– Więcej tego nie zrobisz! Nie chce, żebyś dotykała moich rzeczy! Po coś to wyjęła?! –  przekraczając próg pralni samoobsługowej, nie spodziewałam się spotkania z taką agresją. Epitetów było więcej, mniej lub bardziej wyszukanych. Ostrzegam – jeśli kiedykolwiek będziecie chcieli wyjąć czyjeś pranie (skończone) z bębna, upewnijcie się, że rzeczy nie należą do cygańskiej rodziny.  Bo zrobi się nieprzyjemnie.

Idea jest prosta. Wchodzisz wrzucasz brudne rzeczy do bębna pralki, zamykasz drzwiczki. Wybierasz jeden z 10 programów prania, wsypujesz proszek i płyn do odpowiednich przegródek. Detergenty możesz mieć własne. Gdybyś jednak ich zapomniał, albo nie miał ochoty na transport 20kg opakowania Vizira, to obok jest automat – 4 zł za miarkę na pranie.  Ze startem  musisz się wstrzymać, jeszcze sekundę – najpierw trzeba zapłacić. Robisz to w panelu płatniczym, czyli automacie, który wygląda trochę jak ten drukujący bilety w tramwaju. Różnica jest taka, że ten przyjmuje nie tylko karty, ale także gotówkę. Potem nie pozostaje nic innego, jak wcisnąć przycisk start. Masz od 35 do 41 minut czasu wolnego. Chyba, że pierzesz wełnę. Wtedy Twój wolny czas to tylko 18 minut. Możesz iść na obiad, wykład, odebrać dziecko z przedszkola, albo posiedzieć i poczytać dostępne na miejscu książki.

Z pralni samoobsługowych korzystają wszyscy. Nie ma sprecyzowanego profilu klienta. Piorą młodzi, rzadziej starzy, matki Polki, gospodynie domowe, biznesmeni i jak się przekonałam – cygańskie rodziny

– Żeby uprać taką ilość rzeczy, w domu musiałabym włączyć pralkę kilka razy. Te tutaj, mają dużą pojemność 8 albo 14 kilogramów – wszystko jest czyste za jednym razem. Poza tym, tych domowych pralek nie można przeciążać, bo się zwyczajnie psują – mówi Olga. Faktycznie, wspomniana wcześniej rodzina przyniosła ze sobą, na moje oko, ponad 25 kg prania. – Kelnerzy do pracy muszą mieć czysty strój. Poza tym obrusy, serwety… tego jest naprawdę dużo.  Tutaj piorę i od razu suszę. Zostaje prasowanie, ale to już działka mojej żony – mówi Mariusz, właściciel restauracji na Psim Polu.

pralnia „speed queen” ul. Kurkowa 18

 

Czy to się opłaca? Płacimy 18 złotych za pranie do 8 kg, albo 28 złotych za pranie w pralce mieszczącej 14 kg brudów. Suszenie kosztuje od 4 do 16 złotych, w zależności od długości jego trwania. Ciężko to jakkolwiek porównać do domowych warunków, bo mało kto oblicza dokładne zużycie wody, zestawia to z ilością proszku i jeszcze czasem trwania całego przedsięwzięcia.  Co do jakości. Moje wyprane ciuchy były… czyste. Nie wiem sama, czego oczekiwałam, ale moja niemiecka pralka, niejakiej marki AEG, też tak potrafi. Nie było jakiegoś spektakularnego efektu. O ile w ogóle pranie może być spektakularne.

No i ten zapach w pomieszczeniu. Wszędzie proszek i płyn do płukania. Jak na dziale z porządną, niemiecką chemią.


Autor: Paulina Rytych
Zdjęcia: Paulina Rytych

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułKolumbowie polskich komputerów
Następny artykułPranie a randki
Nie wyobraża sobie funkcjonowania bez Spotify. Dzień bez serialu to dla niej dzień stracony. Ciągle szuka nowych zainteresowań. Lubi się spóźniać.