,,Amerykanie zawsze szukają miłości nie takiej i nie tam gdzie trzeba. Możliwe, że jest to związane z tym, że nie mamy już Dzikiego Zachodu” pisał Vonegut w Kociej Kołysce. Sentyment i nowoczesność spotkały się w produkcji HBO, aranżując western na standardy fantastyki naukowej. W Westworldzie spektakularność galopuje na równi z rozmaitością wątków, aby każdy z nas mógł zadać sobie pytanie: czy zdarzyło ci się podważyć kiedyś naturę rzeczywistości? – pisze Marta Koronowska.


Po sukcesie Gry o tron seriale spod szyldu HBO stały się marką nie tyle na rynku cenioną, co wręcz rozchwytywaną. Ociekające intrygami, walką o władze, seksem i szeroko pojętym hedonizmem w najświeższym wydaniu wymieszany z ogorzałymi słońcem twarzami kowbojów i wysokich lotów kinem sci-fi. Westworld zaspokaja oczekiwania po starszych produkcjach, wzbogacając o zupełnie nowe wrażenia.

Rzecz dzieje się w przyszłości, chociaż ciężko spekulować jak odległej. Przed widzem mieni się futurystyczny park rozrywki, gdzie kobiety o nieszablonowej urodzie i, mniej lub bardziej, brutalne przygody zabawiać mają tak prostaczków szukających uciechy, jak i wysublimowanych intelektualistów. Zapach potu miesza się z wonią pszenicznej whiskey, spacerujące w podwiązkach panie spowija dym wystrzałów. W każdej chwili zza skalnych półek ceglanych kanionów wyłonić mogą się zuchwali Confederados. Niespodzianki czekają na każdym kroku, a przeżywamy je wraz z robotycznymi mieszkańcami parku – hostami. Dolores Abernathy jest blondynką o sarnich oczach, której dobro widocznie kontrastuje z realiami otaczającego świata. Delikatna jak płatki spadającego śniegu, diametralnie różni się od Maeve Millay – zahartowanej burdelmamy, której zamknięte w pętli życie towarzyszy nam w trakcie spaceru po Westworld. Z drugiej strony są goście – dobrotliwy William i nieprzewidywalny Mężczyzna w Czerni. Jednakże Westworld to nie tylko kraina Dzikiego Zachodu, a również ascetyczą sceneria laboratoriów. W końcu pieczę nad całym systemem sprawuje genialny Dr Robert Ford.


Początek akcji w Westworld rozlewa się powoli, niczym leniwie sączony bourbon po ciele. Jedni dostrzegą w tym możliwość wczucia się w atmosferę, inni – pretekst by szybko zrezygnować bądź przewijać nudniejsze wątki. Jednakże to właśnie starannie ugrany amerykański klimat, gra kolorystyką i intrygująca obsada dają poznać się najprzyjemniej. Mniej wymagający widz odnajdzie w Westworldzie okazje do spędzenia wieczoru przy ciekawym tytule. Wbijając się w świat Dzikiego Zachodu, dostrzeże próżność i zuchwałość, akcje i intrygę. Jednak w miarę rozwoju serii, okazuje się, że woda leży pod powierzchnią. Granica pomiędzy człowieczeństwem i zwierzęcymi instynktami zaciera się, zasmuca. Westworld trafia z siłą radzieckiej torpedy, diagnozując najtrafniej nas jako ludzi. To czy dostrzeżemy siebie w zamkniętych, powtarzalnych niczym horror życiach hostów, czy rzekomo wyzwolonych odwiedzających, wyznaczy kruchą granicę dzielącą świat człowieka od rzeczywistości technologii.

Klimat, producent i genialna obsada. Takie połączenie zwyczajnie nie mogło się nie udać. Anthony Hopkins wcielający w roli bestii o usposobieniu dobrotliwego starszego pana wprowadza widza w ciągłą gonitwę myśli. Niebezpieczny i przenikliwie inteligentny dr Ford stał się niejako wizytówką całego serialu. Niemniej pozostali aktorzy nie odbiegają poziomem od legendy – Evan Wood (Czysta Krew, Trzynastka) wraz z Jimmim Simpsonem (House of Cards) subtelnie wplatają w fabułę wysmakowany wątek romantyczny, Ed Harris to natomiast typowy czarny charakter, w końcu samo określenie Mężczyzna w czerni zobowiązuje. Nie sposób nie polubić też Thandie Newton (Miasto Gniewu, W pogoni za szczęściem), charakternej szefowej przybytku Marisposa. Sama idea stworzenia serialu opierającego się, poniekąd, na budzeniu się człowieczeństwa w sztucznej inteligencji nie wydaje się czymś szczególnie nowatorskim. Zresztą ciężko też spodziewać się innowacji po serialu zainspirowanym ponad czterdziestoletnim filmem (Świat Dzikiego Zachodu). Warto poddać się jednak wrażeniu, że wchodzimy w czasy traktowania tego wątku w sposób dojrzalszy, niekoniecznie mniej fatalistyczny, za to bardziej kompleksowy. Procesor na równi z ludzkim umysłem, niedostrzegalna różnica w gestach i emocjach. Rozwijająca się umiejętność improwizacji. W końcu kiedy zmieszamy rzeczywistość technologii i człowieczeństwa, do kogo przynależeć będzie ten świat?


Autor: Marta Koronowska