Mieszkałam w dwóch miastach, których nazwa rozpoczynała się na tę magiczną literę W: Warszawie i Wrocławiu. Staram się zanadto ich nie porównywać, bo każde ma swoje unikalne rytm i atmosferę, jednak weekend spędzony w stolicy przypomniał mi, dlaczego sto razy bardziej podoba mi się stolica… Dolnego Śląska.

Wrocław i Warszawa są do siebie bardzo podobne pod wieloma względami: mają takie same kolory autobusów miejskich, niebieskie tabliczki z nazwami ulic i obydwa są miejscami wielu możliwości, innowacyjnych projektów czy artystycznych klubokawiarni. Są jednak też różnice; kilka z nich rzuciło mi w zeszły weekend brutalnie w oczy (akurat nie było smogu) i postanowiłam opowiedzieć Wam o trzech z nich.

On

Największy, najpiękniejszy i dumnie wyprężony. Jeden patrzy groźnie na mieszkańców, drugi spogląda lśniącym, przeszklonym okiem. Pałac Kultury i Nauki (zwany potocznie Pekinem) oraz Sky Tower – dwaj strażnicy nocy i dni, dodatkowo: ten pierwszy historii, a drugi luksusu i nowoczesności. O PKiN toczą się spory od momentu jego wybudowania (Zburzyć go całego! Zburzyć do połowy! Brzydki jest! Wspomnienie sowieckiej dominacji! A może tylko odmalować?), do Sky Towera ustawiają się w kolejki wycieczki, chcące wjechać windą na jego punkt widokowy, skąd widać cały Wrocław. A obydwa giganty ujrzysz zewsząd – czy znajdziesz się  w Lasku Kabackim, czy na Nowym Dworze, nie uciekniesz od ich wzroku. Jeden z nich zawsze będzie Twoją latarnią morską.

Widok na PKiN z jednej z warszawskich ulic.

Tempo

Osobom niewysportowanym nie powinno zalecać się przeprowadzek do Warszawy. Tam, mimowolnie, zostaną one wciągnięte w miejski jogging przeplatany z maratonem. Chód warszawiaków swoim tempem przypomina bieg wrocławian. W stolicy kobietom przydadzą się wygodne, stabilne szpilki, co by nie zawiodły podczas zbieganie z ruchomych schodów do metra, panom zaś poleca się obuwie sportowe (koniecznie dobrane do marynarki). We Wrocławiu można się odprężyć i powolnym, dostojnym krokiem przemierzać ulice, podziwiając architekturę. Podczas spaceru warto też się zastanowić, czy koledzy ze stolicy spieszą się, bo chcą jak najmniej wdychać smogu, czy po prostu mają wszędzie bardzo daleko.

 

Pociąg

Dziesięć minut spędzonych na Dworcu Centralnym przypomniało mi, jak wielką sympatią darzę przytulny, czteroperonowy, wrocławski Dworzec Główny w kształcie zameczku. Z niego wyjście jest proste, kasy są dobrze oznaczone, a sklepy i restauracje zlokalizowane niedaleko siebie. Dworzec Centralny przypomina labirynt – niby również ma cztery perony, ale i też cztery zejścia na nie, każde z innej strony Dworca (a przez jego ogrom wypadałoby napisać: miasta). Do tego tylko trzydzieści przystanków dookoła o nazwie Dworzec Centralny (proszę się nie łudzić, że nie znając miasta zdążysz na tramwaj w pięć minut). Wrocław ograniczył się do liczby pięciu (plus ten na Stawowej). Wydostanie się gdziekolwiek logistycznie wydaje się w nim o wiele łatwiejsze. I przyjemniejsze. I mniej stresujące.

Widok na Dworzec Główny we Wrocławiu.

Co by nie powiedzieć – każde z nich darzę uczuciem. Moja relacja z Warszawą jest bardziej skomplikowana niż z Wrocławiem (pewnie przez ten dworzec), ale chyba dzięki temu doceniam bezproblemowość związku ze stolicą Dolnego Śląska – pokochałam ją, a ona odwzajemniła moje uczucia (płomiennie i gorąco).


Tekst: Nina Paśniewska

Zdjęcia: Nina Paśniewska; w nagłówku umieszczono zdjęcie pracy Stanisława Dróżdża znajdującej się w Muzeum Współczesnym Wrocław