Światowa kraina szczęśliwości? Oczywiście, Disneyland! Ale mieszkańcom motelu Magic Castle (o ironio!) wcale do śmiechu nie jest, a ich życie raczej nie zakończy się słowami „i żyli długo i szczęśliwie”.

The Florida Project to raczej nie jest film na leniwy, niedzielny poranek, więc jeśli w tym momencie czegoś takiego szukacie to lepiej szukać dalej. Reżyser Sean Baker zestawił bowiem słodki i kolorowy świat z gorzką codziennością biednych rodzin, wręcz z pogranicza patologii.

Fabuła przedstawia życie lokatorów fioletowego motelu Magic Castle stojącego nieopodal Disneylandu, skupiając się na sześcioletniej Moonee (Brooklynn Pierce) i jej mamie Halley (Bria Vinaite). Początek filmu bardziej mnie zirytował niż wcisnął w fotel – krzyczące, przeklinające maluchy z nudów urządzające sobie zawody w pluciu śliną. Po kilkunastu minutach jasne było to, że jabłko nie pada daleko od jabłoni, jeśli ich rodzice sami są wyrośniętymi, nieodpowiedzialnymi dzieciakami. Halley – uzależniona od social mediów i papierosów młoda kobieta, chwytająca się każdego zajęcia, by jakimś sposobem z tygodnia na tydzień zapłacić czynsz. Na jej (nie)szczęście czuwa nad nią manager obiektu Bobby (Willem Dafoe). W wytartych dżinsach i z twarzą pełną zmarszczek jest nie tylko zarządcą, komornikiem, złotą rączką i konserwatorem, ale trochę też, a może przede wszystkim, dobrym wujkiem całej motelowej wspólnoty.

Trudno powiedzieć, żeby The Florida Project opowiadało konkretną historię. Jest to raczej zlepek raz krótszych, raz dłuższych wątków i sytuacji, tworzących później zrozumiałą całość. Teoretycznie nic specjalnego, ale z jedną, dla mnie zasadniczą różnicą. Wszystko, co dzieje się w tym filmie jest przefiltrowane przez oczy dzieci. Poznajemy tę słodko-gorzką rzeczywistość z ich punktu widzenia, przez co trochę nie zdają sobie sprawy z tego, jaki dramat dzieje się wokół nich. Najbardziej poszkodowana jest tutaj Moonee, która pozornie szczęśliwa biega sobie po okolicy ze swoimi równie niesfornymi przyjaciółmi Scooty’m (Christopher Rivera) i Jancey (Valeria Cotto), a tak naprawdę nie wie, co robi jej mama, jak zarabia na życie i dlaczego zachowuje się w taki, a nie inny sposób. Widz na początku też nie dostaje wszystkiego podanego na tacy. Nie da się zaprzeczyć, że Halley kocha córeczkę, a ich ubogie, kolorowe życie toczy się dzięki sprzedaży kosmetyków niewiadomego pochodzenia. A co mała dziewczynka mogła podejrzewać, jeśli od czasu do czasu dostawała zabawki, miała co jeść, a mama i przyjaciele spędzali z nią czas?
Powiem szczerze, że nie od razu zorientowałam się, co dzieje się w pokoju, kiedy Moonie nieświadomie bawiła się w wannie gumową kaczuszką. Ale kiedy już wiedziałam… To był ten moment kiedy zaczęłam się zakochiwać w wizji Seana Bakera. A to uczucie rosło z każdą kolejną minutą i wybuchło na samym końcu.


Nie powiem, że po obejrzeniu całkowicie zmieniłam zdanie na temat tego filmu. Wiele momentów mnie tam denerwowało, ale to może dlatego, że aktorzy tak dobrze wcielili się w swoich bohaterów? Co do Willema Dafoe nie miałam żadnych wątpliwości (został nominowany do Oscara za tę rolę), ale reszta nieznajomych twarzy, była w tym tak autentyczna, że zastanawiałam się, dlaczego wcześniej nie widziałam ich na ekranie. Okazało się, że większość obsady to naturszczycy, a ta luźna filmowa narracja z pewnością otworzy im drzwi do dalszej kariery.
Z ich pomocą Sean Baker stworzył coś innego, magicznego, a życie nigdy nie było bardziej prawdziwe niż to w motelu Magic Castle nieopodal Disneylandu.


Autor: Karolina Szachniewicz
Zdjęcia: materiały promocyjne