Kilka tysięcy uradowanych twarzy, kilkunastu wspaniałych artystów i setki niezapomnianych wspomnień, czyli Orange Warsaw Festival 2018!

Jeśli ktoś z Was jest koncertowym freekiem wiejak ekscytujący jest sam moment oczekiwania na show. Bilety, często kupowane z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem, czekają w szufladzie na TEN dzień. Sekundę, w której nasz ukochany artysta wejdzie na scenę, a my znajdziemy się w tłumie fanów. Najlepiej przed samą sceną, ale uprzedzam — niełatwo się tam dostać.
Ostatnio, z takim dzikim tłumem, spotkałam się na początku czerwca. Na wielkim muzycznym wydarzeniu, czyli Orange Warsaw Festival. Spodziewałam się pewnych rzeczy, bo dobrze pamiętam to, co działo się na zeszłorocznej edycji, ale muszę przyznać, że w tym roku było jeszcze gorzej. Przez cały weekend temperatura sięgała 30 stopni Celsjusza. Godziny oczekiwania, najpierw przed bramą, później w kolejkach (oczywiście cierpieli tylko ci, którzy pragnęli znaleźć się jak najbliżej sceny). Najbardziej wytrwali uczestniczyli w szalonym biegu do barierek. Ale! Takie wydarzenie jak OWF nie skupia się na pogodzie czy gromadach napierających na wrota Toru Wyścigów Konnych Służewiec. Tutaj liczy się muzyka. I patrząc na tegoroczny line-up, te wielkie tłumy już tak nie dziwią.

Ogłoszenia artystów na Orange Warsaw Festival 2018 rozpoczęły się już na początku grudnia ubiegłego roku, ale na pełen skład dane było zainteresowanym czekać do ostatnich dni przed samym wydarzeniem. Wiedziona instynktem postanowiłam więc zaryzykować i swój karnet kupiłam już w drugim dniu sprzedaży. Zapłaciłam mniej (jeszcze ze zniżką dla klientów sieci), ale znałam tylko trzy w tamtym czasie zapowiedziane gwiazdy. Ale jak to mówią: kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. No i mi się poszczęściło. Co prawda, całkowity line-up nie spodobał mi się tak mocno, jak ten zeszłoroczny, ale w ogólnym rozrachunku wyszło całkiem nieźle! Sceną mieli zawładnąć: 1 czerwca – na początku nasz polski O.S.T.R., póżniej współczesna królowa synth-popu Dua Lipa, dalej emocjonalnie rozbrajający Sam Smith. Zwieńczeniem pierwszego wieczoru był wielki powrót chłopaków z LCD Soundsystem.

Adam Ostrowski, w środowisku lepiej znany jako raper O.S.T.R. rozgrzał publiczność jeszcze mocniej niż piekące słońce. Na początku odniosłam wrażenie, przykre niestety, że nie każdy dobrze się bawił. Jasne, rozumiem — komuś nie leży do końca taki rodzaj muzyki. Ale artysta, w tym wypadku O.S.T.R. bardzo się starał, wkładał w to serce i naprawdę zależało mu na tym, żeby publiczność jak najlepiej spędziła czas. Na szczęście, raperowi udało się w końcu rozkołysać nawet największych mruków. Wśród kilkunastu zaprezentowanych kawałków nie mogło zabraknąć oczywiście Spowiedzi,  All my life, Alcatraz, Miami czy Małego szarego człowieka. Tytuł tej ostatniej piosenki wydaje mi się nieadekwatny do samej postaci Ostrowskiego, który wykazał się wielkim sercem, gdy rozdawał wodę zgrzanemu tłumowi. Przede wszystkim zarażał pozytywnym uśmiechem i super energią.

Kiedy na scenie pojawiła się Dua Lipa, od razu słychać było, na kogo tak naprawdę czekali ci wszyscy ludzie. Młodziutka, zaledwie 23-letnia wokalistka, przez ostatni rok podbiła listy przebojów na całym świecie, a w Polsce zdobyła pokaźne grono fanów. Znana z ciekawych kreacji, chwytliwych piosenek i wielkiego show sprawiła, że połowa publiczności zdarła sobie gardło już w połowie jej koncertu. I choć sama Dua nie mówiła zbyt wiele, widać było, że bardzo cieszy się z tak dużego zaangażowania w jej występ. Fandom artystki zorganizował akcje koncertowe: podczas piosenki IDGF kilka tysięcy osób podniosło w górę kartonowe środkowe palce, a na News Rules nad głowami latał wielki dmuchany flaming. Nie zabrakło także hitów takich jak Be The One (od którego tak naprawdę zaczęła się jej kariera), Lost in Your Light czy Hotter Than Hell.

Najpiękniejszy pokaz wieczoru, a może i całego festiwalu. Sam Smith. Ten występ wylądował na drugim miejscu mojego koncertowego podium. Samo to, że to był jego pierwszy raz w Polsce. Nie jestem w stanie chyba dużo o tym napisać, bo nie da się tego wyrazić słowami. Po prostu. Niesamowita autentyczność bijąca nie tylko od niego samego, ale też od jego muzyki, tekstów i zachowania na scenie. Dużo rozmawiał do publiczności, opowiadał anegdoty, a także wszedł w tłum. Dla mnie to bardzo ważne momenty na każdym koncercie. Sam wystąpił wraz z czteroosobowym zespołem czarnoskórych wokalistów, którzy każdą jego piosenkę zmienili w istną ucztę dla uszu. I’m not The Only One, Stay with me, Too Good at Goodbyes i Lay me Down już zawsze będą brzmiały dla mnie lepiej, bo w głowie mam to, jak bardzo emocjonalne było wysłuchanie ich na żywo. I kiedy zabrzmiały ostatnie nuty kończącej koncert Pray, a mężczyzna obiecał, że wróci do naszego kraju, zapragnęłam, aby jego słowa jak najszybciej się spełniły.

Przyznam, że nie zostałam na koncert kultowego składu LCD Soundsystem, ale kilkanaście godzin stania w tłumie zrobiły swoje. I jak się okazało, naładowane akumulatory bardzo się przydały. 2 czerwca imprezę otwierał nasz Filip Szcześniak. TEN Taco Hemingway. I tutaj bawił się każdy, bez wyjątku. Nie wiem czy to on sam, czy jego utwory, ale nikt, nawet przez sekundę, nie stał nieruchomo. Nostalgia, Wosk, Szlugi i kalafiory, a także inne utwory tak silnie kojarzące się z Warszawą, zostały przełamane kawałkami z SOMY stworzonej w duecie z QuebonafideKryptowaluty całkiem nieźle brzmiały solo, ale było jeszcze lepiej, gdy na scenę wbiegł Quebo. I tak z koncertu Taco Hemingwaya znalazłam się na koncercie Taconafide.

Twórczość Tylora, The Creatora nie była mi szczególnie znana. Wiedziałam za to, że jest idolem występującego wcześniej Filipa. I tak jak on, a może nawet lepiej, zawładnął sceną w pierwszej sekundzie. Dziewczyny piszczały, chłopaki tańczyli pogo, a ci, którzy nie znali każdego słowa jego kawałków, po prostu bujali się w rytm świetnie się bawiąc. Czarnoskóry artysta powiedział nawet: Polska! Orange Warsaw Festival jest lepszy od Coachelli! To chyba wiele mówi o jego występie i zachowaniu całej widowni.


Koncert Florence and The Machine mógł być jedyną rzeczą, która skłoniłaby mnie do ubrania kwiatków i wysmarowania się brokatem. Ale to chyba najlepszy sposób, by docenić Florence Welch. Jej delikatność, eteryczność i słodycz. Do teraz zastanawiam się jak kobieta o tak dojrzałym wokalu, może mówić tak cicho i nieśmiało. Ale kiedy nie opowiadała o tym, jak dobrze jest wrócić do Polski (!), czarowała mocnym, pewnym głosem w każdej ze swoich piosenek. Pojawiły się starsze utwory takie jak Dogs Days Are Over, Sweet Nothing i You’ve Got The Love, ale tym razem wokalistka postawiła na nowszy repertuar. Chwytająca za gardło i serce Patricia, wspaniałe What Kind of Man czy najświeższe Hunger. Na pierwsze dźwięki tej ostatniej piosenki, cała publiczność podniosła w górę świecące kwiaty. Istna magia.

Zakończeniem całego OWF 2018 zajęli się dwaj przedstawiciele Swedish House Mafia, czyli Axwell and Ingrosso. I w tym przypadku, jak na każdym koncercie muzyki elektronicznej, był ogień! I to nie tylko ten metaforyczny. Skaczący szalony tłum i dźwięki ich wielkiego hitu More than you know pożegnały mnie, gdy opuszczałam Tor Wyścigów Konnych Służewiec.

Wspaniali ludzie, których poznałam i niezapomniane momenty, których doświadczyłam, to najlepsza nagroda za godziny stania w upale i ścisku. Każdy z nas ma jednak inne podejście do koncertowania. Ja lubię być w tłumie, walczyć o jak najlepsze miejsce. Ale jeśli Ty nie i wolisz w spokoju posiedzieć na trawie oglądając występ na telebimie, też super. Ważne jest tylko to, jak niesamowitego kopa dają koncerty czy właśnie takie festiwale jak OWF. Teraz nie pozostało nic innego, jak czekać do grudnia i kupić kolejny bilet.


Autor: Karolina Szachniewicz
Zdjęcia: Karolina Szachniewicz

- POLECAMY -
Eleven Bike Fest