Lata 90., Francja. Grupa młodych tancerzy z całej Europy ma próby, po czym zostaje zamknięta w bunkrze, by przetestować nową choreografię. Od 19 października Climax można obejrzeć w polskich kinach. To nowe dzieło Gaspara Noego – skandalicznego twórcy Nieodwracalnego, Wkraczając w pustkę  i Love.


Stary telewizor. Na nim oryginalne sylwetki tancerzy z różnych stron świata. Wszyscy zostali wybrani do udziału w wyjątkowym projekcie choreograficznym. Pod koniec pierwszej próby bohaterowie decydują się na imprezę. Oczywiście z tańcami i alkoholem. Niedługo po rozkręceniu zabawy jeden z tancerzy rozumie, że ktoś wmieszał narkotyki w sangrię. I zaczyna się chaos.

Nogi ciągną do tańca, mózgi są wyłączone, ciało napędza falę pod rytmy DJ Daddy i najważniejszych hitów lat 90.: więcej seksu, więcej rytmu, więcej szaleństwa. Nawet młody syn jednej z tancerek poddaje się euforii od drinka z kwasem. Wieczór natychmiast przestaje być tylko finałową próba układu choreograficznego, a każdy zadaje się jednym pytaniem – jak przetrwać ten straszny moment nadchodzenia i zdrady, jak nie zgubić się w swoim ubraniu, nie zepsuć rzeczy, jak w końcu wydostać się z płótna rzeczywistości, do którego wszyscy są tak przywiązani . Ale chaos obejmie wszystkich.

Można łatwo zdradzić o czym jest ten film, a jednocześnie jest to prawie niemożliwe. On sam spojleruje się w każdym zwiastunie i plakacie. Mimo to Climax  nie tylko naturalnie kontynuuje cykl filmów nie do zniesienia Noego, ale rozwija go, określając głęboko humanistyczną postawę wobec życia w rodzaj idealnej formuły stwierdzającej: gdzie jest jedna osoba tam histerycznie, dwie to kłótnia, trzy to panika, więcej to śmierć. Śmierć w oczach Noego jest także „doświadczeniem”. Nikt jej nie przetrwa, ale wszyscy doświadczą. Nostalgicznie wracając do swojej własnej młodości, reżyser umieszcza historię w 1996 roku i twierdzi, że jest ona oparta na prawdziwych wydarzeniach. Noe zaprowadza widza za rękę w podróż po latach 90.: po szyderczo pięknych napisach, a następnie próbach bohaterów nagranych na kasetach VHS. Półtoraj godziny udaje mu się trzymać nas na twardym podłożu. Kto umrze, kto ostatecznie zwariuje, dokąd będzie zmierzała kamera i który utwór z dzikiej playlisty poleci następny?

Mówi się, że w filmach Noego dotychczas brakowało jeszcze górnego punktu, kulminacji, gdyż tego nawet penetracja i wytrysk, które tak uwielbiał pokazywać pod różnymi kątami, nie osiągnęły zamierzonego efektu. Tym razem, z emocjonalną, semantyczną, strukturalną eksplozją wszystko jest w porządku – nie trzeba jej nawet oznaczać śmiesznymi napisami (co oczywiście zrobił reżyser). Co więcej, faktyczna kulminacja zajmuje około dwóch trzecich całego filmu: pod ciężką, lepką ścieżką dźwiękową katastrofa powoli zaczyna panować nad sytuacją i zabiera bohaterów gdzieś poza granice wyobrażalnej rzeczywistości. Jak to jest w stratosferze? Wielu wraca.

Jeśli chodzi o styl, Noe jest wierny sobie samemu: w palecie filmu dominują krwistoczerwone i maciczno-czarne kolory. Długość niektórych ujęć pozwala porównać Climax z Rosyjską Arką, a tło teatralne i izolację miejsca z Birdmanem. Kamera i jej trajektorie dominują nad scenariuszem i scenami dialogowymi. Wygląda na to, że większość z nich została napisana po zdjęciach, a zdania  po prostu wkładali aktorom w usta, zamieniając dźwięk. Nic dziwnego – zdjęcia do filmu trwały tylko dwa tygodnie. Muzyka nie zatrzymuje się nawet na minutę. Narkotyczna podróż jako całość wywołuje raczej otrzeźwiający efekt, a zamiast zmęczonego ogłupienia, diaboliczny balet daje tylko jedno pragnienie – wydostać się z kina w powietrze i rozpocząć nowy taniec życia, dla którego jedynym finałem jest śmierć. Reszta jest odwracalna. Nie wiesz jak? Zapytaj Gaspara Noego.


Autor: Zlata Veresniak
Zdjęcia: Youtube