Hugo skończył swoje 21 urodziny, gdy dowiedział się, że w jego życiu otwierają się nowe perspektywy. “Panie Lederer, będzie pan mile widziany jako pomocnik w mojej pracowni” odpisał w zwrotnym liście Christian Behrens, mistrz rzeźbiarstwa z Breslau. Student nie zamierzał długo czekać; spakował skromny dobytek i pomknął na drezdeński dworzec, by jak najszybciej dotrzeć do śląskiej stolicy.

– Akademia Sztuk Pięknych w Breslau – pomyślał, spoglądając na krajobraz widoczny zza okna wagonu – moja furtka ku lepszej przyszłości.

Miasto było piękne, na każdej ulicy wznosiły się cudowne kamienice, których zdobnictwo zadziwiało niejednego przechodnia. Hugo nie miał jednak czasu na podziwianie uroków Breslau. Wyskoczył z pociągu i pobiegł w stronę Akademii, by trafić do profesora, u którego będzie mu dane terminować. Przez cały czas myślał, że śni, że to nie dzieje się naprawdę. On – zwykły żak, jakich wielu, dostaje niepowtarzalną okazję, by szlifować swój fach pod czujnym okiem Behrensa. Gdy dotarł na miejsce, nie miał wątpliwości. Odnalazł swoje nazwisko na liście nowych praktykantów.

– Hugo Lederer – odczytując, ciągnął palcem wzdłuż ciemnych liter liter – oto jestem, świat o mnie nie zapomni!

Nawet nie wiedział, jak prorocze miały być te słowa.

***
    Pokój wydawał się przytłaczający, duszny i nijaki. Nie przeszkadzało mu to. Uważał, że skos, jaki tworzyło poddasze z jedną ze ścian, sprawia, że pomieszczenie wydaje się mniej monotonne, a wielkie, choć zabrudzone okno, rozświetla te kilka metrów kwadratowych prywatności, dając iluzję przestrzeni. Lederer nie należał do najbogatszych studentów. To wszystko na co było go stać. Jednak magia nadejścia chwili życiowego sukcesu tkwiła w jego sercu nadal, zmieniając sposób postrzegania rzeczywistości.  

– Gdybyś czegoś potrzebował, jestem na parterze – odpowiedział właściciel kamienicy i zamknął za sobą drzwi.

Został sam. Położył walizkę na małym łóżku, z którego rozmiarów wnioskował, że nie pomieści jego całego ciała. Ale czy jest to ważne? Wystające nogi zza krawędzi posłania wobec sławy, jaką może zdobyć? Z rekomendacją rzeźbiarskiego mistrza może dostawać zlecenia na projekty, o których zaczynając swoje studia mógł tylko pomarzyć. Popatrzył na regał, w który został uposażony jego pokój. Zaledwie cztery półki, w tym jedna większa. I to wszystko. Nie potrzebował więcej. Przetarł szybę w oknie, ścierając grubą warstwę nagromadzonego kurzu. Promienie słońca mocniej rozświetliły twarz Lederera, gdy ten pogrążył się w błogim świecie spełnionych ambicji. Świecie, w którym stanął na szczycie artystycznej kariery zdobywając sławę i uznanie. Ze stanu zamyślenia wyrwała go własna pamięć. Musiał napisać list do rodziców, którzy pozostali na zachodzie i oczekują odpowiedzi od syna, który wyjechał tak daleko. Tylko oni wiedzieli, jak często Lederer pakował się w kłopoty, z których wyjść pomagali mu najbliżsi. Nie były to sprawy najwyższej wagi, drobne utarczki i małe konflikty, czasem bójka. Najczęściej jednak Hugo tracił sporo ze swojej reputacji na skutek owych wydarzeń.

***

Wracając z pierwszych warsztatów student nie mógł ukryć rosnącej ekscytacji. Profesor Behrens zwrócił uwagę na talent młodzieńca i pochwalił go za wprawę i zręczność jakimi wykazał się przy swoim projekcie. Hugo planował pracować ponad narzuconą normę. “Może oddam mu dodatkowo popiersie? Najlepiej kopię czegoś znanego” rozważał we własnej głowie, gdy nagle zza rogu wysunęła się inna sylwetka. Nie spostrzegł w porę postaci, która weszła mu w drogę. Obie osoby zderzyły się, a w powietrze poszybowała teczka z papierami. Po krótkiej chwili dezorientacji Hugo spostrzegł siedzącego na ziemi drugiego studenta, który był równie zaskoczony całą sytuacją. Nie czekając jednak na pomocną dłoń, szybkim ruchem strząsł ze spodni brud i zaczął zbierać rozrzucone wokół kartki.

– Patrz przed siebie – zawołał, podniósłszy wzrok znad zmarszczonych brwi.
Nie zrażony reakcją rówieśnika, Lederer postanowił mu pomóc.
– Przepraszam, to moja wina. Widzisz, jestem tutaj nowy i rozmyślam nad ułożeniem sobie wszystkiego w mieście, – zaczął się tłumaczyć, po czym wyciągnął w kierunku nieznajomego rękę – nazywam się Hugo, Hugo Lederer.
– Ernst Braun, mówisz nowy?
– Od niecałych kilku dni, dostałem się do tutejszej Akademii Sztuk Pięknych.
– No no, mamy artystę. Rysujesz, malujesz?
– Rzeźbię
Z twarzy Ernsta zniknęły ostatnie oznaki zdenerwowania.
– No proszę, taki to jeszcze zarobi – skwitował. – Trafiłeś do dobrego miasta.
– Tak jak planowałem, ale nie mogę zaprzeczyć, że los się do mnie uśmiechnął. Hej, masz może chwilę wolnego czasu dziś? – zaczął nieśmiale Hugo.
– Jestem zajęty, mam do napisania kilka prac, a przez ciebie muszę je dodatkowo posegregować.
– Nie znajdziesz czasu nawet na jedno piwo? – nie ustępował student.
– Trzeba było tak od razu! – krzyknął Ernst. – Znam sporo dobrych i tanich knajpek. Niestety, ja jestem spłukany.
– Spokojnie – odparł Lederer – mam przy sobie nieco marek.
– No i to rozumiem, chodź ze mną. Musisz spróbować tutejszego piwa.
Tak szybka zmiana zdania wydawała się wręcz podejrzana dla Hugo. Nie zamierzał jednak o nic dopytywać. To była jego pierwsza szansa na zawarcie nowych znajomości w obcym mieście.

***
– No Hugo, to jak ci się podoba Breslau – zaczął Ernst, pociągając olbrzymi łyk z kufla. Czwartego z kolei. Po chłopaku nie było mimo wszystko widać choćby najmniejszej zmiany w zachowaniu. Uradowany od ucha do ucha próbował wydobyć jak najwięcej informacji z nowo przybyłego.
– Jak mówiłem na początku, nie jestem tutaj zbyt długo, ale… – Hugo zawiesił się – ale miasto wydaje się być ładne. Mieszkam na stancji niedaleko rynku.
– Szybko się z tym uwinąłeś. Ja na ten przykład, mieszkałem przez pierwszy miesiąc u innych studentów, wynajmując za grosze kawałek podłogi. Dopiero, gdy oddawałem swoje pierwsze tłumaczenia z francuskiego, zarobiłem na własny pokój – kończąc zdanie podniósł swój kufel i wychylił pozostałą zawartość trunku jednym haustem. – Jeszcze jedną kolejkę proszę!
– Nie przesadzamy? Jest dosyć wcześnie…
– Nie bądź taki sztywny. Pijmy twoje zdrowie!
Ernst stuknął o drugi kufel. Pijąc podniósł wzrok w kierunku wejścia, gdzie zaczęło robić się tłoczno. Kilkoro ludzi właśnie wchodziło do środka, zostawiając swoje płaszcze na wieszaku.
– Patrzcie, patrzcie! Kogo moje oczy widzą – wykrzyknął przecierając usta – toż to moi kamraci z uniwersytetu!  Fabian, Heinz, Karl! Chodźcie no tutaj! – pomachał w stronę grupy.
Odpowiedzieli szerokim uśmiechem i udali się ku pijącym. Hugo zauważył, że studenci nie byli “pierwszorzędnego stanu”.
– Ernst, a kogo tutaj przyprowadziłeś? – zapytał najwyższy z nich.
– To mój nowy znajomy, Hugo, Karl. Poznajcie się!
Wymienili nawzajem spojrzenia podając sobie dłonie. Karl szybko klapnął na krzesło i oparł się łokciem o kant stołu. Po krótkim przywitaniu wszyscy zamówili następną kolejkę mocnego, ciemnego. Lederer czuł, jak jego kieszeń staje się lżejsza o kolejne monety. Jednak czy było to takie ważne? Sukces na uczelni, nowi znajomi i nowe otoczenie – należało mu się coś od życia. Z reguły prowadził oszczędny tryb życia, ale wyjątkowe sytuacje wymagają wyjątkowych poświęceń, a nowe towarzystwo zdawało się być niezwykle pozytywne. Gdy wszedł do knajpy na niebie mocno górowało słońce. Teraz, gdy czuł już błogie bezład we własnych nogach, ściemniało się. Piwo zamroczyło wzrok, a słowa coraz trudniej wypadały z ust.
– Panowie! Kto stawia następneg-eg-go? – spytał Fabian próbując powstrzymywać się od czkania.
– Teraz kolej na Hugo – dodał Ernst, poklepując studenta po ramieniu.
Lederer sięgnął do kieszeni, w której ku własnemu przerażeniu znalazł jedynie dwie marki. Za mało na całą grupę.
– Musicie mi wybaczyć – zaczął niepewnie – wydaje mi się jednak, że ja płaciłem ostatnio.
– Nie szkodzi, nie szkodzi, a może… mam pomysł! – do rozmowy wtrącił się Karl – Zagrajmy w pokera. Przegrany postawi kolejkę. Uczciwy układ, prawda? – popatrzył na zebranych – Hugo, zagraj z nami. Nowi zawsze mają szczęście!

Nie mógł odmówić, wstyd mu było powiedzieć, że nie ma już niemal pieniędzy. Perspektywa zarobku i zabawy wydawała się przy tym tak kusząca, że w umyśle pijanego młodzieńca była oczywistością niepodlegającą dyskusji. W oka mgnieniu stół, przy którym siedzieli został oczyszczony z wszelkich kufli i papierosów. Fabian wyciągnął z kieszeni talię pożółkłych kart i niezgrabnie zaczął je tasować. Po chwili ledwie trafiając na odpowiednie miejsca rozdał wszystkim zgromadzonym karty. Hugo nie miał szczęścia tego dnia. W pierwszym rozdaniu nie ułożył żadnego układu, w drugim udało się stworzyć parę z siódemek. Zwycięsko wyszedł Heinz ze swoją karetą. Lederer wiedział, że jest spłukany, ale znajomym to nie przeszkadzało.
– Postaw miejsce w pokoju! Masz jakieś książki? Też je zastaw! – krzyczeli jeden przez drugiego.
Kolejne rozdanie, kolejna porażka. Dwie pary wobec dwóch strittów, trójki i kolejnej karety. Myślał, że śni, to było niemożliwe. Nawet nie zdążył się zorientować, gdy zaczął grać o własne ubranie. I na tym zakładzie nie odniósł sukcesu. Ernst pokładał się ze śmiechu widząc jak Hugo przegrywa własny podkoszulek.
– No ładnie się dałeś zrobić, przyjacielu – skwitował.
– Zlitujmy się nad nim! – odpowiedział Heinz – odpuśćmy mu, bo niedługo straci stancję!
– Dobra, darujmy mu rzeczy z mieszkania, ale pod jednym warunkiem – zaśmiał się Fabian – wracasz bez niczego do swojego pokoju! Tak jak Pan Bóg stworzył!

Całe towarzystwo pękało ze śmiechu, a Hugo myślał, że zapadnie się pod ziemię. Zaakceptował warunek Fabiana, mając na uwadze to, że w innym wypadku zostałby zmuszony do powrotu do Drezna. W chwili zawstydzenia odzyskał resztki rozsądku. Teraz nie miał innego wyjścia. Było za późno, aby się wycofać. Ku uciesze całej knajpy stanął nago u wyjścia, a resztki godności nie pozwalały mu opuścić pomieszczenia, by paść ofiarą jeszcze większego wyśmiania. “Dalej, dalej!” pokrzykiwała gawiedź, “dolejcie mu piwa”.
– Hej, a może dajmy mu to! – Ernst wskazał na szpadę wiszącą na jednej ze ścian.
– Niech bierze, dla odwagi! Przyda mu się – dodał Fabian zdejmując oręż z haków – oddasz jutro.
Student wręczył młodzieńcowi szpadę i pchnął w stronę wyjścia.

***
Wybiegł z lokalu najszybciej jak mógł. Wiedział, że im szybciej dotrze do domu, tym lepiej dla niego i dla jego godności. Modlił się w myślach, aby jak najmniej osób go zobaczyło. Najwidoczniej modlitwy pijanych nie zostają wysłuchane. Mijając kolejne kamienice napotykał zdziwionych przechodniów, którzy wodzili za nim wzrokiem. Część ludzi wskazywała na studenta palcami, rodzice odwracali głowy własnych dzieci, by ich przypadkiem nie zgorszyć. Największego wstydu nabawił się na rynku, przez który musiał przebiec, by dotrzeć na stancję. Wieczorna pora służyła spacerom dla wielu osób, które teraz reagowały pytającym wzrokiem lub kiwnięciem głowy pełnym dezaprobaty. Jeden z policjantów próbował nawet go gonić, ale po krótkim czasie zrezygnował z pościgu. Studenckiej kondycji trudno było sprostać mundurowemu. Wbiegł w ostatnią uliczkę, która już miała go doprowadzić ku upragnionemu celowi, gdy zauważył, że jedna ze starszych kobiet mdleje na jego widok. Na całe szczęście znalazł się mężczyzna, który złapał ją w porę nie pozwalając zrobić sobie krzywdę. Lederer kilkoma susami dostał się do kamienicy, której był mieszkańcem mijając zaskoczonego właściciela. Tłumaczyć się będzie za chwilę. Kolejne kilka kroków i znalazł się za bezpieczną granicą drzwi. Uklęknął, oparłszy się o szpadę i otarł pot z czoła.
– Nigdy więcej – pomyślał w duchu – nigdy, nigdy, nigdy.

***
Spora grupa ludzi zgromadziła się właśnie na placu Uniwersyteckim, było lato 1904 roku. Uwagę wszystkich skupiał pokaźnych rozmiarów kształt przykryty jak dotąd płachtą. Wśród zainteresowanych znalazł się sam burmistrz miasta, Georg Bender oraz Hugo Lederer, starszy o całe trzynaście lat. W towarzystwie artystów jego imię zdobyło już pewne uznanie i bogaci zleceniodawcy nie bali się powierzyć mu wymagających projektów. Olbrzymi sukces osiągnął dzięki swojemu pomnikowi Bismarcka, który już drugi rok stanowi piękną ozdobę Hamburga. Tuż obok zakrytej, niewiadomej rzeczy, na małym, rozstawionym poniżej podeście, stanął Bender, którego obecność została nagrodzona przez ludność Breslau oklaskami.
– Witam wszystkich zgromadzonych tutaj, na placu Uniwersyteckim tego słonecznego dnia – rozpoczął burmistrz. – Jak wiemy, jednym ze studentów kształcących się w naszym pięknym mieście był znany projektant i rzeźbiarz Hugo Lederer, który uraczył nas dzisiaj swoją obecnością. Powitajmy go gromkimi brawami!
Były żak wysunął się przed tłum, dotarł pod podest i ukłonił w stronę klaszczących. Zatrzymał wzrok na swojej żonie, Annie, która szeroko uśmiechała się, patrząc na męża.
– Miło cię widzieć wśród nas – skomentował Bender, po czym kontynuował – Jak niektórym wiadomo, dzisiaj będzie miało miejsce uroczyste odsłonięcie kolejnego już dzieła Hugona Lederera. Pragnąłbym przedstawić państwu najnowszą ozdobę Breslau odlaną w brązie na wzór projektu naszego artysty. Oto fontanna uwieńczona “Szermierzem”. Niech upiększa nasze miasto każdego dnia!
Burmistrz i były student stanęli po dwóch stronach pomnika, po czym energicznym ruchem ręki, wspólnymi siłami, ściągnęli płachtę przykrywającą owe dzieło. Oczom mieszkańców ukazała się sylwetka młodzieńca stojąca w klasycznym kontrapoście, wsparta o szpadę z zakrzywioną głownią. Stała ona na pięknym fundamencie, jakim była marmurowa fontanna, której cokół zdobiły profesjonalnie wyrzeźbione postacie kobiet. Zwieńczenie bazy stanowiły cztery maski, z których leniwie wypływała woda. Całość przypadła ludności do gustu, która kolejną falą oklasków nagrodziła kunszt artystyczny Lederera. Sam Hugo ukłoniwszy się publiczności, podszedł w kierunku Anny, która jako jedyna wydawała być się zmieszana.
– Powiedz mi, dlaczego ta twarz tak bardzo przypomina twoją? – spytała z pewną dozą ciekawości, marszcząc brwi.
– Kochanie, zostawmy tę historię na później – odparł małżonce Lederer, pozwalając jej ująć się pod rękę.


Autor: Wojciech Kosek

Zdjęcie: Kapitannelson / wikimedia