Myślicie, że serial przedstawiający perypetie nerdów jest odpowiedni tylko dla fanów „Star Treka”, komiksów Marvela i gier planszowych? Nic bardziej mylnego. Przy „Teorii wielkiego podrywu” każdy może się dobrze bawić – pisze Mariusz Bartodziej.

Do tej komediowej produkcji podchodziłem na własne ryzyko. Nikt mi jej nie polecił, nie sprawdzałem opinii. I już po pierwszym odcinku wiedziałem, że każde kolejne 20 minut będzie świetną dawką rozrywki, humoru, a nawet nauki.

Beztroska pogarda dla ludzi

Życie nerda rześko płynie. Praca naukowa, w której odkrywa niezgłębione tajemnice świata. Po niej, wycieczka z przyjaciółmi do ulubionego sklepu z komiksami. A wieczorem wspólna kolacja i ekscytująca gra w „Lochy i Smoki”.

Tak wygląda codzienność czwórki naukowców z Kalifornijskiego Instytutu Technologicznego. Leonard Hofstadter i Sheldon Cooper to dwaj doktorzy fizyki i współlokatorzy. Połączył ich przypadek, scementowała przyjaźń. Choć pierwszy z nich stale zastanawia się, jak to możliwe. Dlaczego? Bo Sheldon ma parę wad. Potrafi od ręki napisać regulamin obowiązujący w mieszkaniu, który interesuje właściwie tylko jego. Grafik korzystania z łazienki to dla niego norma. A do tego gardzi ludźmi (za wyjątkiem Stephena Hawkinga). Ale tak beztrosko i nieświadomie, że aż ma się ochotę mu współczuć. Ten komizm wysuwa jego postać na pierwszy plan, a on w każdym odcinku zostawia po sobie niezatarty ślad.

Do tego humorystycznego kotła dorzucić musimy resztę paczki. Rajesh „Raj” Koothrappali, kolejny doktor, ale astrofizyki. Do Ameryki trafił z Indii dzięki bogatemu ojcu, który stale dba o jego budżet. Z przyjaciółmi potrafi nadawać jak katarynka, lecz przy kobiecie zapomina języka w ustach. A z powrotem go odnaleźć pozwala mu łyk alkoholu. Stąd jego towarzyszką życia zostaje słodki piesek. Wisienką na torcie jest Howard Wolowitz, doktor… no właśnie, nie doktor. Jako jedyny z grupy jest „tylko” inżynierem po MIT, o czym Sheldon nie zapomina mu na każdym kroku przypominać. Drobny Żyd o wielkim zapale do kobiet. Jednak każdy jego podryw właściwie kończy się jeszcze przed próbą.

Gry wideo to ich chleb powszedni. Od lewej Howard, Sheldon, Raj i Leonard

Kontrast kluczem do sukcesu

Gdyby na tym poprzestać, czegoś by w tym serialu brakowało. Dlatego nagle naprzeciwko Leonarda i Sheldona wprowadza się Penny i wywraca świat grupki przyjaciół do góry nogami. Atrakcyjna blondynka, która przebiera w facetach jak w ciuchach na wyprzedaży. Niespełniona aktorka, musi dorabiać jako kelnerka.

Nieudolny Leonard za cel życia stawia sobie zdobycie jej serca. Ona ze świata plotek i ulotnej miłości przenosi się w rzeczywistość seriali science-fiction i gier przygodowych. A co najśmieszniejsze, świetnie się w nią wkomponowuje. Nawet mimo IQ poniżej poziomu czwórki naukowców. To ona pozwala spojrzeć na nich z punktu widzenia bliskiego nam – osób niekoniecznie z doktoratem i pracujących na renomowanej uczelni. Jej postać wprowadza do serialu kontrast, który jest główną osią komediową.

Dzięki Penny okazuje się jeszcze, że nerd też potrafi kochać. Nie tylko rozbudza uczucia Leonarda, ale też szlifuje flirciarskie kompetencje Howarda i pomaga w przełamaniu się Rajowi. A czy nawet w nieludzkim Sheldonie odezwie się ludzkie uczucie, jakim jest miłość? O tym już musicie przekonać się sami.

Na Penny oko może zawiesić męska część publiczności, a przynajmniej ta mniej zafascynowana komiksami

Dla geeków i laików

Ten serial w moim odczuciu jest w stanie spełnić oczekiwania każdego. Zarówno osoby zafascynowanej fantastyką, jak i laików, którzy kojarzą choć Batmana, Supermana czy Flasha. Znajdziemy w nim groteskę, love story, a nawet chwile wzruszenia. Dotychczas pojawiło się blisko dwieście odcinków serialu (premiera kolejnego już 9 lutego). Jednak gwarantuję wam, że już po pierwszym przeniesiecie się do świata komicznych naukowców i nieprędko będziecie chcieli z niego wrócić.


Autor: Mariusz Bartodziej