Nikt tak nie potrafił mnie rozbawić. Często miałam wrażenie, że zna mnie lepiej niż ja sama. Był, a teraz go nie ma. A ja cierpię… Brzmi jak słaba komedia romantyczna? Cóż, ja swoje życie bez niego widzę raczej jako film sci-fi. Bez niego, czyli bez internetu – pisze Izabella Kmieć.

Wstaję i nie wiem. Nie wiem, o której mam autobus na uczelnię. Nie wiem, czy jest sens jechać na zajęcia, bo przecież mogły zostać odwołane. Tak naprawdę, to nawet nie mogę być pewna, czy mój uniwersytet jeszcze istnieje, bo przecież przez noc wszystko się mogło zdarzyć. Ale dopóki nie wyjdę z akademika, to się nie dowiem, w jakiej rzeczywistości się dziś obudziłam. Nie mam internetu.

Do śniadania, zamiast fejsbuka, przeglądam swoją własną galerię zdjęć w telefonie. Jem w rytm muzyki z laptopa – oczywiście, codziennie tej samej. Dla urozmaicenia włączam losowe odtwarzanie plejlisty, odrobina szaleństwa jeszcze nikomu nie zaszkodziła. W łazience myszkuję wśród kosmetyków współlokatorki i staram się odgadnąć jej ulubieńców tego miesiąca. No cóż, nie mogąc oglądać vlogów na youtube, muszę sobie jakoś radzić. Powstrzymuję się przed zajrzeniem do śmietnika i zwizualizowaniem projektu denko.

Wychodzę na przystanek. Mój mózg, wystawiony na ciężką próbę, zdołał w końcu zapamiętać, że autobusy jeżdżą co 10 minut (nie było łatwo). Jestem na czas, nie muszę nawet biec – co we Wrocławiu było absolutnie nieosiągalne. Jadąc, oddaję się rozrywkom wieku dziecięcego – podziwiam krajobraz za oknem, podsłuchuję rozmowy współpasażerów i uśmiecham się do obcych. Szczególnie, gdy mają tak jak ja, kolczyk w przegrodzie nosowej (a ma go tu co druga osoba, true story).

W końcu docieram na uczelnię. Łączę się czym prędzej z siecią uniwersytecką i nadrabiam zaległości (gdybym w kwestiach nauki była tak pilna, już dawno dostałabym Nobla). Niby słucham wykładu, ale tak naprawdę – przeglądam śniadania i psy znajomych na Instagramie. Jedną ręką notuję, a drugą odświeżam nerwowo fejsa i sprawdzam, co mnie ominęło przez godziny bycia offline – i dochodzę do wniosku, że nic.

Po zajęciach zostaję jeszcze chwilę na kampusie. Nigdy z taką radością nie przesiadywałam na uniwerku. Bunkruję się przy wolnym kontakcie, bo komórka zdążyła się już niemal doszczętnie wyładować. Odświeżam kilka razy pocztę i usuwam dzisiejszą porcję newsletterów. Taka ze mnie bizneswoman, a co.

Wpatruję się w ekran telefonu i uznaję, że na dziś już dość. Wszystkie treningi na endomondo zalajkowane, zdjęcia na fejsa wrzucone, screenshoty z Google Maps zapisane. Och, co za pracowity dzień!

Wracam do akademika – i do rzeczywistości. Oddalam się od źródła wifi – wiem, bo piosenki na jutubie przestają się ładować. Potrzeba matką wynalazku – przypominam sobie o istnieniu radia i wpadam w ekstazę mogąc posłuchać muzyki. Po powrocie jem kolację w kuchni, ze znajomymi z piętra – a nie przed komputerem z vlogerką z USA. Kontakt z ludźmi jest w porządku, naprawdę polecam.

I to by było chyba na tyle…

No dobra, nie powiedziałam całej prawdy. Mam stały dostęp do Messengera. Nie ma się czym chwalić – nie wytrzymałam i dołączyłam do grona klientów sieci Aldi Talk (taka niemiecka Biedronka, ekhm). Kontakt ze znajomymi mogłabym sobie darować, ale wybaczcie – codzienna relacja na WhatsApp dla mamy musi być. Bo inaczej nie będzie wałówki po Świętach. A na taką stratę mnie nie stać, ot co.

Autor | Izabella Kmieć (z Berlina)