Śląsk Wrocław w świąteczny poniedziałek wybrał się do Szczecina na mecz piłki kopanej. Miejscowa Pogoń -nie bez kozery, stawiana w roli faworyta- nie okazała się zbyt gościnna i odprawiła z kwitkiem przyjezdnych. Żeby jednak tradycji stało się zadość, dzisiejszy śmigus-dyngus zakończył się laniem i ulewą bramek.

Już początek meczu nie napawał optymizmem. Pogoń dominowała, a Śląsk dał jej się stłamsić. Szczecinianie raz za razem atakowali prawym skrzydłem, a wystawiony z konieczności na lewej obronie Renato Augusto miał ręce (nogi?) pełne roboty. Wydaje się, że piłkarze z Dolnego Śląska głowami byli ciągle przy rodzinnym stole, podjadając kolejne kawałki ciasta (oczywiście niskokalorycznego, bezglutenowego z certyfikatem jakości od Ani Lewandowskiej), bo nie można inaczej wyjaśnić ich niefrasobliwości w obronie, kiepskiego krycia i częstego podawania piłki do przeciwników. Pogoń nie potrafiła jednak wykorzystać widocznej przewagi. W powietrzu unosił się zapach remisu (przynajmniej do przerwy), gospodarze mieli jednak w swoich szeregach Spasa Delewa, gościa robiącego (nie tylko) dzisiaj różnicę. 44. minuta spotkania, Morten Rasmussen (zwany  Duncanem) dostaje piłkę z dośrodkowania, zgrywa głową do bułgarskiego wirtuoza, a Delew bez żadnych oporów (o co znów można mieć pretensje do defensorów Śląska) pokonał Jakuba Słowika.  Sędzia chwilę później zakończył pierwszą połowę.

Do pierwszej części meczu można było robić wyrzuty. Wszak, pomimo bramki, emocji było, jak na lekarstwo (najpewniej tego znanego specyfiku na ekstraklasową zgagę). Tak w drugiej połowie było już wszystko: bramki, niewykorzystane sytuacje, ładne uderzenia, kolejne pomyłki (tych nigdy nie brakuje), VAR w użyciu i owacje kibiców.
Najpierw jednak musieliśmy przeboleć niemal kwadrans brzydkiej gry. Kolejne faule, kolejne żółte kartki, kolejne przerwy w grze. Grę prowadzili goście, choć nie wynikało z tego zupełnie nic. Pogoń oddała piłkę przyjezdnym, wiedząc, że ci nie mają żadnego pomysłu na rozgrywanie.
To, że ta strategia okazała się skuteczna, przekonaliśmy się już w 58. minucie. Najpierw Jakub Kosecki sfaulował uciekającego mu Ricardo Nunesa, za co dostał żółtą kartę, a rywale rzut wolny z okolic 35. metra od bramki strzeżonej przez Słowika. Pamiętacie, jak wcześniej wspomniałem o katastrofalnym kryciu? Tym razem…nie było inaczej. Nunes dośrodkował na głowę Piotra Celebana, ten zgrał do Dwalego (być może zapomniał, że Lasza już nie trenuje przy Oporowskiej?). Młody Gruzin zdołał podać jeszcze do Adama Frączczaka, a kapitan Portowych uderzył w sposób ekwilibrystyczny (nożycami w kozioł) i Słowik musiał kolejny raz wyciągać piłkę z siatki.
Z kolejnej bramki nie cieszył się niemal nikt. Nie cieszyli się z niej miejscowi kopacze, bo pozwolili gościom zdobyć bramkę kontaktową. Nie cieszył się zdobywca bramki Piotr Celeban, bo też, będąc wychowankiem Pogoni, nie mógł. Trybuny też się nie cieszyły, bo 5 tysięcy przybyłych kibiców liczyło już na spokojne punkty i miało wychodzić, by złapać wcześniejszy autobus. Może odrobinę ucieszył się trener Tadeusz Pawłowski, trudno i tutaj o radość, skoro bramkę zdobywa dla ciebie obrońca, z przodu niemoc trwa, a twoja drużyna ciągle przegrywa. Kronikarskim obowiązkiem dodam tylko, że cały ten festiwal smutku dział się w 70. minucie.
Kolejne minuty to powrót do stanu wcześniejszego. Pogoń znów dominowała, stwarzała kolejne okazje, Śląsk starał się kontrować. Czego potrzeba, by skutecznie kontrować? Szybkich, dynamicznych atakujących. Śląsk ma Robaka, więc możecie sobie odpowiedzieć, jak im ta strategia funkcjonowała.
Na boisku co rusz pojawiali się zawodnicy z historią w jednym , bądź drugim klubie. Niewprawiony w ligowe boje świąteczny kibic, mógł mieć niemały zawrót głowy, kto gra dla kogo. Tu Zwoliński, tu Hołota, tam Celeban, tam Robak. Do tego jeszcze Fojut, Lewandowski, Dwali… Faktycznie, ciężko się połapać. Następne dwie bramki zdobyło też dwóch spośród tych migrantów. Najpierw Tomasz Hołota po rzucie rożnym zdobył swoją premierową bramkę w czerwono-czarnych barwach. Precedensowa sytuacja odbyła się w 80. minucie. Następnie trafił Marcin Robak. Łukasz Załuska popełnił błąd przy piąstkowaniu i wybił futbolówkę wprost pod nogę Jakuba Koseckiego. Były reprezentant miękko dośrodkował na głowę Robaka, a ten dopełnił tylko formalności. 3:2 na tablicy wyników i kontakt złapany. Emocje wróciły, problem był tylko jeden: czas. Doświadczony napastnik swoją bramkę zdobył w 91. minucie. Czas więc uciekał. Portowcy wznowili grę, szybką stracili piłkę i pojawiła się szansa na wywiezienie punktu z portowego miasta. Augusto dostał piłkę na lewym skrzydle, ściął w kierunku pola karnego i…został wycięty. Sędzia odgwizdał faul, a wrocławski kibice poczuli krew w powietrzu. Do pola karnego zapędził się nawet Słowik, licząc na zostanie bohaterem. Piłka w powietrzu, wygląda obiecująco, leci w okolice Celebana, a może Robaka. Leci, spada i… Dwali wybija na aut. Arbiter kończy spotkanie i szczęśliwi kibice mogą wrócić do świątecznej sałatki z wygraną swojej drużyny.

A Śląsk? A Śląsk wraca do Wrocławia z kolejną porażką. W fazie zasadniczej pozostał już tylko jeden mecz. W weekend na Stadionie miejskim pojawi się rządna punktów Korona. Jeszcze rzut oka na tabelę: Śląsk spada na 12. miejsce. Na koncie ma 30 punktów (w 29. meczach). Będąca na 15. miejscu Lechia ma 27 punktów. Czy to już czas, by panikować?


Pogoń Szczecin – Śląsk Wrocław 3:2 (1:0)
1:0 Delew 44′
2:0 Frączczak 59′
2:1 Celeban 70′
3:1 Hołota 80′
3:2 Robak 90+1′

Pogoń: Załuska – Matyja, Dwali, Rudol, Rapa – Hołota, Murawski (75′ Kort) – Nunes (83′ Zwoliński), Frączczak, Delew (78′ Buksa) – Duncan.

Śląsk: Słowik – Augusto, Rieder, Tarasovs, Celeban – Kosecki, Riera, Vacek (68′ Piech), Srnić (84′ Pałaszewski), Pich (68′ Cholewiak) – Robak.

Żółte kartki: Delew, Kort, Duncan – Augusto, Rieder, Kosecki.

Sędzia: D. Sulikowski.


Autor: Dawid Paluch
Zdjęcie: Krystyna Pączkowska