Gdyby jakiś szaleniec przeszedł Wrocław wzdłuż i wszerz z dosłownym postanowieniem spalenia za sobą wszystkich mostów, jest nawet więcej niż pewne, że spowodowałby całościowy paraliż komunikacyjny. A czy miałby świadomość historii i legend, które wraz z nimi poszłyby z dymem?

Każdy mieszkaniec Wrocławia z pewnością codziennie przekracza co najmniej jeden. Stolica Dolnego Śląska może poszczycić się trzecim miejscem, zaraz po Wenecji i Paryżu, w rankingu europejskich miast poprzecinanych największą ilością mostów. Nikt nie jest w stanie ustalić dokładnej liczby wrocławskich przepraw nad Odrą i jej dopływami wraz z kładkami pieszymi; wiadomo, że przekracza ona setkę. Liczba ta nie powinna nikogo dziwić – w końcu Wrocław usytuowany jest na dwunastu wyspach wśród rozlewisk meandrującej Odry, a ta rozgałęzia się w nim na odnogi, które łączą się przy wylocie miasta w jedno koryto. Nie zapominajmy też o jej dopływach – w sumie daje nam to prawie pięćdziesiąt pięć kilometrów rzek przepływających przez miasto.

JAK BONAPARTE BURZYŁ MOSTY

Wrocławskie mosty są jak żyły w ciele miasta, pompujące krew do całego tego organizmu. Codziennie depczą po nich setki tysięcy stóp, ale ich właściciele często nie zdają sobie sprawy, po jakich skarbach historii przychodzi im przemierzać swoje szlaki. Te najintensywniej użytkowane, m.in. Zwierzyniecki, Tumski, Grunwaldzki czy Piaskowy, wpisane zostały do rejestru zabytków miasta. Ostatni z nich szczyci się najstarszym datowaniem – już w XII wieku prowadził on, wtedy jako konstrukcja drewniana, na wyspę Piasek. Mamy szczęście, że możemy korzystać z niego w zmodernizowanej formie, gdyż wiele przepraw nadrzecznych nie przetrwało prób czasu i historii. Część mostów i kładek na Oławie rozebrano po tym, jak w drugiej połowie XIX wieku wrocławianie zasypali fosę, do której wpadała ta rzeka, gdyż stanowiła ona źródło zanieczyszczeń  i możliwą przyczynę epidemii… cholery. Trochę wcześniej, bo podczas wojen napoleońskich, brat Napoleona Bonaparte, Hieronim, zdobył Wrocław i nakazał wyburzanie fortyfikacji miejskich wraz z bramami i prowadzącymi do nich mostami, pozbawiając miasto obronności. Może to jeden z powodów, dla których w XIX wieku mosty straciły charakter obronny, a zyskały funkcjonalny.

NAJWIĘKSZY Z NAJWIĘKSZYCH

Most Grunwaldzki jest z pewnością najbardziej monumentalnym i reprezentatywnym ze wszystkich wrocławskich. Swoje istnienie zawdzięcza rozbudowie prawobrzeżnej dzielnicy uniwersyteckiej i willowo-mieszkalnej. Ogrom przedsięwzięcia, jakim była jego budowa, dostarczył mu ogólnokrajowej sławy – po otwarciu w 1910 roku (na które zresztą przybył sam cesarz Wilhelm II!) był on drugim pod względem rozpiętości mostem wiszącym w Niemczech. Początkowo nosił nazwę Cesarski. W czasach Republiki Weimarskiej przemianowano go na most Wolności, za okupacji hitlerowskiej powrócono do nazwy pierwotnej. Grunwaldzkim mianowano go dopiero w 1947 roku, gdy przeszedł gruntowany remont po zniszczeniach z czasów II wojny światowej. Z powodu braku materiałów do jego odbudowy, pod nawierzchnię położono dębowo-bukową kostkę, która została wyjęta z jezdni spod wrocławskiego Ratusza.

Ceremonia otwarcia mostu Grunwaldzkiego mogłaby zakończyć się tragicznie, gdyby spełnił się jeden z przesądów. Wedle tradycji, w czasie próby wytrzymałości konstrukcji mostu, jego projektanci i konstruktorzy powinni przebywać na wózku zainstalowanym pod głównym pomostem, aby, w razie jej niestabilności, to oni ponieśli skutki ewentualnego zawalenia się jej, a nie przyszli użytkownicy. Podczas testu mostu Grunwaldzkiego zabrakło jego konstruktora, który noc przed tym wydarzeniem dokonał ponownych obliczeń, według których całość nie miała prawa się nie zawalić. Domniemywano nawet, że popełnił z tego powodu samobójstwo.

Mniej przyjemny los spotkał jednak most Tumski. Znana jest opowieść, według której w 1423 roku, podczas procesji Bożego Ciała, runął on do Odry. Ponoć obyło się bez poważniejszych następstw, lecz trudno jest dotrzeć do dokładnych danych o tej tragedii.

PAN TĘDY NIE WJEDZIE

Mosty wrocławskie służyły też kontroli wpuszczanych do miasta osób. Zwierzyniecki od początku XVIII wieku zwany był Przepustkowym. Znajdowała się na nim wartownia straży miejskiej, której pracownicy sprawdzali, czy przyjezdni nie są zarażeni… dżumą. Od strony mostu Zwierzyckiego upatrywano szlaku, którym zaraza mogłaby przeniknąć do Wrocławia i postanowiono jej zapobiec. Jeżeli ktoś chciał przekroczyć most Piaskowy w XI wieku, musiał zapłacić kanonikom regularnym opłatę za przejazd, aby dostać się na Wyspę Piaskową. A w okolicy tej znajdował się jeden z najważniejszych placów średniowiecznego handlu międzynarodowego, więc możemy tylko sobie wyobrazić, o ile wzbogacał się skarbiec zakonu.

Gdy przekraczamy któryś z wrocławskich mostów o poranku, w środku dnia czy też wieczorem, robimy to tak automatycznie, że nawet nie wpadniemy na pomysł postawienia sobie pytania o jego historię czy legendy z nim związane. Może warto, gdy następnym razem znajdziemy się na którymś z nich, zastanowić się chwilę, co tak naprawdę kryje w sobie ta żelbetowa konstrukcja.

Zainteresowanych pogłębieniem tematu zachęcam do lektury „Opowieści wrocławskich” Bronisława Zathey’a oraz „Mostów Wrocławia” Macieja Łagiewskiego.


Autor: Nina Paśniewska

Zdjęcie: E. van Delden, Budowa mostu Tumskiego, 1889, w zbiorach BUWr, wersja zdigitalizowana za pośrednictwem strony fotopolska.eu.