Jedna z najnowszych i najgłośniejszych serialowych TVN-u ostatniego sezonu. Ale czy Pod powierzchnią spełnia obietnice wielkiej produkcji i oczekiwań widzów?

Serial Pod powierzchnią to najnowsza propozycja jesiennej ramówki TVN-u. Stacja telewizyjna cały czas próbuje dotrzymać kroku internetowym potentatom z Netlixem, Showmaxem i HBO Go na czele. Jednak tym razem, w przeciwieństwie do jeszcze niedawnego  zamiłowania do „tasiemców”, zdecydowała się na krótką i dość zwartą historię, opowiedzianą w siedmiu odcinkach.

Bartek Gajewski (Bartłomiej Topa) jest dyrektorem szanowanego liceum. Wspólnie z Martą (Magdalena Boczarska), nauczycielką języka polskiego, tworzą pozornie kochające się małżeństwo. Pozornie, bo para dokładnie od dwóch lat żyje razem, a jednak osobno. Długim cieniem na ich relację położyła się strata synka Maksa. Sama śmierć dziecka jest wystarczająco traumatycznym wydarzeniem, ale jeszcze większy ból rodzicom sprawił fakt, że nigdy nie mogli się z nim pożegnać. Chłopiec najprawdopodobniej utonął w Wiśle, jego ciała nie odnaleziono.

Życie pod powierzchnią

Marta wpadła w głęboką depresję, cierpiała na bezsenność. Odurzona lekami psychotropowymi bardziej egzystowała, niż żyła. Bartkowi szybciej udało się wrócić do normalności, ale wiernie trwał przy żonie. Pytanie tylko, dlaczego, skoro od dawna nic ich nie łączyło. Z litości? Jak stwierdził pewnego razu sam bohater – Tylko ja Cię rozumiem. Tylko czy to wystarczy, aby na siłę trwać u boku drugiej osoby? Jak się okaże – absolutnie nie. Takie działanie jeszcze bardziej ją skrzywdzi i może wyrządzić sporo szkód także innym ludziom dookoła. Pod powierzchnią, którego główną funkcją było zapewnienie rozrywki w niedzielny wieczór, chwilami dość nieoczekiwanie przejawiało silne zapędy moralizatorskie.

Losy Bartka i Marty przecinają się z losami Oli i jej ojca Maćka. Postać grana przez Łukasza Simlata to nauczyciel języka polskiego, którego Gajewska zastąpi. Jest tzw. wychowawcą z powołania, potrafiącym dotrzeć do wszystkich nastolatków, oprócz swojej córki. Ona obwinia go o brak zainteresowania i w konsekwencji rozpad rodziny. Cały serial to właściwie popis gry aktorskiej Simlata, który znakomicie oddał emocje targające jego bohaterem. Za to jego ekranowa partnerka, młoda Maria Kowalska, wypadła nijako, by nie napisać źle. Z pewnością stało przed nią trudne zadanie, aby dorównać doświadczonym kolegom po fachu, bo oprócz Simlata, zarówno Boczarska, jak i Topa również wypadli bardzo dobrze. Mimo wszystko nie udało jej się zagrać naturalnie. Ola Kostrzewa w jej wykonaniu irytuje, jest nadmiernie egzaltowana i nie potrafi wypowiedzieć jednego zdania bez zbędnego koloryzowania.  Właściwie tylko przesadzone popisy Kowalskiej przeszkadzały mi w ogólnym odbiorze, bo chociaż każdy odcinek nie trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej minuty, to potrafi skupić uwagę widza. Zdarzają się przestoje, akcja zwalnia i następują po sobie sekwencje, które niekoniecznie są przełomowe, ale to dobrze, bo ich celem jest równoważenie tych bardziej elektryzujących momentów.

Na zachodnim poziomie

Pod powierzchnią wypada dużo lepiej w porównaniu z Pułapką – drugą tvnowską produkcją lansowaną w tym sezonie. Fabuła jest zmyślniej skonstruowana, nie zawiera luk czy niedociągnięć. Natężenie dramatycznych wydarzeń jest spore, ale nie wygląda sztucznie, bo takie sytuacje zdarzają się także z udziałem zwykłych ludzi, nie tylko tych na szklanym ekranie. Pewnie spora zasługa w tym wciąż młodego, ale już uznanego reżysera Borysa Lankosza, zdobywcy Złotego Lwa na festiwalu filmowym w Gdyni za Rewers. Oby Pod powierzchnią zwiastowało poprawę jakości, jeśli chodzi o seriale w polskiej telewizji. Żeby ten gatunek nie kojarzył się już z M jak miłość czy Barwami szczęścia, ale raczej zachodnimi, dopracowanymi produkcjami, które w niczym nie ustępują kinowym gigantom.


Autor: Karolina Kozłowska/
Zdjęcia: YouTube