkowe zdjęcie.

Eine Foto z Pierwszą Damą RP. Dzięki Maciek.

Najważniejszym celem tego dnia było jednak kolejne spotkanie z papieżem Franciszkiem. Tym razem na miejsce trzeba było już dotrzeć na piechotę oraz zabrać ze sobą trochę więcej rzeczy, ponieważ nocleg miał być pod gołym niebem. Do przebycia mieliśmy około 10 km w ponad 30 stopniowym upale. Nocne czuwanie zakończyło się dla mnie dosyć szybko. Tak jak zawsze chodzę spać dosyć późno, tak wtedy położyłem się zaraz po godzinie 20. O 6 rano obudziło mnie za to głośne BUENOS DIAS, a następnie jeszcze głośniejsza muzyka. Myślałem, że zaraz wyjdę z siebie i stanę obok, ale no cóż… Nic się nie dało z tym zrobić. Trzeba było wstać, w końcu zaraz msza posłania. W trakcie kazania papież przekazał nam, że my młodzi nie jesteśmy przyszłością tego świata, ale teraźniejszością. Na zakończenie ŚDM zostało ogłoszone kolejne miejsce, w którym młodzi będą mogli spotkać się z papieżem. Za 3 lata będzie to stolica Portugalii – Lizbona.

Bardziej turystycznie

Przez ostatnie dni staraliśmy się jak najwięcej zobaczyć. Udało mi się zwiedzić m.in Katedrę Metropolitarną w Panamie, której organy zostały wykonane… w Zabrzu. Dodatkowo popłynęliśmy na wyspę Taboga, która już na zawsze pozostanie polska.

Do zobaczenia w Lizbonie.


Autor: Łukasz Leski
Zdjęcia: Łukasz Leski