To nie jest Sabrina, którą pamiętamy z dzieciństwa. Nowa produkcja Netflixa zgromadziła zarówno wielkie grono fanów, jak i wrogów.

Przygody Sabriny są wszystkim bardzo dobrze znane. Nie tylko z kultowego już serialu, ale także z wielu animowanych lub komputerowych wariacji na jego temat. Z przeróżnym skutkiem. Tym razem twórcy, wraz z platformą Netflix, postawili na całkowicie inną odsłonę historii nastoletniej czarownicy.

Dwa światy

Córka wielkiego czarodzieja i niemagicznej kobiety. Wychowywana przez ciotki, rozdarta między dwoma światami.  Choć podstawy się nie zmieniły, tym razem widzowi przyszło się zmierzyć z czymś mroczniejszym. Zwyczajne życie, normalni przyjaciele, nudna szkoła – tak naprawdę to tylko tło dla niebezpieczeństw i wyzwań, przed którymi (często oko w oko) stanie Sabrina (Kiernan Shipka). Młoda pół-czarownica musi podjąć decyzję zaważającą na jej dalszym losie: pozostać sobą czy spełnić rodzinny obowiązek? Przynależność do Kościoła Nocy kontra zachowanie części swojego człowieczeństwa.

Personifikacją powyższych rozterek były role opiekunek dziewczyny, sióstr ojca – naiwnej i ciepłej Hildy (Lucy Davis) oraz oddanej Ciemności i magicznemu prawu Zeldy (Miranda Otto). Dom pogrzebowy Spellmanów pod ich opieką wydawał się magnesem przyciągającym niebezpieczeństwo i przykre wydarzenia. A zdaniem słodkiej Sabriny o nadprzeciętnej brawurze była ochrona zwyczajnych przyjaciół i ukochanego Harvey’a (Ross Lynch). Kiedy jedynymi sprzymierzeńcami stali się żyjący w wiecznym zamknięciu kuzyn (Chance Perdomo) i uwielbiany przez wszystkich kot Salem, czas na podjęcie dodatkowych działań.

Jestem Sabrina Spellman

Szkoła magii, do której w tajemnicy przez znajomymi z „normalnego” liceum udała się pół-czarownica, w niczym nie przypomina Hogwartu. Pełna niepokoju mury, w których roi się od młodych fanatyków Kościoła Nocy, wyzwoliły w blondwłosej piękności mroczną stronę jej natury. Dualizm, z którym sama walczy, jest jednym z najlepszych punktów produkcji Netflixa. Scenarzystom należą się ukłony za rozbudowaną i pochłaniającą fabułę. Jednak elementem, który najmocniej przykuwa uwagę jest warstwa wizualna serialu. Dopracowane kolory, nadające głębi scenografii i postaciom. Wyróżniające każdą sylwetkę kostiumy, całość jako mieszanka popkulturowego retro. Nieprzypadkowe jest tutaj podobieństwo do innej perełki tej platformy, czyli Riverdale. Momentami wątki tych dwóch światów łączą się, mam tylko nadzieję, że nie dojdzie do ich bezpośredniego zderzenia.

Nowa wersja nastoletniej czarownicy zdecydowanie nie jest przeznaczona dla młodszych widzów. To nie jest już wizytówka lat 90. Sitcom ustępuje miejsca elementom horroru i czarnego humoru, co zdecydowanie bardziej przypomina komisy, na których urodziła się popularność Sabriny, niż serial z Melissą Joan Hart w roli głównej. I chociaż wiele scen w swojej formie i dialogach może urazić, bo czające się zło jest tutaj tematem nadrzędnym, uważam, że Sabrina jest jedną z najciekawszych propozycji Netflixa w ostatnim czasie. A czy dobra passa potrwa, przekonamy się już 5 kwietnia podczas premiery drugiego sezonu.


Autor: Karolina Szachniewicz
Zdjęcia: YouTube