Pożegnanie z Augustynem.

Przystanął przed fosą na Krupniczej w głębokiej konsternacji. Skumulowane przez dwie doby nocnych prac zmęczenie, spowolniło myślenie, dalej kroki, aż w końcu zatrzymał się jak wryty szukając punktu zaczepienia w pustce, jakim był w tym momencie jego umysł. Zahaczył w końcu o myśl, że należy podjąć decyzję, w którym kierunku iść. Czy w prawo, bliżej domu? Czy może w lewo, oddalając się od niego? Ta właśnie myśl pokierowała dalszym szlakiem przemyśleń, których celem była decyzja. Próżno dociekasz w mniemaniach, drogi czytelniku, którą drogę obrał Augustyn. Musisz porzucić myślenie dwu kierunkowe – prawo/lewo, do przodu/do tyłu. On, skrajnie zmęczony, otępiony pitą po drodze z pracy nasenną ćwiartką wódki, zszedł na poziom czasowo nieobecny, stłumiony, nieukierunkowany i kontrastujący z biegnącym doń równolegle światem. Cofał się do wspomnień ze światów po lewej i po prawej. Wybiegał w przyszłość historii, które dawno już się skończyły. A decyzja pozostawała niepodjętym tematem, którego nawet nie widać było na horyzoncie.

Oczy miał tępo wbite w nieokreśloną dal rysującą się między budynkiem sądu okręgowego a prokuraturą rejonową. Chodź obie instytucje łapał tylko kątem oka w kadr mętnego bezkresu, wyraźnie napawały go strachem. Nie lubił być przedmiotem osądów, tak jak chyba wszyscy ludzie. W pogoni za dobrą na ten moment decyzją, ciężar posępnych murów sądowych wybudził w nim tylko większy niepokój. Jakoby ta nic nie znacząca decyzja, którą miał podjąć w tym nieważnym momencie życia, stanowiła o całej szerokiej przyszłości.

Złapał kolejnego łyka. Z początku słodkawa ciecz nie dawała znać o swojej ostrości. Dopiero w momencie przełykania, spływając z języka w dół gardła rozpaliła oddech, który wydarł się z jego płuc krótkim chrząknięciem. Poprawił drugim grzdylem. Pozwolił minimalnej dozie ulubionej substancji spłynąć powoli w kierunku przełyku. Chłonne ścianki z rozkoszą wchłaniały każdą cząstkę mocy. I wtedy już moc była z nim. Objawiła się mu jak wielu innym właścicielom żółtych szalików. W przypływie animuszu, splunął bezwiednie przed siebie w geście pogardy, dla czerwonych ze złości, chylących się nad nim wież sądu. Rozejrzał się znowu po wszystkich płaszczyznach czasoprzestrzeni. Powiew wiatru przechylił go na prawo, w stronę domu.  Że jednak z natury był butny, to już ten lekki nacisk w określoną stronę nastawił go do niego niechętnie. No ale pomyślmy. Idąc w tę stronę będzie tylko bliżej domu. Bliżej bezpiecznego schronienia, ciepła, wyżywienia i jako takiej wygody. Z drugiej strony, te podstawy miał na codzień bez większego wysiłku, a tym bardziej większego przywiązania do nich. Gardził monotonią w kółko powtarzających się scenografii w teatrze życia.

Spojrzał więc w lewo, w przeciwnym kierunku. Zawiesił wzrok na ławce, na której niegdyś siedział z nią.

Obydwoje patrzyli wtedy na fosę, gdzie po tafli wody pływały spokojnie kaczki. Ten spokój, mąciły jedynie przejeżdżające co kilkanaście minut puste tramwaje. Po dłuższym milczeniu, w końcu zdobył się na zwierzenie. Powiedział jej tylko, że cierpi. Nie powiedział dlaczego. Wspomniał ten moment. Letnie powietrze było parne i lepkie. Wręcz ciężkie. Była noc, w koło ani żywej duszy. Cierpiał, bo chciał wyszeptać, że rozkoszne jest jej piękno, że chce poznać jej myśli i smak jej ust. Nie wyszeptał. Zastygł w tęsknocie za odwagą do takich wyznań. Zapadła znowu cisza a między nimi powietrze gęstniało od watpliwości. Ona i on. Ona niepewna jego uczuć. On niepewny, czy jest wstanie je wyrazić. I tak tkwili w wieczności tej chwili. Augustyn nie pamiętał już jak to się skończyło. Chyba wstała. Spojrzała na niego czule i powiedziała- „muszę już iść”. I poszła, z pustymi rękami, bo w końcu nie ofiarował jej tej nocy swojego serca. Nigdy go przed nią nie otworzył, bo zdążyła poznać odważniejszego mężczyznę, który nie pieścił się tak ze swoimi uczuciami.

Przykre wspomnienie tej ociężałej, nieskończonej chwili zniechęciły go. Może i idąc w lewo faktycznie ucieknie monotonii pustego mieszkania. Tylko czy warto? Spodziewał się, że z każdym krokiem w stronę tej ławki, będzie mu tylko bliżej do bolesnej przeszłości swoich miłosnych porażek. Dalej nie mógł się przełamać. Skoro tym zmęczonym rzutem oka na lewo już zdążył pogrążyć się w smutnych myślach, co mogło czekać go dalej?

Zmęczone powieki kleiły się do siebie i przypomniały Augustynowi o maskowanym wódką zmęczeniu. Zamknął je w końcu. Wyłączył zewnętrzne bodźce, żeby ułatwić myślom przepływ. Te z kolei, zanurkowały głęboko w otchłań wspomnień. Przypomniał sobie wtedy spotkanego niegdyś człowieka, który stał samotnie pośród tulipanów gdzieś na holenderskiej wsi. Był samotny w tym co czuł i tym co go otaczało. Wkoło same tulipany bijące ostrą, krwistą czerwienią prosto z ziemi, wyciągające swoje smukłe łodygi ku zbawiennym promieniom życiodajnego słońca. On nie miał ku komu, czy czemu wzrastać. Był jakby ponad tym wszystkim co spotykał, ale wciąż trapiony ciekawością szukał wyżej. Ikarowy lot nie kończył się bolesnym spadkiem. Trwał w nieskończoność niezaspokojony w swoim dążeniu. Nie potrafił w swych poszukiwaniach odnaleźć tego co ponad nim. Tego, do czego warto by wzrastać. Biedny, naiwny człowiek. Ileż musiał wycierpieć przez to poczucie braku wiedzy, którą wszakże posiadał, ale na zawiłych drogach i licznych rozdrożach życia pogubił. Zdawałoby się, że wszystko przepadło. A jednak, kiedy tak stał, w odmętach wspomnień wiecznie rozpraszanej pamięci, wytężał wszystkie siły intelektu, aby złapać tę jedną, jedyną, najcenniejszą myśl. Myśl o szczęściu, które go nęciło. Myśl o realizacji szczęścia. Złota myśl i odpowiedź na odwieczne pytania: Dokąd dążę? Po co tam dążę? Czy warto?

No właśnie. Czy warto? Na tym etapie wspomnień o człowieku sterczącym pośród tulipanów, Augustyn już sam nie wiedział, czy to on wtedy tkwił na tym bezkresnym polu, czy faktycznie był to ktoś inny. W każdym razie, pytanie o sens było tak aktualne teraz jak i wtedy. To pytanie było mu najbardziej wrogie, a raczej najtrudniejsze. Jego trudność polegała na konsekwencji prób udzielenia trafnej odpowiedzi. Kolejna myśl. Czy mógłby porzucić starania odpowiedzi na to pytanie? Wtedy nie miałby chyba już w ogóle do czego dążyć. To pytanie determinowało trasę biegu (choć częściej chodu) jego życia, jego decyzji. To właśnie to wyniszczające działanie przyprawiło go o stratę zmysłów. Pytanie, które domaga się trafnej odpowiedzi, tylko jednej jedynej dobrej, nie może uchodzić za wytyczną dróg, którymi idziemy. On o tym jednak nie wiedział. Nie chciał czekać całego życia na odpowiedź, czy mu się ono opłaciło, właśnie u jego schyłku, gdy będzie już za późno, żeby cokolwiek zmienić. A co jeśli potoczy się niefortunnie? Nie nie. To nie było dla niego. On musiał wiedzieć od razu. Wiedzieć, czy jest warto.

Ktoś mógłby powiedzieć, że pytanie tej natury spędza sen z powiek. Augustyn doszedł do wniosku, że właśnie przez nie sypiał. Żył we śnie, w którym wartość czynu i decyzji nie miała znaczenia. Sen obezwładniał ciekawość, gdyż całą swą mocą uświadamiał go każdego poranka, że nie zostanie ona zaspokojona. To mogłoby być frustrujące, gdyby nie to, że ten sam sen dostarczał wizji życia bez drogowskazów, bez konieczności wyboru, dążenia ku górze. Tam wszystko było płaskie, jednopoziomowe i nieprzewidywalne. Przede wszystkim jednak, bezdecyzyjne.

A o decyzję się rozchodziło. Wracać do domu, czy iść w świat? Rozmarzony refleksją o kolorowym świcie marzeń sennych, odartych z trudów wyboru, zdecydował w końcu. Wróci do domu.

W zasadzie trudno nazwać to decyzją. To była konieczność wymuszona mętlikiem w głowie. Był to co najwyżej wybór mniejszego zła. Nie lubił takowych, ale cóż. Skierował się w prawo, w stronę jezdni i przejścia dla pieszych.

Oczy wciąż miał zamknięte, jakby już wybierał się do sennej krainy. Bez zastanowienia, wyciągnął powoli z kieszeni paczkę z papierosami. Otworzył ją kciukiem, przystawił do twarzy i wyszarpał zębami jednego Camel’a. Schował papierosy do kieszeni, szukając tym samym zapalniczki. W końcu zmacał, wyciągną i dopiero gdy odpalił, spojrzał na czubek szluga przymrużonym wzrokiem.

Gdy pierwszy kłęb dymu wypełnił jego płuca, Augustyn wkroczył na pasy. Myślami wciąż nieobecny, skupiał się na podświadomych czynnościach. Pociągnięcie, wydech, krok lewą, krok prawą, pociągnięcie, wydech… Tak zaaferowany bezmyślnością tych działań, nie zauważył świateł, dalej maski, potem jeszcze pękającej pod jego ciężarem szyby samochodu, pod który właśnie wpadał.

Zorientował się co się wydarzyło, gdy jego świadomość ulatująca gdzieś w górę, zdała sobie sprawę, że w końcu jest wolna. Gdzieś poniżej leżało pokrzywione, lepkie od krwi ciało, w którym Augustyn poznał Augustyna. W sensie siebie. W sensie kawałek mięsa, który tak długo dusił jego duszę.

W tym momencie uświadomił sobie, że osiągnął pełnię szczęścia. Przerwał ciąg niefortunnych decyzji, niekończących się wewnętrznych sporów o to którą podjąć. Czy było warto? Zrozumiał, że to pytanie zawsze było bez sensu, a odpowiedź była tak prosta jak śmierć. Pewnego pułapu wyżyn nie mógł osiągnąć w ciążącym cielsku. Teraz ten problem sam się rozwiązał, choć trochę było mu żal tego Augustyna na dole. Stwierdził, że gdyby faktycznie chciał żyć, nie marnowałby czasu na takie błahe przemyślenia o 7.37 nad ranem, tylko przeżywałby predestynowane chwile. Na to już za późno.

Zakopali Augustyna na cmentarzu Św. Wawrzyńca. I tylko ona przyszła na jego pogrzeb, lecz nie płakała. Była szczęśliwa z tym odważnym, choć liczyła trochę, że w tym ostatnim pożegnaniu odnajdzie prawdę o uczuciach cierpiącego Augustyna. Jego dusza nie chciała już na to patrzeć. Była wolna od wszelkich trosk poza tą jedną, że nigdy już Augustyn nie będzie miał nawet sposobności spróbować wyznać miłość tej kobiecie.

Augustynowy duch wzbił się ponad Wrocław. Ponad podwórkowy teatr na Św. Antoniego. Ponad rynek i hostel, w którym pracował. Ponad wspomnienia, ponad ludzi z tych wspomnień, ponad troski, ponad życie. Wzleciał w końcu tam, gdzie tak nieudolnie i nieświadomie dążył w życiu- do Boga.

 

ZOBACZ TAKŻE: Recepcjonista z Rynku

 


Autor: Jan Krzysztof Olendzki