Główną nagrodę Jury Młodych na 64 edycji OKFy za odwagę w szukaniu na samym dnie przyczyn niewypowiedzianych, pęknięć w relacjach międzyludzkich, błyskotliwy humor, który stał się towarem deficytowym w polskim kinie oraz niekwestionowany kunszt aktorski, zdobył Kordian Kądziela, autor filmu Fusy.

Zlata Veresniak: Jak wpadłeś na pomysł, by zrobić film o wróżbie w telewizji?

Kordian Kądziela: Spędziłem kiedyś noc na oglądaniu programów wróżbiarskich. Uderzyło mnie, że ludzie dzwonią tam z bardzo poważnymi sprawami, dużego kalibru. Jak ktoś dzwoni do wróżki w telewizji, za 5 złotych na minutę, to znaczy że nie ma innego wyjścia. Wróżba wydaje się ostatnią deską ratunku. Najczęściej są to sprawy, które mogą zmienić czyjeś życie, są to ludzie na zakręcie życiowym. Kolejnym zaskoczeniem w tych programach dla mnie było zachowanie wróżbiarzy. Duża pewność siebie, łatwa recepta na lepsze życie, widziana w kartach, kuli czy wahadełku. Wiąże się to z tak dużą odpowiedzialnością, czułem, że osoba, która dzwoni, posłucha, uwierzy i te przepisy bardzo wpłyną na jej życie. Dlatego ta odpowiedzialność stała się tematem mojego filmu.

Zobaczyłam w twoim filmie, że wróżba doprowadziła do zmiany życia nie tylko mężczyzny, który z niej skorzystał, a nawet samej wróżki. Poczucie tej odpowiedzialności, którą miała na swoich plecach, zmusiło ją do przemyśleń na temat tego, do czego doprowadza jej kłamstwo osoby potrzebujące pomocy.

Bardzo słusznie zauważyłaś, mi również zależało na tym, by uruchomić główną bohaterkę z letargu, z klatki. Miała swoje ptaki w klatce – mieszkanie, bary z automatami do hazardu i studio, więc nigdy z tej klatki nie wychodziła. Nagłe wydarzenie wypchnęło ją ze strefy komfortu, musiała zmierzyć się ze światem, który istnieje poza jej klatką. Uświadomiła, jak bardzo powróci jej życie.

Widać było, że aktorka bardzo utożsamiała się ze swoją rolą.

Właśnie dostała wyróżnienie za swoją grę na tym festiwalu. Ta rola była, na minimum, taka nieoczywista. Łatwo się daje nagrodę takim aktorom, którzy szarżują, grają wyraziste, ekspresyjne postacie. W tym przypadku widzimy postać bardzo wsobną, nieefektowną, że nawet sama aktorka – Izabella Dąbrowska, mówiła, że nigdy takich ról jeszcze nie miała. Zawsze wcielała się w tak dynamiczne i oczywiste postacie, jej się wydawało, że w Fusach ona już nic nie gra. Podczas kręcenia ciągle dochodziliśmy do takiego punktu, gdy aktorka myślała, że przez brak szarży nic się nie dzieje. Mimo to, ona miała swoją wewnętrzną moc, o czym jej ciągle przypominałem, dopóki sama tę moc poczuła.

Poza wspaniale dobraną obsadą, Fusy są bardzo spójnym filmem, jak dla krótkiego metrażu. Nie każdy widz jednak wie, ile czasu zajmuje produkcja nawet półgodzinnego filmu. Jak było w twoim przypadku?

Sam okres montażowy był bardzo długi, ze względu na to, że mieliśmy dokrętki po roku od głównej transzy zdjęć. Film, zmontowany po pierwszej turze zdjęć, która zajęła nam 6 dni, nie opowiadał pewnych rzeczy tak, jak byśmy chcieli. Przede wszystkim, mieliśmy problem z monologiem Chabiora. Uznaliśmy, że dobrze będzie nagrać scenki, pokazujące to, o czym opowiada. W czasie pierwszej próby tego nie było. To było w scenariuszu na którymś etapie, później to jednak wyciąłem. W końcu wyszło, że ta scena wróciła. Dopiero po roku udało nam się również zebrać fundusze na zekranizowanie tego monologu, więc, jak widzisz, udało się zamknąć w 1,5 roku z całością.


Autor: Zlata Veresniak
Zdjęcia: kadry z filmu Fusy