Latające pojazdy są marzeniem ludzkości. Niezależnie od tego, czy wolicie Jetsonów, czy Powrót do Przeszłości, znajdziecie tam samochody mogące poruszać się w powietrzu niczym małe samoloty. Kto wie, czy takim samochodem niebawem nie będzie można się poruszać w przestrzeni miejskiej?

Na czym stoimy, czym polecimy?

Nie jest tak, że samochody, które mogą latać (a raczej samoloty, które mogłyby jeździć) są nowym pomysłem. Podobne koncepcje rozwinęły się (a jakże!) w Stanach Zjednoczonych, i to już w 1. połowie XX wieku.

W 1940 roku Henry Ford powiedział:

Zapamiętajcie moje słowa: Połączenie samochodu z samolotem pojawi się. Możecie się uśmiechać, ale do tego dojdzie.

Ford być może widział już wtedy, co przygotował A.H. Russell. Już w 1924 roku zaprezentował on swój pojazd. Można było mieć wątpliwości co do jego umiejętności latania, głównie przez dość małe skrzydła i śmigło, które wychodziło wprost z silnika. Działał jednak na wyobraźnię i był tym, na co czekali fani awionistyki i motoryzacji. Na pewno wyglądał futurystycznie, nie idąc na kompromisy w kwestii wyglądu. Co innego ten model.

Dziewiczy lot Arrowbile odbył się 21 lutego 1937 roku.

Waterman Arrowbile z okolic roku 1937 nie zdobył popularności, zapewne przez jego kształt, który nie przypominał samolotu ani ładnego samochodu. Mimo tego potrafił się wznieść, potrzebował do tego jedynie małego pasu startowego, ponadto operując mocą 100 koni mechanicznych, całkiem żywo przyspieszał na drodze. Jednak ze względu na niewielkie zainteresowanie porzucono jego drogową naturę. Ostatnie dwa modele, czwarty i piąty, potrafiły jedynie latać.

Molton B. Taylor przy Aerocarze (fot. auburnjournal.com)

Spośród rozmaitych propozycji latających pojazdów, najpopularniejszą stało się dzieło Moltona B. Taylora. Aerocar był imponujący pod względem konstrukcji – skrzydła i śmigło pchające były w pełni składane, przez co w ciągu 5 minut można było sprawić, by zaczął jeździć po drodze, holując przy tym swoje moduły służące lataniu. W końcu przy rozpiętości skrzydeł na długość ponad 10 metrów nie byłoby to możliwe. Na drodze pojazd prezentował się nie gorzej. Przy mocy 143 koni w modelu III oraz wadze nieprzekraczającej 900 kg potrafił rozpędzić się do 172 km na godzinę.

Historia pojazdów latających jest niewątpliwie intrygująca. Co ciekawsze próby można zobaczyć tutaj.

Uberoloty

Nikt nie lubi stać w korkach, a już szczególnie stać w korkach, kiedy licznik w taksówce powoli odlicza kolejne złotówki. Wyniesienie taksówek ponad budynki teoretycznie może więc mieć sens, zwłaszcza, gdy za inicjatywę bierze się Uber, znany z innowacyjnych rozwiązań. Magicznym rozwiązaniem problemów z transportem miałby być EVTOL, czyli: Electric Vertical Take-off and Landing Devices.  Tak naprawdę nie byłby to transport indywidualny i odbywałby się wysoko ponad przestrzenią publiczną, ale sam jego koncept brzmi dobrze. Trudno tu jednak o konkrety – wiadomo jedynie, że Uber współpracuje z rządem Stanów Zjednoczonych, by uzyskać patenty na taki transport i uprościć procedury szkolenia pilotów – czyli tak naprawdę sam nie wie, czy chcą autonomicznych, czy pilotowanych pojazdów.

Co dobrze rokuje dla projektu UberAir to fakt, że firma podpisała kontrakt z NASA na dostawy technologii, w tym DEP (Distributed Electronic Propulsion – napęd ele) i specjalne baterie, a do 2020 mają pojawić się pierwsze prototypy, które miałyby się przemieszczać ponad miastami. Co jeszcze ciekawsze, miałyby to być pojazdy autonomiczne, choć tutaj lepiej jest ostudzić entuzjazm, biorąc pod uwagę, że przy obecnym poziomie technologii są to zaawansowane, ale tylko koncepcje.

Volocopter

Drony szturmem zdobyły serca zarówno fanów pojazdów sterowanych pilotami, jak i amatorów filmowania. Swoimi kształtami i śmigłami przypominają nieco helikoptery. Niemieckiej firmie Volocopter do tego stopnia, że stworzyli powiększonego drona, który wygląda jak helikopter, ale jest pojazdem typu VTOL. Projektem tym zainteresowały się Intel i Toyota, które oferują Volocopterowi wsparcie merytoryczne i technologiczne.

fot.: Materiały prasowe Volocopter GMbH

A z czym to się je? Nie ma tu wielkiego śmigła nad dachem dwuosobowej kabiny, jak w przypadku helikopterów. Zamiast tego na dachu umieszczony jest okrąg, a na nim zamontowane pomniejsze śmigła. Według producenta, ma to przyspieszać ruch wznoszący oraz minimalizować zachwianie pojazdu związane z oddziaływaniem jednego, mocnego śmigła. Zamiast tego, jest ich tutaj 12 na całym okręgu i każde może działać niezależnie od drugiego. Zaledwie 450 kilogramów przy mocy 45 kW pozwala rozpędzić się maszynie do ponad 100 kilometrów na godzinę.

Funkcjonalny prototyp zaprezentowano już w 2012, w 2013 zapraszano nawet osoby do przetestowania. Od tamtego czasu, aż do tegorocznych targów CES, słuch o projekcie zaginął. Brian Krzanich, CEO Intela powiedział, że Volocopter to „w zasadzie latający samochód” i po prezentacji można było zasiadać do niego podczas wystawy. To wszystko nie zmienia jednak faktu, że na całym świecie taki projekt będzie musiał się zmierzyć z szeregiem regulacji dotyczących pojazdów latających, by w ogóle móc się wzbić w przestrzeń powietrzną i jego kształt niemal na pewno ulegnie zmianom.

PAL-V

Nie tylko potentaci z Doliny Krzemowej maczają palce na rynku pojazdów latających. Jest tu też miejsce na prywatne projekty, a jeden z nich to PAL-V Liberty – pierwsza taka obietnica samochodu, który w każdej chwili będzie mógł się stać maszyną do latania. Co więcej, ma się to dziać automatycznie, bez ingerencji użytkownika idącej dalej niż naciśnięcie kilku guzików.

Holenderska firma istnieje już od 2001 roku, jednak ich pierwszy model pojawił się w 2012 roku, tuż przed premierą Volocoptera. Holenderska firma nie skupia się tak mocno na specyfikacji jak ich konkurencja, w swojej broszurce opowiadając o takich detalach jak wbudowane ogrzewanie, czy włoski design w stylu supersamochodów. Wiadomo, że wszystko napędzać będą dwa silniki, które to w zależności od trybu będą napędzać koła albo rotar. Rozkładane śmigło znajdzie się na dachu trójkołowca. Sama obecność trzech kół na pewno odciąży pojazd, ale zabierze mu także sporo stabilności.

Futurystyczny wygląd niewiele da, jeśli Pal-V Liberty nie będzie potrafił utrzymać równowagi na drodze

Na więcej szczegółów czas przyjdzie podczas targów samochodowych w Genewie. Do tego czasu producenci gdybają na temat ceny i dostępności, obiecując, że bez podatków najtańsza wersja pojazdu będzie kosztować w okolicach 300 tysięcy euro. 

Może coś bardziej przyziemnego?

Odrzutowa deskorolka to niejednokrotnie szczyt marzeń młodych miłośników technologii. Niewątpliwy wpływ miała na to premiera drugiej części Powrotu do przeszłości. Dziś rynek deskorolek elektrycznych prężnie się rozwija, ale to w dalszym ciągu nie to samo co możliwość wzbicia się w powietrze na desce. A taką możliwość może dać Flyboard Air od Zapaty. 

Doświadczeni producenci maszyn do unoszenia się na wodzie na potrzeby Flyboard Air zrezygnowali z aparatury łączącej sprzęt z wodą i stworzyli niemalże autonomiczne urządzenie. Przy pierwszym pokazie pojawiła się niezliczona ilość kontrowersji. Na znakomitą większość z nich odpowiedzi znajdziecie tutaj.

Na maszynę składają się dwie miniturbiny balansujące lot oraz co najmniej dwa silniki odrzutowe z ogromną sprężarką, które są wypośrodkowane. Paliwo najprawdopodobniej znajduje się w plecaku, który Frank Zapata ubiera podczas lotu. Gazy wylotowe, rozgrzewające się w procesie do prawie 1000 stopni, napędzają turbiny i nadają ciąg, sprawiając, że urządzenie może poruszać się z prędkością nawet 150 km na godzinę. Najważniejsze i najsmutniejsze dla końcowych użytkowników jest to, że sprzęt może w ten sposób funkcjonować zaledwie przez 10 minut.

Potencjalne problemy

Pomińmy niedostatki w zastosowanej technologii. Na papierze większość pomysłów prezentuje się efektownie, więc co tak naprawdę stoi na przeszkodzie ku temu, żeby auta zaczęły latać? Lista powodów jest długa.

UberAir na początku będzie mocno ograniczoną uslugą (fot.: mat. prasowe Uber)

Po pierwsze, aby zagwarantować tym urządzeniom minimum wartości użytkowej, trzeba pójść na znaczne kompromisy w niemalże każdej kwestii. Dotychczas zaprezentowane pojazdy zajmowały razem ze śmigłami przestrzenie większe od busów, nie mając przy tym ich możliwości. Jeszcze większym problemem byłoby wdrożenie takiej aerodynamiczności, by niewielki pojazd mógł w ogóle wzbić się bez długiego pasa startowego albo wielkiego lądowiska. Wiązałoby się to ze znacznymi kompromisami w wadze i sposobie użytkowania – na pewno nie dałoby się takiego pojazdu zabrać na rodzinną wycieczkę, ponadto musiałby on być niezwykle lekki.

Volocoptery muszą uzyskać szereg pozwoleń, by w ogóle móc wzbić się w powietrze

Oczywiście przy użyciu włókna węglowego i wyrzuceniu podstawowej aparatury znanej z samochodów jak klimatyzacja czy radio da się osiągnąć ten efekt. Jeśli jednak miałyby to być pojazdy hybrydowe, to problem wagi może okazać się nie do przeskoczenia. Dodatkowo skutki potencjalnych wypadków byłyby znacznie bardziej opłakane, a każda awaria może skończyć się nie do końca udanym lądowaniem.

PAL-V Liberty może się nie sprawdzić jako trzykołowy samochód

Samo latanie świetnie wygląda tylko na papierze. W rzeczywistości wymagałoby ono znacznie większej przestrzeni niż są na to w stanie pozwolić miasta i mowa tu zarówno o miejscach do lądowania, jak i do przemieszczania się. Do tego trzeba dodać o wiele bardziej zaawansowaną kontrolę pojazdu, gdzie pod uwagę należy brać siłę wiatru, synchronizację osi pionowej z poziomą lotu, przemieszczanie się w korytarzach powietrza i wiele innych czynników. Niewiele osób posiada licencję pilota nie tylko z powodu jej wysokiego kosztu, ale i w wyniku trudności w opanowaniu pojazdów latających oraz w związku ze stanem zdrowia.

W przypadku Flyboarda Air poza długim ubieraniem kostiumu dochodzi jeszcze kwestia kontroli nad urządzeniem. Tutaj sytuacja może być jeszcze bardziej niebezpieczna niż w przypadku pojazdów, bo tak naprawdę jedyną ochroną kierującego jest jego kombinezon i kask. Mocniejsze podmuchy wiatru mogą spowodować tragedię.

W tym przypadku przyszłość nie jest tak blisko, co nie zmienia faktu, że część prototypów dotrze do końcowych klientów za kilka, kilkanaście lat. Do tego czasu Uber może organizować loty helikopterem.


Autor: Michał Mielnik