Thor powrócił! Od kilku dni w kinie można zobaczyć film „Thor:Ragnarok” w reżyserii Taika Waititi. Kolejna część przygód nordyckiego boga i jego przyjaciół wydaje się następnym masowym kawałkiem marvelowskiej układanki. Czy rzeczywiście tak jest?

Filmy o superbohaterach mnożą się w zaskakującym tempie, a Marvel Studios oczywiście przyczynia się do tego, rocznie wypuszczając kilka takich tytułów. Czy coś jest w stanie nas jeszcze zaskoczyć? Czy może wszystko to już widzieliśmy, a do kina chodzimy tylko z ciekawości i sentymentu dla komiksowych postaci naszego dzieciństwa?

Postać Boga Piorunów, syna Odyna, pojawia się regularnie na filmowych ekranach, zaczynając od poprzednich części – „Thor” (2011) i „Thor: Mroczny świat” (2013), kończąc oczywiście na Avengersach. Chyba jednak dopiero teraz Chris Hemsworth w swojej roli pokazał na co naprawdę go stać. A może właśnie teraz zobaczyliśmy, jaki jest naprawdę. Przemądrzały i wrażliwy facet z kompleksem narcyza i świetnym poczuciem humoru. Cała obsada popisała się swoim talentem aktorskim, a szczególne brawa należą się debiutantom, bo każda z postaci wniosła do filmu coś, co przerodziło się w całość. Ostatnia wojowniczka Walkiria (Tessa Thompson) topi swoje wspomnienia w alkoholu. Hulk (Mark Rufallo) jako zielony potwór okazuje się uroczym półgłówkiem, Loki (Tom Hiddleston) zaś zazdrośnikiem dbającym tylko o siebie. Pojawia się także postać Arcykapłana (Jeff Goldblum) kochającego imprezy i kolorowy lakier do paznokci, no i oczywiście demonicznej Heli, z której to Cate Blanchett zrobiła nową ikonę czarnego charakteru.

Dobre efekty specjalne, jeszcze lepsze kostiumy i świetny soundtrack nie pobiły jednak słownej warstwy ekranizacji. Dialogi były w tym wszystkim najlepsze. Niezwykle zabawne, choć ich żart znajdował się często na granicy dziecinności. To rozmowy i relacje między bohaterami były wisienką na torcie całej produkcji, a główny problem – ratowanie świata przed Ragnarokiem, czyli zagładą, stał się w moim odczuciu wątkiem po prostu dodatkowym. Klimat filmu przypominał mi trochę „Strażników Galaktyki” i myślę, że teraz Thor ma swojego własnego Groota, którym w tym przypadku został słodki, kamienny rebeliant Korg.

Cała fabuła była dobrze skonstruowana, zaskakująca, a walka ze złem ukazana jako szczyt heroizmu i troski o dobro świata. W końcu to film o superbohaterach. Czasem jednak Ci herosi okazywali się zwyczajni, a ich problemy paradoksalnie bardzo ludzkie. Było w tym coś miłego, co łączyło widza z postaciami na ekranie i pozwalało mu się emocjonalnie zaangażować. Jestem pewna, że chwilami sama siedziałam z otwartymi ustami wstrzymując oddech.

Czy warto iść na Thora? Dla fana Marvela to z pewnością pytanie retoryczne. Polecam jednak ten film każdemu. Ponad dwie godziny śmiechu i wzruszeń, a lepszy humor i banan na twarzy po wyjściu z kina gwarantowany. Jedna z lepszych produkcji Marvela jak do tej pory. Naprawdę. A nie sądziłam, że kiedykolwiek zdradzę Deadpoola.

P.S. Czekajcie koniecznie do samego końca.

 


Autor: Karolina Szachniewicz