Był czarny, czarny las, a w tym czarnym, czarnym lesie był czarny, czarny dom… – już same te słowa, które słyszymy na ekranie przypominają nam straszne historyjki z dzieciństwa. Taki właśnie jest film Ciemno, prawie noc. Nowy obraz Borysa Lankosza, twórcy m.in. serialu Pod powierzchnią, na podstawie powieści Joanny Bator o tym samym tytule.

Dziennikarka Alicja Tabor (Magdalena Cielecka) powraca po latach w rodzinne strony. Chce zrobić reportaż o serii tajemniczych zniknięć dzieci w Wałbrzychu. Reporterka stara się poznać rodziny zaginionych i próbuje rozwikłać zagadkę, wobec której policja okazuje się bezsilna. W trakcie prywatnego śledztwa Alicja wpada na trop przeróżnych wydarzeń, które swój początek miały lata temu. Próbując dociec prawdy, dziennikarka odkrywa przeróżne tajemnice z czasów swojego dzieciństwa i szokujące sekrety własnej rodziny. Z czasem ponura intryga kryminalna połączy w jedną ciekawą całość zaginięcia dzieci, historyczne opowieści i legendę o skarbie.

Ciemno, prawie noc

Kociary strzegą pereł

Sam zwiastun filmu tworzy już aurę tajemniczości, jednak zupełnie nie zdradza o czym konkretne będzie opowiadał film. Tak naprawdę zaginięcie dzieci to tylko przykrywka dla prawdziwych wątków. Fabuła wydaje się prosta i dosyć sztampowa. Powrót po latach w rodzinne strony, intryga do rozwiązania, stare rany otwierają się na nowo… Jednak u Lankosza wszystko dodatkowo zostało oprawione w pewnego rodzaju baśń. Cofamy się do czasów wojny, poznajemy legendę Księżnej Daisy i jej drogocennych pereł, a jeszcze do tego wszystkiego reżyser wprowadza nietypowe bohaterki – kociary – dobre duchy, które strzegą skarbu. Historia od razu wciąga, wszystko wydaje się dziwne i poplątane, a jednak łączy się w pewną całość. Mamy wrażenie jakbyśmy słuchali opowieści dla dzieci, która ma przestrzec je przed złem.

Ciemno, prawie noc

Jesteśmy wprowadzeni w dziwny, psychodeliczny świat. Tak zresztą zachowują się sami aktorzy. Poczynając od głównej bohaterki, która wydaje się być racjonalną, twardą kobietą, a jednak nagle ulega urokowi tego miasta. Aktorzy nie odznaczają się wybitną grą aktorską (choć na ekranie same gwiazdy m.in. Marcin Dorociński, Piotr Fronczewski, Dorota Kolak, Dawid Ogrodnik, Agata Buzek, Roma Gąsiorowska, Jerzy Trela czy Aleksandra Konieczna), choć wiele scen bywa przerażających, to ma się wrażenie jakby oni nie odczuwali żadnych emocji i żyli w swoim zamkniętym świecie. Choć Wałbrzych znajduje się tak niedaleko od Wrocławia, to oglądając ten film ma się wrażenie, że jest to zupełnie inna rzeczywistość. Zdjęcia nie są ani ładne, ani brzydkie. W zasadzie nic w tym filmie się nie wyróżnia, prócz właśnie tej dziwacznej, nieco infantylnej i nieco przerażającej momentami konwencji. Jednak pomiędzy tymi dziwnymi historiami zostały umieszczone rzeczywiste problemy i bolączki Polaków. Tam w zasadzie nie ma zwykłych obywateli. Są biedni ludzie, którzy przeżyli jakąś tragedię, traumę, którzy już nigdy nie będą potrafili normalnie żyć. Oprócz fabuły na pochwałę zasługuje genialna muzyka, która wprowadza widzów w aurę grozy i tajemniczości. Trzeba przyznać, że Marcin Stańczyk zrobił świetną robotę.

Ciemno, prawie noc

Pomieszane z poplątanym

Pomijając pojawiające się dziwaczne postacie, których rola nie została do końca wyjaśniona, to w filmie jest wiele niepotrzebnych wątków. Całość trwa niecałe dwie godziny i rzeczywiście obraz nie nudzi, lecz wciąga. Jestem pełna podziwu, że reżyser zmieścił w tym czasie wszystkie te wątki, ponieważ to było nie lada wyzwaniem. Jednak z niektórych można by zrezygnować. Bez sensu, według mnie, są chociażby niektóre sceny erotyczne, które nic nie wnoszą do opowieści. Są bezsensownymi zapychaczami, a brakuje za to wyjaśnienia niektórych, naprawdę ważnych historii. Opowieści się przeplatają, jedna wynika z drugiej i widz rzeczywiście może się zgubić. Jednak, gdy sprawa zaginięć dzieci zostaje wyjaśniona odbiorca w ogóle nie jest usatysfakcjonowany z rozwiązania, ponieważ nadal niektóre historie pozostają urwane. Nie chodzi tylko o pozostawienie widza z własną refleksją, lecz o to, że kluczowe momenty, które nadają sens całemu filmowi nie mają logicznego zakończenia ani chociażby połączenia z resztą filmu. Cóż, może trzeba założyć, że w baśni wszystko jest możliwe, a my sami możemy być kreatorami dalszej części.

Film jest warty obejrzenia przede wszystkim ze względu na konwencję. Nie każdemu spodoba się takie kino, ale każdy, kto choć trochę czuje klimat baśni, powinien być zadowolony z seansu. Rzadko można zobaczyć taki obraz w polskim kinie, więc myślę, że warto docenić starania. Obok filmu nie można przejść obojętnie, ale wielkiego zachwytu też raczej nie będzie.


Autor: Adrianna Machalica
Zdjęcia: mat. dystrybutora