– Ja podejmę się wykonania tego dzwonu!

Głos Michaela rozbiegł się po całej sali atusza, zamykając usta wszystkim zebranym. Gapiowie, radni miasta, zainteresowani projektem ludwisarze – każdy utkwił swój wzrok na osobie, która ucięła całodniową dysputę. Mistrz wrocławski od początku wiedział, że to zlecenie jest stworzone dla niego. Przez kilka godzin delektował się narastającym chaosem. Ludzie przekrzykiwali się nawzajem, próbując znaleźć złoty środek w kwestii ceny, terminu i jakości wykonania dzwonu dla Katedry św. Marii Magdaleny. Południowa wieża potrzebowała symbolu, który mógłby podkreślić siłę i znaczenie Wrocławia na całym Śląsku. Biskupstwo dawało prestiż, Katedra – majestat i rzecz jasna wspaniały wygląd miasta, potrzeba było tylko czegoś, co sprawi, że Wrocław zabrzmi donośnym tonem stolicy regionu. Czyż najlepiej nie nadaje się do tego największy i najbogaciej zdobiony dzwon jaki można sobie wyobrazić? Książęta byli co do tego zgodni, radni miasta również, podobne pomysły rodziły się nawet w głowach mieszczaństwa. Idea wydająca się początkowo szczytna i prosta, z czasem zaczęła sprawiać coraz więcej kłopotów. Od rana spokojna debata, w południe zagorzała kłótnia – do tego doprowadza ludzka chciwość i zachłanność.

– Nonsens! Jak zamierza pan poradzić sobie z tak małym budżetem? Skąd brać tyle stopu cynku, miedzi, ołowiu? Przecież dla ludwisarza bez patronatu to bankructwo! – głos znajomych po fachu grzmiał, próbując zdyskredytować Michaela.

– Ale nie dla mnie! – odparł z uśmiechem – Wszak jestem Michael Wilde, mój zakład na Neue Gasse(1)  ma wielką renomę i mogę państwa zapewnić, że jestem w stanie sporą część funduszy wyłożyć sam.

Sala zamarła. Ludwisarze i radni popatrzyli na siebie z pewną dozą podejrzliwości.

– W takim razie – zaczął jeden z radnych – co pan będzie z tego miał?

– Na pewno nie złoto. Odpowiedź pozostawiam wam.

***

Wychodząc z budynku ratusza Michael odetchnął z ulgą. Obawiał się, że nakłonienie zebranych zajmie mu więcej czasu, jednak tamci, zmęczeni dysputą, szybko odpuścili, pozwalając mu na realizację zlecenia. Minęła godzina piętnasta, co zwiastował dźwięk miejskich dzwonów.

– Już niedługo, za jakiś czas, za chwilę… moje dzieło będzie głosem tego miasta.

Uśmiech nie znikał z twarzy ludwisarza. Słońce rozświetlało bajeczny Rynek Ratusza, przyprawiając Michaela o euforię. Dorobił się majątku na swojej ciężkiej pracy. Od lat oddawał się obowiązkom nadanym mu przez mniejszych bądź większych  zleceniodawców. Był pracoholikiem. Wiedział o tym doskonale. Nie miał dzieci, ani żony – rodzinę uważał za zbędną. Praca wypełniała całe jego życie. Pracy poświęcił swój wolny czas. Nie powinno zatem nikogo dziwić, że przez te wszystkie lata uzbierał dość pokaźny majątek. Nie mając przed sobą kolejnych materialnych celów do osiągnięcia, Michael postanowił skupić się na sławie. Wchodząc na ulicę Neue Gasse był świadom, że los się do niego uśmiechnął. Taka propozycja, akurat teraz, gdy jedyne czego pragnął to prestiż…

– Sam Bóg zdaje się być po mojej stronie – myśli krążyły w jego głowie, nie pozwalając ochłonąć.

Jego oczom ukazała się pracownia, w której spędził tak wiele dni. Szyld przykuwał uwagę, a drzwi stały szeroko otwarte, zapraszając wszelkich zainteresowanych do środka. Tuż przy wejściu stał nieznajomy mężczyzna, który na widok Michaela poruszył się. Jego twarz wydawała się znajoma.

– Pan Michael Wilde, jak mniemam? – rozpoczął tajemniczy gość – Nazywam się Henri…

– To pan był na dzisiejszej debacie? – urwał mu krótko

– Tak i muszę przyznać, że jestem wielce zaskoczony pańską postawą. Jestem jednak przekonany, że tak duży projekt, wymagający tak wielkiego nakładu finansowego to spory uszczerbek, nawet dla cenionego warsztatu.

Wiedział już, do czego zmierza ów Henri.

– Proszę pana. Nie interesuje mnie żadna forma współpracy. Pracę wykonam samodzielnie od podstaw i nie potrzebuję do tego dodatkowych rąk do pracy. Wystarczy mi niezdarny czeladnik  – odpowiadając, Michael ruszył w stronę wejścia nie patrząc dłużej swojego rozmówcę.

Henri odsunął się na bok cały zaczerwieniony. Zniewaga, jakiej doznał, wzbierała w nim i budziła chęć mordu.

– Do widzenia! – odparł szorstko i udał się w nieznanym kierunku.

***

– Otto!

Głos Michaela rozbiegł się po warsztacie, przyprawiając młodzieńca o dreszcze.

– Tak panie! Forma niemal ukończona, stop jeszcze niegotowy…

– Doprawdy? No trudno, dziś nie popsujesz mi humoru – na twarzy ludwisarza pojawił się uśmiech, którego znaczenia Otto nie był w stanie rozszyfrować.

Michael od początku wiedział, że to jemu przypadnie wykonanie tego zlecenia. Dobrzy informatorzy donieśli mu o planach miejskich, a ten wykorzystał je w oka mgnieniu i rozpoczął przygotowywania do odlania największego dzwonu w swojej karierze. Już tydzień temu odmierzył właściwe wymiary wolnej przestrzeni w wieży południowej, opracował cały plan formy i ułożył inskrypcję :

Maria ist der Name mein,
selig musen alle die seyn
die mein lut hören, oder vernehmen spate oder fruh
die sprechen Gote dem Herren zu. (2)

Nie mógł zachwycić się własnym geniuszem, widząc jak plan i ryzyko jakie podjął, opłaciły się. Całe miasto nie nadziwi się ludwisarzowi z Neue Gasse, który ukończy zlecenie w jeden dzień. To była życiowa szansa na zapisanie się na kartach historii. Jeszcze raz spojrzał na olbrzymią formę, w której miał zostać odlany dzwon po czym przeniósł wzrok na kocioł, w którym powoli podgrzewały się stopy miedzi, cynku i ołowiu.

– Minie wiele godzin, zanim spiż będzie gotowy – podsumował Michael – Otto, dopilnujesz temperatury w kotle, regularnie sprawdzaj ogień. Gdy stop będzie wystarczająco gorący, zawołaj mnie. Ja idę do piwnicy świdnickiej uczcić swój sukces.

– Tak jest, panie – Otto przyjął pozę wartownika w obawie przed gniewem swojego mistrza.

Michael nie planował bić młodzieńca w chwili swojej glorii. Bywał surowy wobec swojego czeladnika, jednak przez ból mógł w nim wyrobić cechy prawdziwego ludwisarza – cierpliwość, dyscyplinę i solidność. Projekty, które wykonują muszą wyjść za pierwszym razem, a o pomyłce nie może być mowy. Najmniejszy błąd może kosztować zamknięcie warsztatu, dlatego też wszelka niesubordynacja chłopaka spotykała się przez ostatni rok z toną wyzwisk i kopniaków.

– Wybieram mniejsze zło – tłumaczył sobie Wilde.

***

– Wypijmy jeszcze raz, zdrowie naszego ludwisarza, Michaela!

Kompania tawerniana nie odstępowała od swojego patrona. Mistrz okazał się być hojny i postawił na swój koszt kilka kolejek wybornego piwa, czym zdobył sobie sympatię gości. Z reguły pracowity i zajęty obowiązkami, nie miał czasu na ciągłe marnowanie czasu przy kuflu, jednak dzisiaj mógł sobie na to pozwolić. Jego przechwałki, co do ukończenia dzwonu zadziwiały wszystkich zebranych. Nikt nie mógł mu uwierzyć, że już jutro na wieża południowa zabrzmi nowym, potężnym dźwiękiem. Parę następnych głębszych obudziło wyobraźnię niedowiarków, którzy przekonani, co do oczywistości słów Michaela zaczynali wysławiać jego imię w pijackich śpiewach, wychodząc chwiejnym krokiem z piwnicy w kierunku własnych domów.

– Zatem… ładnie to sobie pan ukartował, panie Wilde.

Michael odwrócił głowę, by spojrzeć na adresata tych słów.

– Henri – skomentował i dopił resztę piwa ze swojego kufla.

– Pan myśli, że ja o tym nie wiem? To na pewno było ustawione! Przekupił pan radnych, a dzwon przygotował wcześniej. Chce pan zostać legendą za życia! Jak panu nie wstyd? W obliczu Boga! – złość gotowała się w ludwisarzu z każdym wypowiedzianym słowem.

– W obliczu Boga nie boję się stwierdzić, że to dzięki niemu dotarłem tak daleko – pusty kufel turlał się pomiędzy dłoniami Michaela – no cóż, życzę panu miłego wieczoru, żegnam.

Wychodząc, potknął się o próg, ale nie stracił równowagi. Zignorował natarczywego rozmówcę po raz drugi. Nie zamierzał dłużej słuchać połowicznie kłamliwych oskarżeń z ust niepogodzonego ze swoim losem nieszczęśnika. Przed nim otwierała się wspaniała przyszłość, a za nim zamykała furtka ciężkiej pracy. To przełomowy moment w jego życiu, wiedział i czuł to. Mówili mu to ludzie, mówił mu to umysł, podpowiadał tak jaśniejący na niebie księżyc. Wrocław zasypiał, a jego sława budziła się.

– Rzym? Grecja? Może Bawaria? Pora przenieść swoją działalność po tak udanym zlece…

– Panie! Wybacz! – Otto nie mógł złapać oddechu wypowiadając te słowa.

– Co zrobiłeś? Gadaj! – oczy Michaela płonęły nienawiścią, jak nigdy przedtem – Co zepsułeś?!

– Stop, on… panie, chodź za mną!

Nie odpowiedział. Ruszył za swoim czeladnikiem obawiając się najgorszego. Możliwe, że przepadnie. Wszystko przepadnie. Raz nadwyrężonej renomy nie odbuduje tak łatwo. Przez jednego smarkacza! Nie miał pojęcia co się stało? Wylał stop? Skruszył formę? Wywrócił kocioł? Miał jedno proste zadanie!

***

Wpadł do warsztatu pełen złości. Zamroczony alkoholem zdołał zorientować się w sytuacji dopiero po dłuższej chwili. Forma wypełniona po brzegi płynnym stopem przykuła uwagę Michaela.

– Coś ty narobił?! – krzyknął i podbiegł, by oszacować straty – za wcześnie! Dzwon nie odleje się w odpowiednim kształcie!

– Panie, przepraszam, ja…

– Milcz!

Stop już zdążył trochę ostygnąć. Nie było mowy o wlaniu go na nowo do kotła.

– Co z tego wyjdzie? – myślał gorączkowo – To będzie wyglądało okropnie…

Stał przez dłuższy moment w milczeniu. Przyglądał się formie, w której właśnie powstawało coś, co może zrujnować jego zakład. Zakup odpowiedniego stopu to olbrzymia inwestycja, a teraz, kiedy wszystkim świadkom opowiedział, czego dokona, nie będzie w stanie naprawić własnej renomy. Wszystko przez jedną nieuwagę. Najmniejszy błąd czeladnika. Nie chciał wiedzieć jakim cudem przelał ciekły metal tak wcześnie. Brakowało kilku dobrych godzin do należytego rozpuszczenia  stopu. Co z tym zrobić? Jak wyjść z tej sytuacji? Pozostał sam, bez odpowiedzi. Jedyne, co słyszał, to głos narastającego gniewu w jego głowie. Chęć zemsty za zniszczone dzieło życia, za exegi monumentum, którego nie wykona, za zrujnowaną karierę rosła w ludwisarzu z każdą sekundą. Alkohol uwolnił go z wszelkich hamulców, jakie mogłyby go powstrzymać.

– Ty! – wskazał na czeladnika – to wszystko twoja wina!

Otto nie zdążył zareagować, gdy w okamgnieniu Michael znalazł się obok niego. Wywiązała się szarpanina. Czeladnik nie wiedział co robić. Odepchnął swojego  mistrza i ruszył w kierunku wyjścia. Postanowił uciekać. Wilde nie odpuścił i ruszył za swoim uczniem. W ostatniej chwili rzucił się, łapiąc za kostkę młodzieńca. Otto przewrócił się i uderzył głową w próg. Nie ruszał się. Michael nie zwrócił na to uwagi i odwrócił ofiarę przodem do siebie. Nie zastanawiając się, wyciągnął nóż zza swojego pasa i wbił go w klatkę  piersiową czeladnika. Ciężko łapał oddech. Spod noża zaczęła wylewać się krew, która pobrudziła jego dłonie. Widząc martwego chłopaka uświadomił sobie, co przed chwilą zrobił.

– To twój koniec, panie Wilde! – mówiąc to, Henri stał w progu z założonymi rękoma.

Michael podniósł głowę i spojrzał na świadka zbrodni. Nie zamierzał go gonić, gdy ten uciekł w poszukiwaniu najbliższego strażnika. Wiedział doskonale, co się stanie niezależnie od jego reakcji.

***

Po kilku dniach spędzonych w lochu nie mógł wyobrazić sobie lepszej nagrody niż odrobina świeżego powietrza i słońca. Wrocław prezentował się niezwykle pięknie tego dnia. Nie przeszkadzały mu wszystkie niedogodności, jakich doznał wcześniej. Pragnął tylko jednego.

Droga na szafot wydawała się spokojna, niczym spacer po leśnej łące. Obelgi ludzi wydawały się śpiewem ptaków, rzucane w niego zgniłe jedzenie – kwiatami, popychanie – powiewem wiatru w plecy. Czy zwariował? Przecież za kilka minut umrze. Nie mógł odpowiedzieć sobie na to pytanie. Jedno pozostawało pewne. Musi o to poprosić.

Kat odprowadził go na szafot. Herold odczytał wyrok. Kara śmierci za morderstwo czeladnika. Oko za oko, ząb za ząb. Wreszcie ma paść tak długo oczekiwane pytanie.

– Ostatnie życzenie?

– Chciałbym posłuchać swojego dzwonu – odpowiedział z uśmiechem na twarzy.

Przez cały czas spędzony w lochach plotki na temat jego dzieła docierały do jego uszy. Z pozoru nieudany projekt, stał się jednym z najwybitniejszych w Europie. Po skruszeniu formy ludziom ukazał się piękny dzwon. Dzwon Michaela. Dzwon Grzesznika. Oczywistym stało się, że pomimo dokonanego morderstwa, dzieło mistrza musi zawisnąć na południowej wieży Katedry. Być może jako rodzaj pokuty, jak niektórzy próbowali tłumaczyć decyzję duchownych i rady miasta.

– Jak sobie życzysz.

Wszyscy byli pewni, że o to poprosi. Przygotowani wcześniej robotnicy chwycili za linę i rozkołysali dzwon.

Z oczu Michaela poleciały łzy. Usłyszał melodię, w której dostrzegł całe swoje życie. Nuta cierpienia, ciężkiej pracy, solidności, obowiązku, poświęcenia i grzechu. Miał wrażenie, że dusza Otto również znalazła swe miejsce w dźwięku dzwonu. Nie zwracał uwagi, nie zauważył i nie wiedział, w którym momencie kat podniósł swój topór. Zapomniał, że nadchodzi jego chwila śmierci. Nagle symfonia umilkła. Nie usłyszał już nic.

Wojciech Kosek


(1) obecnie ul. Piotra Skargi
(2) Maria jest imię me,
Bogiem sławieny będzie,
kto mój dźwięk słyszy lub późno czy wczas
do Pana Boga swój zwróci głos.