Tegoroczne święta Bożego Narodzenia będą moimi drugimi, na które do domu przyjadę z odległego zakątka Polski. Cieszę się, że ten dziewiczy powrót mam już za sobą, bo dzięki temu na tegoroczny zamierzam przygotować się o wiele lepiej.

Wolni, niezależni, z okrojonym budżetem i już dawno kupionymi biletami na pociąg (bo im wcześniej, tym taniej), szykujemy się na prawdopodobnie jedną z najbardziej uciążliwych, ale i ekscytujących podróży tego roku. Kto w końcu, po miesiącach wypełnionych brakiem snu, tłuczeniem się na zajęcia, ekstrawaganckimi obiadami w Misiu („i kompocik do tego, proszę!”), a tuż po nich przeglądaniem gazetek promocyjnych z dyskontów, nie zatęsknił za domem! Dreszcz emocji, wywołany niewiedzą, o ile kilogramów pozostawiony pod opieką rodziców kot przytył przez ten czas, i fala podniecenia, spowodowana myślą o domowym obiedzie (kompocik, ale – maminy!), opadną, niestety, przy pierwszej próbie zapakowania swojej walizki. A raczej jej niedopakowania, bo najgorszym, co można zrobić, to włożyć do niej wszystkie elegantsze ubrania, buty, tonę kosmetyków i książek do nauki (nie oszukujmy się: otworzymy co najwyżej dwie). Studentki i studenci – nie popełniajcie tego błędu! Gdy będziecie mieli ochotę na dołożenie kolejnej rzeczy do bagażu, zadajcie sobie fundamentalne pytania: Czy zostanie mi miejsce na poświąteczne słoiki? Gdzie upchnę bożonarodzeniowe prezenty? A te wszystkie fanty, które dostanę od rodziny, bo przecież tak dawno mnie nie widzieli, i mama jakiś ciuszek kupi, tata da buteleczkę, tu ciocia da kremik, bo nowy, a ona nie używa…

Głupia byłam, gdy przypomnę sobie, że na zeszłoroczne Święta przyjechałam z malutką walizeczką, trochę szerszą od laptopa trzynastocalowego, i w jedną stronę ją ciężką miałam, i w powrotną, a nic z dobrodziejstw domowych nie zabrałam, nic! Wracałam na uczelnię z poczuciem przegranej, szczególnie, gdy następnego dnia zobaczyłam paragon z marketu.

A propos podróży – lepiej uzbrójcie się na nią w kanapki, drożdżówki, wodę i herbatkę z wkładką rozgrzewającą. Nie łudźmy się – nikogo nie ominie co najmniej godzinne opóźnienie pociągu (oczywiście zwiększające się z dziesięciominutowego o dziesięć minut co dziesięć minut, tak, aby ciągle stać i marznąć na peronie). Demony ruchu, przepełnione, bez krzty nadziei na wagon restauracyjny, z otwartym oknem w toalecie i zardzewiałą klapą wystawią nasze psychiki na większą próbę, niż kolokwium z łaciny o siódmej trzydzieści. Nawet luk bagażowy zostanie wypchany podróżnymi po brzegi, bo zajmie go te dziewięć osób, którym system biletowy sprzedał dokładnie to samo miejsce, co nam, a które zajęte jest od stacji początkowej.

Jednak… może spotkamy w podróży kogoś, to wrzuci nam „na górę” pustawą walizkę, kto podzieli się własnoręcznie upieczonymi ciasteczkami, a ktoś będzie akurat wiózł gitarę i umili nam półgodzinny postój w szczerym polu piosenką. Kto wie – w końcu Święta pełne są miłych niespodzianek.

 


Autor: Nina Paśniewska
Zdjęcie: Joanna Kowalska / www.instagram.com/jokovitz

- POLECAMY -
Eleven Bike Fest