Lech Majewski o swoim największym dziele powiedział, że zawsze uważał je za film dla kilku osób. Nigdy nie spodziewał się, że ktoś ten film wprowadzi do kin, a jeszcze większym zaskoczeniem była ilość krajów dystrybuujących produkcję i seansów zaplanowanych w kinach na całym świecie. Kto by pomyślał, że film oparty na obrazie tak się spodoba? Chyba nikt. A jednak tak się stało – pisze Justyna Kościółek.

Dane box office polskich filmów wskazują, że jednym z najlepiej eksportowanych polskich filmów ostatnich lat jest „Młyn i Krzyż”. Jest to filmowa adaptacja książki Michaela Gibsona o obrazie Pietera Bruegla „Droga Krzyżowa”, w której udział wzięło ponad stu statystów, a główne role odegrali Michael York, Rutger Hauer i Charlotte Rampling. W poniedziałek 14 października w sali Wielkiej Zachodniej Instytutu Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Wrocławskiego odbył się pierwszy z cyklu wykładów reżysera wspomnianego widowiska, Lecha Majewskiego. Postanowił on wziąć obraz Bruegla pod lupę i na jego przykładzie rozpocząć drążenie tematyki symboli w sztuce.

Początkowo Majewski wpadł w monolog o swoim życiu. Zaczynając od dzieciństwa i wizyt w Wenecji, aż po studia filmowe i artystyczne, prowadził słuchaczy przez historię swojego życia, by w pełni uświadomić, że Bruegel był w nim stale obecny. Reżyser, jak sam przyznał, zawsze czuł obecność wielkiego mistrza malarstwa i godzinami rozgryzał jego obrazy, szukając co raz to nowych drobiazgów, umieszczonych z premedytacją w najciemniejszym punkcie dzieła, a znaczących tak wiele dla całości. To właśnie ogrom symboliki upchniętej w każdym obrazie Bruegla zachwycił Lecha Majewskiego i po lekturze książki Michaela Gibsona „Młyn i Krzyż” wpadł na szalony pomysł, by z eseju naukowego stworzyć film fabularny w kolaboracji z autorem lektury. Rozpoczęli więc prace nad scenariuszem, w którym głównym bohaterem jest dwóch młodych mężczyzn, jeden skazany na śmierć za herezję, a drugi skrzyżowywany. Akcja dzieje się w renesansowych Niderlandach, a wydarzenia obserwowane są przez jeszcze niezauważonego Pietera Bruegla, który przychodzi i z różnych stron szkicuje to, co widzi.

Czasoprzestrzeń obrazu jest załamana – choć przedstawia drogę krzyżową, to ludzie ubrani są współcześnie dla Bruegla. Sam krajobraz też jest niedorzeczny, choć tworzy iluzję prawdopodobnego. Oczywiście wszystko związane jest mocno symboliką. Dzieło, podzielone na dwie części – lewą część życia oraz prawą śmierci – jest przesycone przeróżnymi zagadkami i nawiązaniami. Jest namalowane w ośmiu różnych perspektywach, przez co wydaje się ogromne i pojemne. Postaci poruszają się po kole, co także przypadkowe nie jest – koło zaś w tamtych latach było oznaką czasu. Tutaj także warto wspomnieć o młynie, który – wybudowany na skale – jest jednoznacznie Kościołem, a młynarz – Bogiem, wprawiającym młyński krzyż w ruch (także po kole). Sam Jezus jest ukryty, ponieważ taki jest markowy zabieg Bruegla – by pokazać to, co najważniejsze, trzeba to ukryć.

Oczywiście dzieło przynosi ze sobą o wiele więcej szczegółów, które na pierwszy rzut oka wydają się normalne, jak na przykład młoda gałązka po stronie śmierci, wieszcząca nowy dzień i nadzieję na zmartwychwstanie. Oko niewprawionego człowieka je ominie, ale dzięki długoletnim studiom nad obrazem Lech Majewski wskazał to, co niezauważalne. Opowiedział także o najwybitniejszym jego zdaniem dziele filmowym, czyli „8,5” Felliniego. Na następnym spotkaniu właśnie ta produkcja zostanie poddana analizie. Jeśli jesteście zainteresowani, to miejsce spotkania się nie zmienia, więc zapraszamy na nasz Instytut w poniedziałek 21 listopada o 16:50.

Autor | Justyna Kościółek