„Król” – długo wyczekiwany dramat historyczny o panowaniu Henryka V jest już dostępny na platformie Netflix. W filmie Davida Michôda z iście królewską rolą zmierzył się Timothée Chalamet. 

David Michôd podbił filmowy świat w 2010 roku, kiedy to jego kinematograficzny debiut – Królestwo zwierząt, zdobył uznanie na festiwalu Camerimage. Tym razem świat dżungli zamienił na nie mniej bestialskie i brutalne czasy XV-wiecznej Anglii. Australijskiemu reżyserowi w projekcie pomógł Joel Edgerton, który w tej historii wcielił się w postać Falstaffa. Król został oparty na szekspirowskich kronikach, a sam obraz, doczekał się już dziesięciu nominacji w różnych kategoriach przyznanych przez Australijską Akademię Sztuk Filmowych i Telewizyjnych.

Z lekkoducha do króla

Nie każdy książę marzy o tym, aby zasiąść na tronie. Śledząc średniowieczne losy króla Henryka IV i jego syna, które również w swojej teatrologii opisywał Szekspir, powstał scenariusz do Króla. Surowy, brudny, pełen przemocy i walki. Nie tylko tej na polu bitwy, ale także tej o marzenia i lepsze jutro angielskich poddanych sprzed wieków. Młody Hal, czyli Henryk V, zamienił koronę na kielich z winem. Buntuje się przeciwko ojcu – jego sposobie rządzenia i reprezentowanych przez niego wartościach. Zamiast tego oddaje się mało szlachetnym rozrywkom w towarzystwie byłego mistrza miecza i podupadłego filozofa. Sielanka kończy się, gdy podupadający na zdrowiu Henryk IV (w tej roli Ben Mendelsohn) w końcu żegna się ze światem. Chwilę później podobny los czeka jego młodszego syna Tomasza (Dean – Charles Chapman), a Hal staje się jedyną nadzieją XV-wiecznej Anglii.

Jaki ojciec, inny syn

Timothée Chalamet, przez wielu nazwany już objawieniem młodego pokolenia filmowego, nie raz pokazał, na co go stać. Tym razem jednak stanął przed zupełnie innym zadaniem. Świetnie spisał się w roli syna marnotrawnego, chłopaka, na którego barki, wbrew jego woli, został zrzucony nieprawdopodobny ciężar władzy. Dopiero wtedy zaczyna rozumieć, co tak naprawdę znaczy być królem. Wielkie idee spełzają na niczym, liczy się przetrwanie, Szczególnie w obliczu wielkich intryg, manipulacji. W świecie angielskiego dworu, gdzie sprawiedliwość nie istnieje, a jedyną obroną jest atak. Hal, próbując zapewnić swojemu ludowi spokój, zatraca własną tożsamość.

Mimo wielkich starań Henryka V, dawne decyzje podjęte przez jego ojca odbijają się prędko na losach państwa. Piekło wybrukowane jest dobrymi chęciami i były książę musi wkrótce zapłacić za nie bardzo wysoką cenę. Michôd bez ogródek i cukierkowego zakłamania stawia przed widzami brutalny obraz tamtejszej rzeczywistości. Wojny z Francją nie da się uniknąć. Z góry spisanej na straty.

Timothée Chalamet – król swojego fachu 

Król to film oszczędny w swojej formie. Świetne zdjęcia Adama Arkapawa utrzymane w kolorach ziemi oraz dobrze dobrana muzyka nie wystarczyły, aby ta historia zachwyciła mnie od pierwszej minuty. Z kolei druga połowa nadrabia, walczy o serce i głowę widza. Dialogi (jak ten przed bitwą pod Azincourt lub między Henrykiem V a Catherine). Brutalny realizm scen batalistycznych nie służy rozrywce. Krew, błoto i brud. Absurd kościelnej hierarchii. Oto spodziewane widowisko. Kilka momentów ponad dwugodzinnego filmu dłużyło się, ale było warto, bo z doborem ról australijski reżyser poradził sobie śpiewająco.

Joel Edgerton jako hultaj – pijaczyna Falstaff zabija autentycznością człowieka, który dużo widział i jeszcze więcej przeżył. Robert Pattinson został pozbawiony w końcu mitycznej powłoczki wampira. Zmienił się we francuskiego księcia Delfina – pełnego agresji, małostkowości dziwaka. I w końcu, Timothée Chalamet. Młody, obiecujący. Mimo chłopięcej, delikatnej wręcz urody, zaskoczył. Na oczach widza zmienia się w mężczyznę. Budzi kontrowersje, bo przecież taki właśnie był Henryk V Lancaster. Król Anglii.


Autor: Karolina Szachniewicz
Zdjęcia: YouTube