Luizjana, wypalanie traw. W trakcie pracy rolnicy znajdują ciało. Młoda kobieta, skrępowana klęczy przed ogromnym, ponurym drzewem. Do głowy przyczepione ma poroże, na plecach dziwny tatuaż. Miejscowa policja wzywa detektywów. Wkrótce na miejscu wraz z partnerem zjawia się Poborca (woo) – pisze Kamil Kuchta.

The True Detective to powrót do czarnego kryminału w doskonałym stylu. Film nie ukrywa, że oprócz zagadki kryminalnej równie ważny jest realistyczny i brutalny obraz rzeczywistości. Mamy więc okultyzm, ksenofobie, sekty – klaustrofobiczny świat południowych stanów.

Mimo, że fabuła potrafi snuć się dość leniwie, to właśnie świat, przedstawiony po chandlerowsku – w oparach papierosowego dymu – wciąga jak narkotyk. Film nie stara się na siłę utrzymać uwagi widza ciągłymi zwrotami akcji, czy drastycznymi scenami. Serwuje za to gęste dialogi i jeszcze bardziej wymowne milczenie bohaterów. A to intryguje.

Prowincja Luizjany i jej mieszkańcy przypominają trochę takie dzieła jak Angel Heart albo Czas zabijania. Od razu czuć hermetyczny klimat tych miejsc, tak jakby na każdym płocie i każdych drzwiach wisiała tabliczka „Obcym wstęp wzbroniony”  Zakurzone bary, prostytutki w przyczepach campingowych, drewniane kościołki – wszystko to jakby żywcem wyjęte z prozy Stephana Kinga.

Nie ma co oszukiwać, fani CSI Miami nie znajdą tu nic dla siebie. To nie historia „po nitce do kłębka”, w której liczą się tylko kolejne poszlaki. W The True Detective najważniejszy jest dramat obyczajowy, konfrontacja ponurego świata z problemami osobistymi bohaterów. Bo oprócz wspomnianego śledztwa mamy tu także alkoholizm, przemoc, zdradę. A wszystko to przedstawione jest w bardzo naturalistyczny sposób.

Całość dopełnia ciekawa, podwójna narracja. Akcja na zmianę toczy się w latach 90, oraz 15 lat później. To pozwala nam skonfrontować słowa bohaterów z retrospekcją. Możemy ich ocenić i zrozumieć. A to właśnie bohaterowie są tu najciekawsi. To kim są i jakie mają motywacje.


Postać detektywa Rusta (Matthew Mcconaughey) w zasadzie kradnie cały film. Bezkompromisowy, z mroczną przeszłością, bardzo przypomina Philipa Marlowe’a z chandlerowskich kryminałów. Partner Rusta zapytany o jego charakter odpowiada: „On pokłóciłby się nawet z niebem, gdyby nie spodobał mu się jego kolor.” Nazywają go Poborcą, bo zawsze ma przy sobie ogromny notes.

Na koniec na wielkie oklaski zasługują twórcy, którzy postanowili zachować umiar w symbolice i tzw. drugim dnie opowieści. Chociaż w historii Rusta i jego partnera Martiego (Woody Harrelson) można doszukiwać się morału, to nie jest to tak nachalne i efekciarskie jak na przykład we wspomnianym Angel Heart. Ten minimalizm właśnie sprawił, że The True Detective przejdzie do kanonu.