Co tu dużo mówić o studentach. To zabawowi ludzie. Kwintesencję ich rozrywkowości odnaleźć można co roku, na juwenaliach. Ja w tym roku trafiłem na studencki pochód juwenaliowy. Muszę przyznać, że działo się sporo.

Ponieważ cała hałastra miała ruszyć około godziny 11, zbiórka trwała już od rana. Gromada żaków w mniej lub bardziej wymyślnych strojach okupowała kampus politechniki. Tłok i hałas już wtedy był w stanie przytłoczyć jednostkę, a zresztą owocował rozbiciem niejednej grupy znajomych. Jak tu się znaleźć pośród tysięcy ludzi? Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. W trakcie poszukiwań swojej grupy, napotkałem menażerię barwnych postaci, będących dobitnym dowodem na ułańską fantazję studenckiej braci. Zewsząd atakowały persony w różnych strojach, od szlachciców herbu Żubrówki, poprzez rycerzy pod wezwaniem Warki i ludzi uciekających z napadu na monopolowy. Alkohol siłą rzeczy jest nierozerwalnie związany z juwenaliami. Zresztą, nad krzykami i głośną muzyką górowały skandowane hasła, jak np.  “Juwe, juwe, juwenalia, kto nie pije ten kanalia!”. Wybiła godzina 11 i ruszyliśmy w stronę Pól Marsowych, odebrać należną nam na ten okres “władzę” we Wrocławiu – klucze do miasta.

Ty mnie nie dziwacz, a bierz świąteczne odzienie, jak na konsolację!

Cóż pisać, pochód był bardzo dynamiczny. Ciężko nie poczuć klimatu nadchodzącej wiosny w otoczeniu tańczących bananów, czy rozśpiewanych mariachi. Gdy już udało nam się wydostać na ulicę (samochody dzielnie broniły swoich praw na drodze, pomimo interwencji policji)  zaczęło się prawdziwe pandemonium. Niepisaną zasadą juwenaliów jest… wygłupianie się. Stąd tłumy Vaderów biegające dookoła, Harry Potter przymilający się do Cirilli, czy Son Goku maszerujący ramię w ramię z Vegetą. Stąd też rozmaite, a zarazem zgoła dziwne, zdarzenia. Tramwaj zatrzymany przez falę ludzi? Studenci próbujący wdrapać się na autobus? Dorośli ludzie wspinający się na najbliższe możliwe drzewo po to, aby obserwować tłum i porywać go do skandowania haseł? Przypomina się żartowniś Jan Frollo z książki Wiktora Hugo. A to wszystko w atmosferze radosnego podniecenia. W nastroju imprezowym i szalonym. Do rytmu muzyki. Niewiele równie pozytywnych wydarzeń masowych odbywa się w ostatnim czasie. Sęk w tym, że i w tej beczce miodu znalazła się łyżka dziegciu.

Zapach napalmu o poranku

W połowie drogi na pola, zdarzyła się rzecz niesłychana. Otóż na wstępie należy przypomnieć o platformie prowadzącej pochód. Na niej znajdowała się jedna Pani didżej, dwóch Panów technicznych, agregat i sprzęt audio za 30 tysięcy złotych. Problem w tym, że benzyna, duża ilość alkoholu i elektronika nie idą w parze (tercecie?). Coś poszło nie tak podczas “karmienia” maszyny. Benzyna zajęła się ogniem, a platforma spłonęła w parę minut niczym zapałka. Wybuch nie był jednak tak potężny, jak mogłoby się wydawać. Wszyscy zdążyli zeskoczyć z platformy. Skończyło się na jednej złamanej ręce, kilku stłuczeniach i oparzeniach. Co ciekawe, straż pożarna dojechała na miejsce w naprawdę krótkim czasie. Pochód rozstąpił się niczym Morze Czerwone, wykazując sporą dozę rozsądku. Wolontariusze z kolei bardzo szybko ogarnęli sytuację, tworząc strefę wokół płonącej platformy i obszar na którym można było opatrzyć rannych. Logistyka stała na bardzo dobrym poziomie.

I’ll be back

Oczywiście, za rok tu wrócę. Już w odpowiednim stroju. Pochód pomimo mojego początkowego sceptycyzmu okazał się niezwykłym przeżyciem. Wypadek nie ostudził zapału uczestników. Trudno zresztą jest ugasić entuzjazm podsycany różnego rodzaju trunkami w upalny, wiosenny dzień. Dotarliśmy do celu. Na Pola Marsowe. Tam zabawa trwała do rana. Pochód to ciekawe wydarzenie, którego uroki sugeruję doświadczyć chociaż raz na własnej skórze. Nie przejmując się słowami sceptyków. W tym chaosie jest metoda.

Autor: Aleksander Gałąska