Śmiało można powiedzieć, że to woda jest jego naturalnym środowiskiem. O pokonywaniu granic wytrzymałości i dość nietypowych projektach pływackich opowie Krzysztof Gajewski. Człowiek, który w tym roku zamierza pokonać 170 kilometrów wpław. Gdyby wskoczył do Odry we Wrocławiu mógłby dotrzeć nawet do Zielonej Góry.

Zuzanna Kuczyńska: Początek standardowy – chciałem zacząć się ruszać i odnalazłem pasję swojego życia czy inna droga zaprowadziła Cię do tego, czym się dziś zajmujesz?

Krzysztof Gajewski: Zaczęło się dość prozaicznie. Na przełomie trzeciego i czwartego roku studiów budownictwa na Politechnice Wrocławskiej trochę przesadzałem z imprezami. Miałem poważne problemy z wątrobą, trzustką i żołądkiem. Dowiedziałem się od lekarza, że jeśli teraz nie podejmę żadnej aktywności fizycznej, to leki pozostaną ze mną już do końca życia. Sport zawsze był gdzieś blisko. W młodości grałem w piłkę ręczną, a od wspomnianych wcześniej problemów postanowiłem, że nauczę się dobrze pływać. Moja przygoda pływacka rozpoczęła się pięć lat temu i trwa do dziś. Od początku chciałem pokonywać coraz dłuższe dystanse. Na karierę basenową było już za późno, ale na walkę  z kilometrami już nie. W tej dziedzinie wiek działa na korzyść zawodnika. Do tego wszystkiego doszedł fakt, że chciałem zarabiać pieniądze na tym, co kocham i w czym się realizuję. Studia na Politechnice nie spełniły tych oczekiwań.

– Trening pływaka długodystansowego bardzo odbiega od tradycyjnego?

– Różnią się bardzo. Przede wszystkim w sprintach napęd musi generować każda część ciała. Zarówno nogi, biodra, jak i ręce. Na długich dystansach kluczową rolę grają ręce i barki. Nogi schodzą na drugi plan. W treningach trzeba skupić się więc na górnych partiach mięśniowych, odpuszczając nieco te dolne.

– Oprócz pływania na długie dystanse, pływasz także w bardzo niskich temperaturach. Czy te dwie konkurencje wzajemnie się uzupełniają?

– Owszem. Pływanie długodystansowe zaczyna się od kilku kilometrów i nie ma górnych limitów. Wraz z wzrastającym czasem przebywania w wodzie powoli rośnie wychłodzenie. Natomiast w niskiej temperaturze wody trudno wytrzymać choćby pół godziny. Te konkurencje mimo że bardzo się różnią, to świetnie się uzupełniają. Głównie ze względu na stale zwiększającą się wytrzymałość na zimno i ogólną wydolność mojego organizmu.

-Czyli nie żałujesz, że nie zostałeś pływakiem basenowym?

– Basen jest dla mnie czymś sztucznym. Oczywiście 90% moich treningów odbywa się na basenie ze względów organizacyjnych. Cały rok jednak czekam na początek kwietnia, kiedy to woda w jeziorach osiąga optymalną temperaturę do pierwszych dłuższych treningów. Wtedy wiem, po co trenowałem. Na to uczucie czekam, nie potrafię tego wyrazić.

– W Polsce obie konkurencje nadal należą do sportów dość niszowych. Co wpływa na popularyzację tego sportu?

– Pływanie na wodach otwartych staje się w Polsce coraz bardziej popularne. Wszystko to za sprawą triathlonu. Znacząco zwiększyła się liczba ludzi potrafiących dobrze pływać. Wiele osób po zakończeniu przygody z triathlonem, ze względu na kontuzje wykluczające bieganie, szuka alternatywy. Znajduje ją w pływaniu. Kolejnym aspektem jest ogólne, coraz większe zainteresowanie uprawianiem sportów ekstremalnych. Mowa tutaj o pływaniu ekstremalnym czyli w wodzie o temperaturze poniżej 5°C. Pojawiają się głosy, że ta konkurencja może pojawić się w 2026 roku na zimowych igrzyskach olimpijskich, co pokazuje skalę zainteresowania tym sportem na świecie.

– Jak wygląda kwestia sponsorska? Fakt niszowości z pewnością nie pomaga.

– Chyba każdy sport poza piłką nożną zmaga się z tym problemem. Ja także wkładam bardzo dużo pracy w sam proces pozyskania sponsorów. Dużo łatwiej jest w momencie, w którym podejmuje się próby pobicia światowych rekordów. W takiej sytuacji można przekonać duże firmy, że warto w nas inwestować, ponieważ one także chcą brać udział w czymś przełomowym. Na co dzień jednak nie jest to takie łatwe. Same osiągnięcia to też za mało. Trzeba umieć się sprzedać, tak, żeby inwestor nie miał cienia wątpliwości, że to, w co inwestuje, się opłaci.

– Stworzenie fanpage’a na Facebooku, organizacja pierwszej edycji Underground Swim, założenie Stowarzyszenia Pływanie Bez Piany i zdobycie Korony Jezior Polski. Rok 2018 był najbardziej przełomowym w Twojej karierze?

– Zdecydowanie. Przede wszystkim zeszły rok był pierwszym, gdzie wszystko odbywało się profesjonalnie. Podejmując coraz większe wyzwania nie mogę zajmować się tym już tylko w sposób amatorski. Wszystko musi być uporządkowane. Także dlatego powstało Stowarzyszenie Pływanie Bez Piany, żebym mógł usystematyzować swoje działania. Każde z tych przedsięwzięć było dla mnie przełomowe. Underground Swim, czyli pierwsze ekstremalne zawody pływackie pod ziemią, rozbudziły wyobraźnię wielu. Docierały do nas głosy, że jest to skrajnie niebezpieczne, ale zazwyczaj były to uwagi osób, które nie miały pojęcia, jak przebiegały całe zawody. Jako organizatorzy wszystko sprawdzaliśmy i wiedzieliśmy, że nie ma prawa nic nikomu się stać. Dla wszystkich uczestników było to niezapomniane przeżycie.

– Skąd w ogóle narodził się pomysł na pływanie pod ziemią?

– To dość śmieszna historia. Podczas zwiedzania podziemnego Kompleksu Riese, a dokładniej we Włodarzu przewodnik w formie żartu zaproponował, że kto chce zamiast łodzią może płynąć wpław. Temperatura wody wynosiła około 7° Celsjusza, więc całkiem znośnie. Niestety, wtedy nie podjąłem tego wyzwania, co nie dało mi potem spokoju. Musiałem tam wrócić. Stąd narodził się pomysł zorganizowania Underground Swim. Było to bardzo duże wyzwanie, ze względu na samą lokalizację i wkraczaniem w nieznane.  Na pewno w tym roku spróbujemy to powtórzyć.

– Zdobycie Korony Jezior to największy Twój sukces jak do tej pory?

– Na pewno. Siedem największych jezior Polski w siedem dni, to ponad 127 kilometrów wpław. Jak dotąd to mój największy projekt pływacki. Było to o wiele większe wyzwanie niż się spodziewaliśmy. Od organizacji, aż po samo wykonanie. To nie tylko 127 kilometrów w wodzie, ale dodatkowo ponad trzy tysiące kilometrów przejechanych samochodem. Organizowanie każdego startu na bieżąco wymagało ciągłej improwizacji. Każde z jezior okazało się być zupełnie inne. Rozpoczęliśmy od Jezioraka, w którym woda była bardzo mętna, ze względu na muł. Potem pojechaliśmy na Mazury, w których od razu się zakochałem. Urokliwa woda, cudowny krajobraz. Tam też pojawiły się problemy organizacyjne. Załatwianie wymaganych pozwoleń na pływanie wpław zajęło nam mnóstwo czasu. Głównie z uwagi na że są tam wyznaczone szlaki żeglugowe. W ciągu dnia przepływa tam niezliczona liczba statków i łodzi, przez co pływanie tam było to dla nas niebezpieczne. Stąd narodził się pomysł na pokonanie mazurskich jezior nocą. Początkowy strach przed pływaniem w ciemności przerodził się w fascynację pływaniem w takich warunkach. Negatywnie za to zaskoczyło nas Łebsko, gdzie poziom wody sięgał do kolan. Było to bardzo bolesne. Wychodząc z wody po przepłynięciu tego jeziora, całe palce miałem obdrapane we krwi, ale udało się. Na koniec zostało Pojezierze Szczecińskie. Tam zaskoczyła nas jedna rzecz. W Dąbiu nie było drogi dojazdowej, która powinna tam być według map Google’a. Kończąc ostatni etap, na szczęście trafiliśmy na grupę, która kończyła obóz survivalowy. Zawieźli mojego tatę na drugą stronę jeziora, a ja wraz z narzeczoną musieliśmy wrócić kajakami. Na pewno to zapamiętam, niesamowite doświadczenie. Ogromna duma z samego siebie i apetyt na jeszcze więcej.

– W takim razie jakie plany na ten rok?

– Chciałbym pobić rekord świata w pływaniu ciągłym bez pianek pokonując jednorazowo 170 kilometrów wpław. Na tym teraz się skupiam, żeby na przełomie czerwca i lipca być gotowym do opłynięcia dookoła Jeziora Balaton na Węgrzech. Obecny rekord to 168 km, który ustanowiła Amerykanka Sarah Thomas. Wiem, że jest to w moim zasięgu. Coś, co stanowi największe zagrożenie to pogoda. W momencie pojawienia się burzy, natychmiastowo trzeba wyjść z wody. Oczywiście są to względy bezpieczeństwa. Nieważne czy do mety sto kilometrów czy tylko dwa. Pogoda na Balatonie jest o wiele bardziej przewidywalna niż na przykład na Mazurach stąd wybór akurat tej lokalizacji. Ponadto, taki dystans to około trzy doby spędzone w wodzie. Wtedy walka toczy się już nie tylko z bólem mięśni, ale także z wychłodzeniem i normalnym zmęczeniem. Jedno jest pewne, zrobię wszystko, aby w 2019 roku pobić ten rekord.


Rozmawiała Zuzanna Kuczyńska
Zdjęcie: prywatne archiwum Krzysztofa Gajewskiego